Kiedy odchodzi przyjaciel

choco
Znam ludzi, którzy nie rozumieją więzi jaka wytwarza się między psem albo kotem i jego panem/panią. To tylko zwierzę, powiadają, na świecie jest przecież tyle tragedii i ciemnych wydarzeń, zwłaszcza ostatnio. Jak można rozpaczać nad zmarłym psem? Nie zgadzam się z nimi. Wydaje mi się, że po prostu nigdy nie doświadczyli daru zwierzęcej przyjaźni. Głębokiej, oddanej i jednocześnie bardzo wymagającej i uczącej pokory.

Nasz Pan Pies był z nami przez ponad dziewieć lat. Przyszedł do nas po bardzo trudnych przejściach kiedy miał sześć miesięcy. Młody szczeniak z częściowo ukształtowanym charakterem i skazą na psychice, która dawała nam się często we znaki. Wiedzieliśmy, że to nie jego wina, po prostu miał trudne szczenięctwo. Związał nas bardzo i dzięki niemu po raz pierwszy staliśmy się rodziną. Nie młodym studenckim małżeństwem, tylko właśnie rodziną, bo pies pod wspólnym dachem to obowiązki prawie rodzicielskie. Obstaję przy tym stwierdzeniu jako ojciec i rodzic dwójki urwisów. Po prostu wiem, że lata z Panem Psem nauczyły nas cierpliwości i pokory, odpowiedzialności za inne stworzenie.

Z jego odejściem skończył się dla nas kolejny etap życia. Był naszym łącznikiem do świata, którego już nie ma. Świata w samym centrum miasta, przeprowadzek, wypraw rozklekotanym minivanem w poszukiwaniu psich plaż, na których mógłby popływać, świata w którym zjazd na 312 kilometrze autostrady 401 z Toronto do Windsor kojarzy się z psią farmą i jest znakiem zbliżających się i kończących wakacji. Świata bez dzieci, które teraz wytyczają rytm naszego dnia, jak on kiedyś.

Dom i ogród są nieznośnie puste. Łapiemy się na tym, że kiedy obieramy marchewkę albo jabłko nie odzywa się człapanie z pokoju a do ogrodu nie ma po co otwierać drzwi kiedy zapadnie wieczór. Pustka.

Odszedł nagle i niespodziewanie. Nie byliśmy na to gotowi, chyba nikt nie jest. Bardzo nam go brakuje. Wiedziałem, że jest nam bardzo bliski, ale dopiero kiedy go zabrakło poczuliśmy jak bardzo.

Nasze dzieci też go szukają. Nasz syn nieco abstrakcyjnie, bo dla niego Choco zawsze był dużym, trochę strasznym, miłym stworzeniem, które uwielbiało leżeć koło jego krzesła licząc na jakieś kąski pod stołem. Bardzo szybko nawzajem się zresztą rozgryźli i mały wiedział o co dużemu chodzi. O wiele trudniej przeżywa to nasza córka. Ma prawie cztery lata, więc jeszcze nie wie co to śmierć. Ale jest bystrym obserwatorem, więc wszystkich po kolei, nas i dziadków, pytała gdzie jest Choco. Serce pęka kiedy trzeba dziecku tłumaczyć, że pies był chory i odszedł i że już nie wróci do nas. No dobrze, ale gdzie jest? No gdzie? Sam bym to chciał wiedzieć. Mam nadzieję, że na jakiejś psiej farmie… Powiedzieliśmy jej, że w krainie w której są inne psy, które odeszły. No ale gdzie ta kraina?

Pan Pies odszedł w środę. Całe szczęście w sobotę mieliśmy jechać na wakacje, ale i tak trudno nam się było w tym wszystkim odnaleźć.

Tydzień wakacji nad Erie trochę nam pomógł. Naładowaliśmy baterie i odreagowali stresy, ale żal po stracie przyjaciela pozostanie dużą zadrą na długo.

Na ile może to być pocieszeniem, znaleźliśmy świetnego weterynarza. Taki lekarz starej daty, dla którego profesja jest powołaniem a nie maszynką do robienia pieniędzy. Powiedział nam, że eutanazja jest dobrym wyborem, bo leczenie miało bardzo małe szanse powodzenia a tempo gaśnięcia naszego psa wskazywało na nowotwór. Po powrocie z wakacji czekały na nas dwie koperty. W jednej była kartka z kondolencjami od weterynarza i odcisk czarnym tuszem łapy Choco, nad którym oboje zupłenie się rozkleiliśmy po raz kolejny. W drugiej list z fundacji przy wydziale weterynarii w Guelph w Ontario, w którym piszą, że pan weterynarz przekazał na pamiątkę naszego psa datek pieniężny na fundację, która zajmuje się badaniami nad chorobami u psów i kotów. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy i muszę przyznać, że bardzo nas to pozytywnie ujęło.

