I znowu śnieg…

Od kilku dni mamy piękną wiosnę. Ale to by było na tyle, bo w nocy ma spaść temperatura i nadejdzie kolejna burza śnieżna… Zapowiada się drałowanie z wózkiem do żłobka z Małą w śniegu…

snow

Sezon burz Sapkowskiego – kanon czy apokryf?

Sezon-burz

Geralt z Rivii wrócił. A raczej pojawił się w prequelu do wiedźmińskiej sagi. Powroty są trudne, nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki co mniej lub bardziej świadomie czują czytelnicy, autor i sami bohaterowie. W zasadzie dobrze, tak być powinno.

“Sezon burz” to coś pomiędzy opowiadaniem i powieścią, raczej bliższe temu pierwszemu. Jest jeden główny wątek, niezbyt skomplikowany, okraszony mniejszymi wątkami pobocznymi. Pojawiają się znane z sagi postacie – oprócz Geralta jest jego brat-łata Jaskier, Yennefer i kilka postaci drugoplanowych.

Książka mi się w miarę podobała, ale mam do niej sporo zastrzeżeń. Nie zaliczyłbym jej do kanonu, to raczej apokryf. Dlaczego? Ano dlatego, że wydaje mi się, że mistrz polskiego słowa się spieszył. Miał pomysł na opowiadanie i postanowił je wydać. A jako, że opowiadanie wydać trudno, postanowił dopisać to i owo, żeby zrobiła się powieść. Pewnie dlatego część opisów, dialogów, zabiegów retorycznych i wątków to Sapkowski jak się patrzy, a więc cymes z bakaliami, gęsto podlewany dobrym winem. Natomiast reszta to wyrób sztucznie aromatyzowany olejkiem Sapkowskopodobnym: pojawiają się irytujące wtręty ze współczesnej mowy potocznej, żargon korporacyjno-technologiczny, dialogi na słabym poziomie, dziwaczna składnia i tym podobne “cymesy”. Są tym bardziej irytujące, że pojawiają sie zaraz po fragmentach naprawdę dobrych.

Jestem nieco zawiedziony, wolałbym, żeby Sapkowski albo wydał “Sezon burz” jako opowidanie, albo, lepiej, żeby się bardziej przyłożył i rozbudował powieść sensownie. Tymczasem dostajemy do ręki coś co wygląda jak doskonałe opowiadanie, które edytor przekazał jakiemuś chcącemu się wykazać kandydatowi na pisarza ze słowami “panie X, pan dopisze, rozszerzy i dorobi to i owo”. Jak owe nieszczęsne niedorobione rękopisy, które po śmierci znanych pisarzy wydawcy wyciągają siłą na światło dzienne przy “współpracy” zatrudnionego na ten cel mało znanego pisarza. Prawie zawsze jest to klapa. Tutaj klapy kompletnej nie ma, bo książkę bronią te fragmenty do których Sapek rzeczywiście się przyłożył, ale nie jest to produkt doszlifowany, tylko wersja beta, jak pewne stwory z którymi Geraltowi przypadło się zmierzyć w powieści. Fanom Sapka polecam jako lektura obowiązkowa z powyższymi zastrzeżeniami, reszcie radzę zacząć przygodę z wiedźminem Geraltem od opowiadań (“Ostatnie życzenie” i”Miecz przeznaczenia”) oraz sagi.
3/5

Dziudziś

IMG_6540-1-16
… czyli potem było nas czworo.