Dzisiaj zadzwonili od weterynarza, że prochy Pana Psa są do odebrania. Jego miejsce jest w naszym ogrodzie. I tak zataczamy koło. Coś się kończy coś się zaczyna…

Potencjalne turbulencje – przenosiny na nowy serwer

Przez kilka następnych dni cała strona może nie działać, bo przenoszę się na inny serwer. Bardzo dawno tego nie robiłem i trochę muszę poszperać i doczytać co i jak, żeby nie wyczyścić przypadkiem RV kompletnie. Trochę by mi było szkoda;)

Firma od której kupowałem hosting do tej pory zrobiła się bardzo droga, więc znalazłem coś tańszego. Ma dobre recenzje, mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko. Nie wiem jak długo potrwa przenoszenie domeny, bo to zupełnie inna sprawa…

Nie jest to najlepszy czas na tego typu zmiany, bo nie wiem w co ręce włożyc, ale co począć. Do tego nasze starsze dziecko od soboty do wczoraj miało wysoką gorączke (wczoraj już mniejszą) i jesteśmy w środku malowania pokoju. Jeszcze świąteczne przygotowania, miałem zrobić karmnik dla ptaków i kilka innych rzeczy na wczoraj…
😉

Mieszanka firmowa na szare jesienne wieczory

Dziś odrobina klasycznego rocka, mniej i bardziej znanego, w wydaniu pozytywnym. W sam raz na długie, mroczne jesienne wieczory. Za oknem wieje, pies niechętnie wystawia łapy poza własny kocyk. Brrr… Jeszcze tylko coś rozgrzewającego musze skoczyć. A potem muzyka i kilka partyjek tureckiej tavli, czyli backgammon (Wikipedia podpowiada, że po polsku to tryktrak?!)
Miłego słuchania i w komentarzach proszę o dodatkowe propozycje do listy. Zasady: ma być mniej więcej rock (inne gatunki na inny raz) i po angielsku.

Winter is coming…

winter1
(typowa sceneria zimowego Montrealu…)

“Nadchodzi zima” – tytułowa maksyma rodu Starków z Winterfell (przepraszam wszystkich, którzy nie czytali albo nie oglądali “Gry o tron”) nadawałaby się świetnie na narodowe motto Kanady, obok nieformalnego “the Great White North” (Wielka Biała Północ) i oficjalnego “A mari usque ad mare” (Od morza do morza) w kanadyjskim herbie.

Od zimy w Kanadzie nie da się uciec. Jest długa, mroźna, ciężka, nieprzewidywalna i zawsze tkwi gdzieś tam w kanadyjskiej psyche jako danie główne. Wiosna, lato i jesień, w niektórych miejscach kraju raczej umowne, to przystawki, smakowite przerywniki i zapowiedź nadchodzącej albo odchodzącej zimy.

Zaraz po kanadyjskim Święcie Dziękczynienia, obchodzonym zawsze w drugi poniedziałek października, zaczynają się przygotowania. W sklepach poajawiają się spalinowe odśnieżarki, łopaty i sól do posypywania chodników. Posiadacze chatek zamykają swoje małe Arkadie za miastem na trzy spusty. Łodzie, narty wodne i pojazdy terenowe ustępują miejsca namiotom do łowienia pod lodem, nartom i zimowym pojazdom terenowym.

Wraz z kolibrami i innymi ptakami na południe odlatują kanadyjscy emeryci. Następnych sześć miesięcy będą słuchać kanadyjskich wiadomości i prognozy pogody ze swoich zimowisk w Arizonie i na Florydzie. Popijąc poranną kawę w importowanym na kanadyjskie potrzeby Timie Hortonie mogą się spokojnie oddawać rozmowom o zimie.
-Helen, czy wiesz, że w Orangeville spadły wczoraj dwie stopy śniegu? Dzwoniła mi córka, nie mogli dojechać do szkoły, bo siadł im akumulator.
-A moja siostra w Sydney (Nowa Szkocja) mówiła mi wczoraj, że na całym półwyspie zerwało kable, bo lał marznący deszcz od strony Atlantyku. Nie wiem jak długo potrwa zanim ich podłączą, pięc lat temu byli bez prądu przez tydzień. Dobrze, że mają zapas drewna.
-Peter zapomniał spuścić wodę w rurach w chatce. Wszystko porozrywało, czeka nas na wiosnę remont. Dobrze, że Frank tam pojechał, bo inaczej by wszystko kompletnie zalało.

Federalna agencja meteorologiczna
podaje w swoich prognozach pogody dwie temperatury (przy czym można wybrać Celsjusze albo Fahrenheity, jak kto woli) – rzeczywistą i odczuwalną. Ta druga obliczana jest jakąś skomplikowaną formułą, która bierze pod uwagę kierunek i szybkość wiatru oraz wilgotność powietrza. A to dlatego, że w wielu miejscach w Kanadzie szaleją zimą przeszywające wszystko swoim zimnem wiatry. Nawet jeśli jest tylko minus 10’C to odczuwalna może być na przykład -18, bo wiatr wdziera się pod ubranie i wydmuchuje ochronną poduszkę powietrzną. Ktoś kto nie ma na sobie odpowiednich (czytaj zaprojektowanych z myślą o kanadyjskiej zimie) ubrań po wyjściu na wiatr gwałtownie się wyziębi i może się nabawić odmrożeń. Każdy kto tu mieszka bardzo szybko zaczyna zwracać uwagę na tę drugą częśc temperaturowej przepowiedni.

Zima pochłania sporo pieniędzy z miejskich i gminnych budżetów. Każda szanująca się miejscowość musi mieć do dyspozycji armię pługów do dróg, solarek i małych pługów do chodników. Ten ciężki sprzęt musi być w ciągłej gotowości bojowej od mniej więcej połowy jesieni. Widok owego sprzętu w akcji, zwłaszcza na federalnych autostradach, jest zjawiskiem dosyć niecodziennym. Pługi są ogromne i jeżdzą po autostradzie całym stadem. Ale nawet te mniejsze modele, używane na drogach miasta, też są imponujące. W Toronto zimowa flota to 600 pługów drogowych, 300 pługów do czyszczenia chodników i 200 ciężarówek-solarek. Podobno przynajmniej tyle potrzeba ich po to, żeby można odśnieżyć wszystkie miejskie drogi i ulice w ciągu 24 godzin od burzy śnieżnej. I rzeczywiście, w zasadzie najczęściej się udaje, choć oczywiście zdarza się i tak, że śnieg sypie nieustannie przez kilka dni i nocy, wtedy wszystko trwa dłużej. Nasza droga jest mała, więc zazwyczaj odśnieżają ją o drugiej albo trzeciej nad ranem.

snowplough
(źródło: The City of Toronto)

Kiedy pługi i solarki zrobią swoje zaczyna się czas próby dla pieszych, czyli zwały śniegu wzdłuż dróg, przez które trudno przebrnąć. Owszem, pługi do chodników to odgarną, ale zanim to nastąpi chodzenie, a zwłaszcza przechodzenie przez skrzyżowania zamienia się czasowo w sport ekstremalny. Jeśli przypadkiem jedzie się gdzieś z wózkiem to można wpaść w rozpacz i histerię, bo koła grzęzną i nie da się ruszyć w żadną stronę. Nieco łatwiej jest sobie poradzić kiedy wózek ma duże koła na grubych oponach, jak nasz ulubiony Bob Revolution, ale niestety przy dwójce dzieci to rozwiązanie odpada.

Już nasi praprzodkowie wiedzieli, że jeśli jakiegoś zjawiska w przyrodzie nie da się poskromić, to należy go przynajmniej oswoić. Tak więc zimą ludzie zaczynają się bawić. Kiedy tylko chwyta mróz w całej Kanadzie, włączając nawet najmniejsze miasteczka, otwierają się lodowiska na świeżym powietrzu gdzie każdy kto chce może sobie szusować na łyżwach. W Toronto jest ich piętnaście, moim zdaniem za mało, przez co bywają zatłoczone. Kanadyjczycy uczą swoje pociechy jazdy na łyżwach kiedy tylko dzieci potrafią same chodzić a w sklepach można kupić bardzo tanio specjalne łyżwy z podwójną płozą dla dzieci.

Poza łyżwami, do popularnych sposobów oswajania zimy w Toronto i okolicach należą jazda na biegówkach, chodzenie w butach śniegowych i sanki. Oczywiście da się też jeździć na nartach i deskach ze stoków, ale Ontario jest krainą jezior nie gór, więc żeby zaznać większych wrażeń trzeba jechać do Quebecu, Gór Skalistych albo Gór Adirondacks. W samym Ontario stoki też są, ale mniejsze.

Niektórzy, jak wspomniani wcześniej emeryci, zamiast oswajać zimę po prostu jadą na południe. Śmiertelnikom, którzy nie mogą sobie pozwolić na dłuższy urlop pozostają krótkie wypady: Kuba, Dominikana i Floryda są zawsze w czołówce popularnych miejsc na ekspresowe wakacje. Dla większości zresztą samo miejsce ma znaczenie drugorzędne, chodzi o to, żeby wygrzać kości i choć trochę odpocząć od mrozu, wiatru i śniegu wokół.

Nieliczni szczęśliwcy w Toronto mają w domach prawdziwe kominki. Nieliczni, bo choć ten wynalazek ludzkości był tu kiedyś bardzo popularny, większość kominków z powodu wymogów firm ubezpieczeniowych przerobiono na gaz albo całkiem zamurowano. Ci którzy kominek mają oswajają zimę po staremu, czyli: kominek, koło niego fotel, kieliszek czegoś rozgrzewającego w ręku, pies pod nogami i dobra książka na kolanie. Tylko tyle i aż tyle. My niestety kominka w naszym domu nie mamy, ale pomarzyć zawsze można, zwłaszcza, że prawdziwy kominek jest na wysokiej pozycji na liście atutów jakie potencjalny następny dom powiniem spełniać.