W zeszły czwartek do naszej rodzinnej kompanii dołączył kolejny członek, jak nazwała go Mała, “dziudziś” tudzież “dudiś”. Dziudziś przyszedł na świat na kilka dni przed terminem, za to po dwudziestu jeden minutach odkąd weszliśmy do szpitala – tak szybko, że położna nie za bardzo zdążyła się rozłożyć ze swoim kramem. Wszystko podziało się w takim tempie, że do domu wróciliśmy po kilku godzinach, M. i dziudziś nawet opasek na ręce nie zdążyli dostać. Mama i dziudziś zdrowi (dziudziś jest chłopcem) i w domu mamy wylęgarnię. Mała jest dziudzisiem zafascynowana i oczywiście trochę zazdrosna, choć radzi sobie nieźle. Dzięki temu, że pomaga nam moja mama a pies pojechał na psią farmę wszystko toczy się o wiele łatwiej niż poprzednim razem. Dziudziś ma spory apetyt i jest niezłym śpiochem póki co. Mamy nadzieję, że tak zostanie. Jest mniejszy niż Mała o prawie dwa funty/jeden kilogram, przy czym jest dosyć kościsty i ma duże hobbickie stopy. Ciekawe, że dzieci z tej samej puli genetycznej potrafią być tak różne.

Dom na “klasycznej męskiej liście” odhaczony, córka i syn też, pozostało mi zasadzić drzewo (tak po prawdzie zasadziłem dąb z żołędzia kiedy byłem mały i wyrósł na całkiem spore drzewo). Było nas dwoje w Toronto, teraz jest nasza czwórka, siostra z mężem i synem a moi rodzice dostali niedawno stały pobyt i też się szykują do przyjazdu na stałe. Niesamowite jak to się wszystko pozmieniało. Oby dalej wszystko się tak układało, to mi zupełnie wystarczy.

Na wielkie pisanie blogowe raczej się z mojej strony w najbliższych miesiacach nie zanosi. Zajmować mnie będą pieluchy, pacyfikowanie Pana Psa, ojcowanie Małej i inne Bardzo Ważne Sprawy.

Pozdrawiam i życzę szybkiej wiosny.

Góry i niziny (społeczne)

Oglądamy Downton Abbey i zassało nas na dobre. Dla nieobeznanych z tematem – to brytyjsko-amerykański serial kostiumowy o życiu w rezydencji arystokratycznej, tytułowym Downton Abbey i perypetiach z tym związanych. Czasy po-edwardiańskie (pierwszy odcinek zaczyna się w 1912 roku) a więc napięcia społeczne, zmiany technologiczne, wojna na progu, niepokój w Irlandii i tak dalej. Najważniejsze, poza perypetiami bohaterów, są w filmie w zasadzie dwie rzeczy – zmieniające się szybko normy społeczne i dążenie do zachowania (albo znalezienia) swojego miejsca w społecznej hierarchii.

Jak wiadomo, nikt nie ma takiej obsesji na punkcie klasy społecznej i pochodzenia jak Brytyjczycy. Wystarczy na chwilę włączyć radio BBC, żeby słowo “class” zaczęło powracać jak bumerang. Teoretycznie, jak w większości krajów Zachodu, większość ludności uważa się za klasę średnią (middle class), ale to tylko przykrywka, wystarczy grzebnąć głębiej i temat zaczyna się robić coraz bardziej fascynujący.

Zjednoczone Królestwo jest jednym z ostatnich miejsc na ziemi i chyba jedynym społeczeństwem zachodnim w którym nadal funkcjonuje dobrze rozwinięta arystokracja, przy czym brytyjska wersja tej feudalnej instytucji ma aż dwie kategorie “wybrańców losu.” Pierwsza grupa to arystokracja dziedziczną grubego kalibru, do której należy rodzina królewska oraz parowie “peers,” którzy są poniekąd odpowiednikiem rodów magnackich w Rzeczpospolitej. Druga grupa to średni i drobny narybek czyli “gentry”. Niektórzy z drugiej grupy dziedziczą tytuły po mieczu, ale spora grupa w tym wszyscy pasowani na “rycerza” (knight) przez królową, już nie.