Brak kominka można sobie rekompensować na inne sposoby. Zawsze pozostaje wygodna kanapa, kieliszek czegoś rozgrzewającego, pies pod nogami i książka w ręku. Kiedy dzieci śpią takie chwile to istny błogostan. Poza tym zimą nasza weranda zamienia się w prawdziwą staroświecką spiżarkę. Przed świętami pachnie tam prawie jak w szpajsce (spiżarni) u mojej babci i dziadka. Już wczoraj miałem nastawić ciasto na piernik bożonarodzeniowy, nie zdążyłem, chyba nastawię dzisiaj. Surowe ciasto stoi sobie na werandzie w kamiennej misce aż do świąt, nie krócej niż dwa tygodnie, i powoli dojrzewa. Taki piernik, przekładany prawdziwymi śliwkowymi powidłami rozpływa się w ustach… Poza tym przymierzamy się z moim tatą do zrobienia wędzarnika i wędzenia szynki, żeberek i boczku. Tato, a wcześniej dziadek, robili to co roku przed świętami, więc teraz mamy zamiar kontynować tę pożyteczną i smaczną tradycję. Na strychu w naszym domu znaleźliśmy kilkadziesiąt cegieł ze starego komina, które idealnie nadadzą się na bazę wędzarnika. Resztę zbudujemy z drewna. Zdjęcia wstawię:)

Takie drobne radości sprawiają, że torontońska zima zamienia się w całkiem przyjemną i oczekiwaną porę roku, przynajmniej dla mnie.

———-
A na koniec żart o tytułowych Starkach dla wtajemniczonych;)
game of thrones

19 listopada

Rano za oknem -7 stopni Celsjusza -15 odczuwalna, przez to, że wieje silny wiatr. Sąsiadujące z nami przez jezioro Buffalo zasypała chmura śniegu, spadło półtora metra. W ostatnim momencie zdążyli nam posadzić nasze nowe drzewo. Brrr, za wcześnie na zimę… Nawet opon jeszcze nie wymieniłem na zimowe. Sypie, sypie i sypie…

Zaczynam mieć awersję do czytania wiadomości. Same ponure sprawy z każdego miejsca na ziemi. Putin szaleje i najwyraźniej ma kompleksy mocarstwowe połączone z post-sowiecką nostalgią. Niepokojące jest to, że swoje sny o potędze wciela w życie metodami z początku dwudziestego stulecia. Czekam dnia kiedy Rosja przestanie się kojarzyć z wojną, korupcją, państwem mafijnym i gułagiem, ale chyba się nie doczekam, bo najwyraźniej rządy mocnej ręki są tam popularne a jedyny, poza surowcami, towar eksportowy to technologia wojskowa i pochodne.

Chyba nigdy po 1989 nie czułem zagrożenia wojną na skalę europejska i światową w takim stopniu jak teraz. Muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu martwię się serio, że ktoś gdzieś popełni błąd i rozpęta się piekło. Zdaję sobie sprawę, że Putin wymachuje szablą, żeby straszyć, podreperować zranioną rosyjska duszę i “zdobyć respekt”, ale takie wymachiwanie może przynieść nieprzewidziane konsekwencje. W 1914 roku też wszystko wskazywało na to, że machanie szablą rozejdzie się po kościach. Jak było wiemy…
Najgorsze jest to, że rosyjski prezydent najwyraźniej lubuje się w mocnych gestach. Przeloty rosyjskich myśliwców i bombowców nad okrętami NATO? Dla Putina normalna sprawa. Wysłanie małej floty do granic wód terytorialnych Australii? “Badania naukowe”. Zmiana powojennych granic państwowych przy pomocy czołgów? “Korygowanie historycznych błędów”? Aneksja i sponsorowanie elementów radykalnych? Ciekaw jestem jak Władimir Władimirowicz by zareagował gdyby chińskie wojsko postanowiło skorygować “historyczną pomyłkę” i odebrać Mandżurię, albo gdyby Japończycy zechcieli odzyskać Wyspy Kurylskie, które historycznie do nich przecież należały.

Na marginesie, nie przypominam sobie, żebym tyle razy słyszał frazę “broń atomowa” w ciągu całego życia co przez kilka ostatnich miesięcy. Władimir zdaje się upajać myślą, że wielki czerwony guzik jest na każde jego wezwanie. Swoją drogą, czy słyszeliście o “wspaniałym” wynalazku Związku Radzieckiego jakim jest “Martwa Ręka”, znana też jako Perymetr? Co za wspaniały triumf rosyjskiego humanizmu i pomysł na “świetlaną przyszłość” (sarkazm i dwuznaczność jak najbardziej zamierzone). Mam nadzieję, że na Kremlu są jakieś w miarę trzeźwe głowy, które zadbają, żeby Władimir Władimirowicz nie przeszedł od snów o nuklearnej potędze do czynów… Pozostaje wierzyć, że Sting miał rację kiedy śpiewał w latach osiemdziesiątych, że ma nadzieję, że Rosjanie też kochają swoje dzieci:



Na Bliskim Wschodzie otwarty sezon polowań na mniejszości religijne i etniczne, w Afryce szaleje ebola a przed Europą widmo kolejnego kryzysu gospodarczego. Pięknie… Do tego medialny freak show (ktoś mi może podpowiedzieć jak to wyrazić po polsku? Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy…). Pan, popularny kanadyjski dziennikarz radiowo-telewizyjny lubuje się w katowaniu pań po godzinach. Jego zdaniem za ich zgodą, ich zdaniem nie. Okazuje się, że o nietypowych upodobaniach pana “środowisko” brzęczało całym rojem od lat, ale wszystko zmiatano pod dywan, bo i pan i program niezwykle popularne. Teraz parawan runął i spod spodu wyszła mocno zgniła konstrukcja. Wszystko odbija się czkawką w całym kraju i poza granicami. W federalnej Izbie Gmin dwóch posłów wylano z partii i klubu, bo panie posłanki z innej partii oskarżyły ich o przemoc seksualną. Sprawa w toku.

Trudno nadążyć. Jedna wiadomość przebija drugą. Ulubiony komik lat młodości, Bill Cosby, też zostaje oskarżony o przemoc seksulaną i gwałty. Na oczach świata jego reputacja legła w gruzach, choć do tej pory oskarżenia mają charakter poszlakowy. Niestety łatwiej uwierzyć w niewinność kiedy oskarża jedna osoba a nie kiedy jest ich ponad tuzin, do tego nie są ze sobą w żaden sposób związane… Na tym tle kontrowersje wokół Polańskiego i Allena wyglądają niemalże trywialnie.

O innych wiadomościach, tych z Syrii i Iraku, wolałbym nawet nie wspominać, bo szkoda słów, ale martwi mnie naiwność niektórych komentujących. Kiedy słyszę, że to co wyrabiają bestie z ISIS to nie islam mam ochotę walić pięścią w stół. Niektórzy zdaje się mają problem z przyznaniem, że każda religia może być destrukcyjna, bo prawie wszystkie mają w sobie te najlepsze i te najgorsze ludzkie zachowania. Dopóki nie nazwie się rzeczy po imieniu trudno wygrać z patologią. Tak, większość muzułmanów to spokojni, przyajźni ludzie, ale jak wszędzie są wśród nich wariaci, którzy w imię odczytanych dosłownie religijnych nakazów zamienią się w bestie. Udawanie, że tak nie jest niczego nie zmieni a wręcz przeciwnie, nastawi społeczeństwo przeciw umiarkowanym wyznawcom. Z drugiej strony to co wyprawiają ludzie (?) z ISIS jest barbarzyńskie w stopniu monstrualnym. Nie przypominam sobie zbyt wielu historycznych epizodów gdzie jedni niszczyli by drugich w tak bezsensowny, zwierzęcy i niedający się w żaden sposób usprawiedliwić sposób.

Na tym tle wiadomości z polski o powyborczych przepychankach wyglądaja prawie jak fragment z Haszka albo Hrabala…

Warto przeczytać – Stuhr & Stuhr

M. podesłała mi do przeczytania bardzo ciekawy wywiad ze Stuhrem seniorem. Cenię pana Jerzego bardzo jako aktora, reżysera i człowieka. Uważam, że jest jednym z niewielu ludzi w polskiej kulturze, którzy mają odwagę rozmawiać o nadwiślańskich tabu z perspektywy bardzo osobistej i zaangażowanej. Doceniam też to, że panu Jerzemu się chce. W końcu mógłby się zaszyć w swoim domu na wsi i prowadzić żywot człowieka poćciwego jak Rej, nie wyściubiając nosa. Jest ceniony, zasłużony, spełniony. Mimo to się nie poddaje i głośno mówi co go w jego krakowskiej piersi gniecie, choć zdaje sobie sprawę, że jego poglądy narażą go na atak brunatnej gawiedzi i “obrońców” jedynie słusznych poglądów na wszystko. Czapki z głów panie Jerzy, czapki z głów.
Wywiad można przeczytać tutaj.

Dla równowagi drugi wywiad, który też jest ciekawy, bo pokazuje jak na sprawę patrzy Stuhr junior. Do Maćka czuję sympatię odkąd widzieliśmy go wieku temu na żywo w Krakowie na występach kabaretu Pożarcie. Duży talent komiczno-kabaretowy i aktorski też, choć oczywiście nie ma człowiek łatwo. Pakowanie się w ten sam zawód, w którym ojciec jest jednym z tytanów to misja pozornie samobójcza. Ale udało mu się znaleźć swój głos, choć na pewno “pomocni” podkładali kłody tu i ówdzie. Drugi wywiad możecie przeczytać tutaj.

Co do brunatnej gawiedzi i “obrońców” wystarczy spojrzeć na komentarze pod wywiadami w “Gazecie”. Ręce już dawno mi przestały opadać, więc po prostu milczę, na zarazę umysłową nie ma leków.