Wydawało mi się, że ta brytyjska obsesja nie ma swoich odpowiedników gdzie indziej, a tym bardziej w Nowym Świecie, gdzie większość arystokratycznych tytułów dawno zniesiono. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że nic bardziej mylnego – myślenie “klasowe” mamy po prostu wszyscy wbudowani w siebie na stałe. Tyle, że teraz o wiele ładniej to kamuflujemy, żeby przypadkiem nie popełnić towarzyskiego faux pas. Kamuflaż znika w sytuacjach ekstremalnych, zwłaszcza zaś kiedy ktoś popełnia “mezalians” (z braku lepszego współczesnego słowa) i wkracza do innej grupy. Wydaje mi się, że każde społeczeństwo poprzeczkę ustawia nieco inaczej, przy czym w zachodnich demokracjach najczęściej klasę społeczną zastąpiła edukacja, ale nie zawsze i nie wszędzie.

W niektórych społeczeństwach, jak polskie albo tureckie, mezaliansem jest poślubienie kogoś spoza własnej kultury, o ile kultura tego kogoś uznawana jest przez dane społeczeństwo za niższą. Stąd nie ma problemu ze społeczną aprobatą związku z “prawdziwym” Francuzem albo Hiszpanką, za to tolerancja znacznie opada wobec Polek poślubiających na przykład muzułmanów albo czarnoskórych, od których spora część polskiego społeczeństwa uważa się, mniej lub bardziej świadomie, za lepszych. Nie jest to bynajmniej zjawisko lokalne, bardzo podobny problem będzie miała Turczynka chcąca poślubić czarnoskórego albo Polaka, o ile ten nie przejdzie na islam. To zjawisko jest stare jak świat ale całe szczęśćie w takich miejscach jak Toronto wydaje się być na wymarciu. Niestety przyroda nie lubi próżni, więc pojawiają się nowe, nie mniej restrykcyjne poprzeczki, w tym wspomniana edukacja.

Większość z nas chce dla swoich dzieci jak najlepszej przyszłości, przy czym “dobra przyszłość” dla każdego ma nieco inne znaczenie. Jeśli jesteśmy po studiach to prawie bez wyjątku chcemy, żeby nasze dzieci też studia skończyły, bo to własnie wyższe wykształcenie stało się biletem do naszego nowego świata nowych klas społecznych. Tak, wiemy, że pan hydraulik zarabia o wiele więcej niż ktoś po studiach magisterskich w jakiejś ezoterycznej dziedzinie, mimo to naciskamy, żeby nasze dzieci pomyślnie skończyły swoją przygodę z uniwersytetem. A kiedy zaczynają się rozglądać za partnerami życiowymi stawiamy sprawę jasno: żadnych robotników, sprzątaczek ani kominiarzy. Przesadzam? Nie sądzę. Oczywiście, że zdarzają się wyjątki i chwała im za to, jednak dla większości związanie się z kimś spoza jest nie do pomyślenia, przy czym działa to w dwie strony, bo rodzina robotnicza w której syn robotnik poślubił lekarkę albo nauczycielkę raczej nie będzie z wyboru swojego potomka zadowolona.

Co ciekawe nasze nowe “kasty” mają spory wpływ na to jak będzie wyglądać nasze życie małżeńskie. Jak się okazuje i jak pokazują różne badania wykształcona część klasy średniej o wiele rzadziej się rozwodzi niż ludzie niewykształceni. Wykształcenie zastąpiło mieszczańskie normy sprzed lat? Być może.

Zastanawiacie się czasem do jakiej grupy albo klasy sami należycie? Miałem na ten temat kiedyś ciekawą rozmowę z pewną dosyć bliską mi osobą, ale to temat na inny wpis.

Jak ktoś ma ochotę zobaczyć do jakiej klasy wkładają go Brytyjczycy to proszę bardzo. Proponuję zarobki i ceny domów przeliczać w skali 1:1, żeby dostać miarodajny wynik.