Jakiś czas temu czytałem (nie skończyłem z braku czasu) dwie książki Jerzego Stuhra, które również polecam. Pierwsza to “Tak sobie myślę” czyli dziennik czasu choroby i intymne zapiski zmagającego się z nowotworem aktora połączone z inteligentną i trzeźwą analizą polskiej rzeczywistości i społeczeństwa. Piorunujące są niektóre fragmenty.
stuhr1

Druga książka jest gawędą o korzeniach, czyli czymś co tygrysy lubią najbardziej. Można się z niej sporo dowiedzieć, ale napisana jest z dużą wrażliwością na zachowanie prywatności i dobrego smaku.

okladka.indd

****
Dla rozluźnienia atmosfery Maciek z czasów szczenięcych w moich ulubionych skeczach, czyli parodia Soyki i rozmowa telefoniczna (Maciek ma dar do wychwytywania polskich akcentów i manieryzmów…)



Dla M.

Dzisiaj nieco bardziej osobiście niż zwykle, bo i okazja niezwykła… Dwadzieścia lat temu postanowiliśmy z M. być razem. Dwadzieścia lat to sporo. Na tyle, żeby się naprawdę dobrze poznać i na tyle długo, żeby przeżyć razem młodość, radości, smutki, burze i sztormy. Kraków, Ankara, Śląsk, Toronto… Pierwsza zima za granicą w 1999 roku w Turcji i wyjazd na stałe rok później. Zjeździliśmy kawał świata, wypili morze herbaty i piwa. Były niekończące się nocne rozmowy i wakacyjne ścieżki w nieznane. Dojrzewaliśmy, zmienialiśmy się, zamartwiali i cieszyli razem. Najpierw telefony, krakowskie kawiarnie i kradzione chwile razem u mnie albo u M. a potem wreszcie klucze do naszego pierwszego wynajętego mieszkania w krakowskim Podgórzu… Pokazałem M. czeską Pragę a ona mnie w zamian zawiozła do Tarnowa, gdzie w jakimś sklepie z muzyką wygrzebaliśmy za psie pieniądze płytę nie do dostania, Chico Hamilton Quintet. Pracowaliśmy razem w “Sylabie”, studiowali na UJ i żyli jak na studentów przystało – biednie ale ciekawie. Jeździliśmy na Śląsk, na Słowację na narty i w góry. Przez pewien czas Kraków był domem.


Mamy z M. wiele współnych pasji, zainteresowań i dziwactw, wśród nich muzyka i kino zawsze odgrywały bardzo ważną role. Oczywiście mamy fazy i upodobania zmieniają nam się z czasem, ale są takie filmy i piosenki do których albo wracamy od lat, albo które miały na nas duży wpływ. Tych filmów i myzyki jest bardzo dużo, ale na dzisiaj wybrałem dwadzieścia(M. zaprotestowałą, że zapomniałem o ważnej muzyce więc jest czterdzieści wybranych wspólnie) najważniejszych, moim zdaniem. Myślę, że nie będzie niedyskrecją gdy podzielę się tą kolekcją z Wami. A nuż Wam też coś się z tego spodoba.

Tak więc z dedykacją i podziękowaniem dla M. za te wszystkie lata i nadzieją na następne.






PS. Kilka spraw z naszego życia, które lubimy a których wyjawienie też niedyskrecją nie będzie… Kolejność przypadkowa:
scrabble
herbata i kawa
puby i kawiarnie
Kraków i Kazimierz
włóczęgi samochodem po miejscach, których nie ma w przewodnikach
Stambuł
oglądanie nocnego nieba na wakacjach
książki
antyczne meble i niezwykłe lampy, na które nas zwykle nie stać:)
rozmowy z przyjaciółmi
fotografie stare i nowe
psy
dobre jedzenie z różnych stron świata
wakacje
… wystarczy;)

Wiktor Hagen – “Granatowa krew”

granatowa krew

Wreszcie naprawdę dobry polski kryminał współczesny: świetne wyczucie językowe autora, interesująca intryga kryminalna, bardzo ciekawy główny bohater i doskonale pokazana warszawska rzeczywistość początku dwudziestego pierwszego wieku…

Główny bohater, komisarz Robert Nemhauser, podoba mi się do tego stopnia, że od razu zaliczyłem go do grona moich ulubionych detektywów (grono jest małe: Richard Jury, Philip Marlowe, Kurt Wallander i Eberhard Mock). Większość panów na mojej liście to cierpiący na depresje samotnicy obdarzeni nieprzeciętnym intelektem. Nemhauser kojarzy się raczej z młodym doktorantem niż z detektywem od spraw kryminalnych. Ma rodzinę (synowie-bliźniaki i kochająca żona), uwielbia gotować, zwłaszcza potrawy azjatyckie, sporo czyta. Koledzy po fachu to typowe gliny-twardziele, więc Nemhauser zupełnie do nich nie pasuje.

Lubię kryminały literackie, czyli takie, w których wątki kryminalne są tylko jednym z elementów całości a nie celem samym w sobie jak w klasycznych kryminałach typu Agatha Christie. W tym wypadku się nie zawiodłem – Hagen pokazuje życie we współczesnej Warszawie z perspektywy urzędnika państowego na kiepsko płatnym etacie. Sporo jest odniesień do kultury popularnej, polityki i problemów społecznych a także krytyki korupcji, hipokryzji, nadętego “patriotycznego” patosu i powiązań różnych grup rodem z PRLu ze światem władzy i pieniędzy. Tytułowi bohaterowie, “granatowa krew”, to ludzie na szczycie, współcześni nietykalni.

Wiktor Hagen to literacki pseudonim Leszka K. Talko, archeologa z wykształcenia, a profesjonalnie dziennikarza “Wyborczej” i autora popularnych felietonów o wychowaniu dzieci. Po języku widać, że Hagen ma doskonały warsztat. Wszyscy bohaterowie – od żuli po polityków mówią swoimi odmianami potocznej polszczyzny. Sporo w tym dobrej zabawy dla kogoś, kto na takie drobiazgi lubi zwracać uwagę. Dla mnie tym ciekawsze, że z potoczną polszczyzną mam kontakt bardzo znikomy.

Powinienem dodać, że “Granatowa krew” choć porusza dosyć poważne problemy ma dosyć pozytywny wydźwięk. Hagen/Talko uśmiecha się co jakiś czas do czytelnika i daje znak, że jest nieźle, choć zawsze mogłoby byc lepiej. Bardzo mi się takie podejście spodobało i chyba było mi potrzebne po świetnych, ale niezmiernie dołujących kryminałach skandynawskich. Poza tym jak dla mnie książka była za krótka. Ledwo się rozpędziłem a tu bach, koniec.

Szczerze polecam. Już się cieszę na dwie dalsze części, mam nadzieję, że równie dobre.

dzien zwyciestwa

dlugi weekend

Varia codzienne

Rodzice dolecieli szczęśliwie w czwartek wieczorem. Teraz trochę odpoczynku po trudnych i mozolnych miesiącach przed przeprowadzką a potem zacznie się im ustawianie życia na nowo. Nam trochę też oczywiście. Nawet nie wiem jak się wszyscy zmieścimy przy stole w kuchni kiedy będziemy sie spotykać u nas w domu, choć częściowo rozwiązał sprawę nowy-stary stół. Udało nam się znaleźć ładny, stary stół w stylu karczmianym (tavern table) z blatem ze starej sosny, podstawą z jesionu i pięknie toczonymi nogami nie wiem z czego, ale chyba z klonu. Co ważne, ma szufladę. Takiego stołu szukaliśmy od dawna, nawet się przymierzałem, żeby samemu zrobić, ale moje prace stolarskie od kilku miesięcy stoją odłogiem, bo nie mam czasu. Jak dobrze pójdzie to mam nadzieję przez zimę zrobić łóżko kapitańskie dla małej, łóżko dla nas i nowe drzwi do łazienki.
***
Piekę chleby w dużych ilościach i zacząłem robić ser. Pisząc o braku czasu mam na myśli głównie brak czasu w takich godzinach kiedy mógłbym odpalać maszyny stolarskie. Wieczorami kiedy dzieci śpią mam czas i nie mam ochoty siedzieć przed komputerem, więc sie odreagowuję jako piekarz i, od niedawna, serowar. Dostałem od M. świetną książkę o robieniu sera w domu, dokupiłem drugą, również doskonałą i zacząłem eskperymenty. Póki co zrobiłem dwa sery i oba wyszły bardzo smacznie. Udało mi się też jeden zepsuć – kozi cabecou – dałem za mało podpuszczki i nie taką kulturę bakteryjną jak miała być, więc nie wyszedł. Dwa litry koziego mleka poszło do zlewu. A ser wygląda przepysznie, jak ktoś ma ochotę się zmierzyć to polecam. Tu są zdjęćia, a przepis w drugiej polecanej przez mnie książce. Jeśli jesteście w Ameryce Północnej, to książka powinna być dostępna w bibliotece miejskiej. Kultury bakteryjne i sprzęt do robienia sera można kupić w Stanach tutaj a w Kanadzie tutaj. Obie firmy wysyłają za granicę. Muszę przyznać, że robienie sera to spora frajda i mam nadzieję się w tej dziedzinie dokształcić i zacząc robić jakieś bardziej skomplikowane. Składniki są tanie, sprzętu za wiele nie potrzeba. Ważna jest czysta kuchnia.

***
Poza serem i chlebami wzięło mnie na rzeczy fermentowane. Ta sama pani, która napisała jedną z polecanych przeze mnie książek, wydała ostatnio książkę o różnych potrawach fermentowanych. Rewelacja. Jest tam kimchi, kwas z buraków, ocet z ananasów, kombucha i wiele innych delikatesów. Świetnie napisane i przystępne.
Póki co zrobiłem porcję kwasu chlebowego (z polskiego przepisu) który wyszedł naprawdę rewelacyjnie i fermentowany keczup, który spróbujemy dzisiaj. Nastawiłem też ocet z ananasa, ale chyba będę musiał zrobić nowy, bo kawałki, które wypłynęły na powierzchnie pokryły się pleśnią. Co tam, uczymy się na błędach.
***
Padł mi twardy dysk, o czym już pisałem. Niestety, razem z nim padły zdjęcia i skany negatywów. Czeka mnie sporo roboty, żeby na nowo zeskanować czarno białe filmy. No ale przynajmniej jest co skanować, zdjęcia cyfrowe (nie za wiele całe szczęście, bo nie robię) poszły w diabły na dobre… Przypomniałem sobie film dokumentalny, który oglądaliśmy na zajęciach o materiałach i kolekcjach audio-wizualnych. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, po którym nie zostanie prawie żaden namacalny ślad dokumentalno-fotograficzno-muzyczny. Książki drukowane zostaną, filmy na negatywach, muzyka na płytach analogowych też wytrzymają kilkaset lat (o ile będą przechowywane w odpowiednich warunkach). Za to wszystko co cyfrowe najprawdopodobniej szlag trafi i zostanie tylko to, co ludzie przeniosą na bardziej trwałe media – na przykład fotografie wydrukowane na papierze… To jeden z powodów dla których robię zdjęcia na tradycyjnych błonach.
***
Przeczytałem ostanio kilka książek, w tym sporo bardzo dobrych i jedną kiepską. Ta kiepska to polski kryminał Nadii Szagdaj, pisarki z Wrocławia. Akcja dzieje się w Breslau przed pierwszą wojną a główną bohaterką jest Frau Klara Schulz, aspirująca policjantka-amatorka. Przez Breslau przelewa się fala brutalnych morderstw… i sam nie wiem co napisać. Potencjalnie ciekawa książka z ciekawym (choć po Krajewskim i jego cyklu o Breslau już nie dziewiczym) tematem i tak dalej. Ale: irytowała mnie pozbawionym sensu i logiki rozwojem akcji. Przeszkadzał mi też przesadnie zmanierowany język. Do tego odnoszę wrażenie, że jeśli morderstwo nie jest dostatecznie krwawo i dramatycznie opisane to nie ma kryminału. Dwie gwiazdki na pięć.

Zupełnie inny kaliber to książka norweskiego pisarza Jo Nesbø, “The Bat” (po polsku wyszło jako “Człowiek-nietoperz, nie wiem jaka jest jakośc przekładu, angielski jest świetny). Pięknie napisana, wciągająca, doskonała… tylko potwornie mnie zmęczyła i zdepresjonowała. Ciężki kaliber nader. Nie piszę się póki co na inne książki o komisarzu Harrym Hole. Bardzo literacka w każdym razie.

Poza tym skończyłem drugą część świetnej serii fantasy Patricka Rothfuss’a: “The Wise Man’s Fear”. Po polsku wyszło o dziwo w dwóch osobnych tomach jako “Strach mędrca” i znów, nie mam pojęcia jaki jest przekład. Angielski oryginał jest bardzo literacki, przewrotny i piękny językowo w każdym razie. Gorąco polecam wszystkim, którzy fantasy lubią. Oczywiście polecam najpierw pierwszą część, “The Name of the Wind”. Świetna zabawa, ale ostrzegam, że każdy tom ma ponad tysiąc stron.

Zacząłem czytać naprawdę dobrze napisany i wciągający polski kryminał współczesny. Nie wiem jak się dalej rozwinie, póki co jestem pod wrażeniem. Rzecz nazywa się “Granatowa krew” a napisał ją pan Wiktor Hagen (Wiktor Hagen to literacki pseudonim pana Leszka Talko. Ciekawy pomysł z tym pseudonimem). Akcja dzieje się we współczesnej Warszawie i tak naprawdę, jak we wszystkich porządnych literackich kryminałach, zbrodnia jest tylko jednym z elementów całości. Poza tym jest to powieść o współczesnym wielkim mieście, polskiej rzeczywistości i życiu społeczeństwa. Bardzo ciekawe, mam nadzieję, że dalej takie będzie. Napiszę więcej kiedy skończę.

Halloween się zbliża. Czas przystroić dom i wyrzeźbić dynię. W tym roku mamy ponownie “wystrój naturalny” przez remonty na ulicy. Nasze starsze dziecko odkryło co to “kokolada” i lizaki, więc czeka nas orka na ugorze, bo wiadomo, że dostanie do koszyczka słodycze lepszej i gorszej jakości. Trzeba będzie oddzielić ziarna od plew i wprowadzić racjonowanie;)

Jak widać, jesień pełną gębą. Pięknie jest wszędzie. Nie pozostało nic innego niż grzebnąć w worek ze starymi piosenkami, które mi się przypominają a dawno nie słuchałem:)

Tadek Nalepa. Ostro grał kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Najlepszy polski bluesman:


Wojtek Bellon. Na jego tekstach i piosenkach uczyłem się grać na gitarze, jeśli można to tak nazwać. A krakowski Bar na Stawach mijałek dwa razy w tygodniu przez kilka dobrych lat. Niestety została tylko nazwa, nawet piwa nie serwowali.