Czas ożywić atmosferę…

Czas trochę ożywić atmosferę…

Kiedy ponad dwa lata temu zostaliśmy rodzicami dosyć znacząco zmieniła nam się perspektywa na wiele spraw. Do tej pory, z mniejszymi lub większymi wyjątkami, żyliśmy jak zawsze – improwizując. Co prawda Pan Pies wprowadził w nasze życie sporą dawkę stabilizacji a kupno domu sprawiło, że się zakorzeniliśmy na dobre, ale nadal można było szaleć do rana i żyć przyzwyczajeniami z czasów studenckich. No ale co tu ukrywać, jesteśmy coraz starsi i w pewnym momencie zaczęło nam doskwierać dosyć uciążliwe przeświadczenie, że nasze życie nie jest pełne. Obsewrując ludzi w naszym wieku zauważam, że zjawisko nie jest nietypowe, wręcz odwrotnie – oto zbliża się „wiek średni” więc zaczynamy szukać siebie samych i siebie nawzajem. Nasze biologiczne zegary wysyłają do mózgu sygnały, że czas podjąć decyzję. Będziemy sami, czy się rozmnożymy. Jeśli to drugie to jak bardzo. A jeśli to pierwsze to jak sprawić, żeby nasze życie miało sens i nie ograniczało się do pracy zawodowej i snu?

Zawsze wiedzieliśmy, że chcemy kiedyś tam być rodzicami. Tyle, że nigdy nie było dobrego momentu na to, aby podjąc decyzję. Jedne studia, potem drugie, potem trzecie, emigracja i praca zawodowa, rozterki, kryzysy, szukanie swojego miejsca i przestawianie priorytetów. Do tego na prawo i lewo słyszeliśmy, że nie ma się co spieszyć, bo ludzie z naszego pokolenia mają dzieci później, więc zdążymy… Prawda jest taka, że żaden moment nie jest idealny, żeby podjąć decyzję. Zawsze pojawiają się przeszkody albo coś innego jest ważniejsze. Ale potem bywa za późno. Nam się udało i łatwo nam poszło, niestety niektórym ludziom w naszym wieku nie wszystko układa się tak dobrze, czasem starają się miesiącami i nic. W gabinecie lekarskim okazuje się, że trzeba było się za sprawę zabrać szybciej, że po trzydziestym piątym roku życia kobietom coraz trudniej zajść w ciążę, że zwiększa się drastycznie ryzyko komplikacji i tak dalej.

Do pewnego wieku pary z dziećmi i bez funkcjonują podobnie i łatwo nawiązać nić porozumienia oraz zachować przyjaźnie. Potem najwyraźniej coś się zmienia i ludzie się od siebie chcąc nie chcąć zaczynają oddalać. Tak, wiem, takie poglądy to stereotyp a wiadomo, że stereotypy są naciągane… Mimo to wyraźnie zauważam zmiany, nie wszystkie na korzyść. Chyba nie da się inaczej – zaczynamy żyć innym rytmem. Cieszą nas inne sprawy, inaczej mierzymy własne osiągnięcia i aspiracje, mamy zupełnie odmienne priorytety.

Czasem pytam się siebie samego co myślę o tych zmianach. Oczywiście było by łatwo powiedzieć, że w zasadzie wszystko mi jedno – każdy ma prawo żyć tak jak chce i nic mi do tego. Rzeczywiście w pewnym stopniu tak właśnie uważam. Każdy ma jedno życie i powinien je przeżyć tak jak chce. Ale byłoby obłudą z mojej strony twierdzić, że rozumiem ludzi, którzy mogą mieć dziecko a nie chcą. Nie rozumiem. Staram się ale nie jestem w stanie. Może dlatego, że uważam, że żyjemy nie dla siebie samych tylko dla kogoś – naszych dzieci właśnie. A przynajmniej jeden z okresów naszego krótkiego pobytu na ziemi powinien być życiem dla kogoś. To najlepsza sczepionka na jedną z największych moim zdaniem plag współczesnej zachodniej cywilizacji – skrajnego egoizmu, w którego pochwale kształtuje nas otoczenie. Piszę to świadomie jako człoiwiek Zachodu. I piszę to dlatego, że uważam graniczący z narcyzmem egocentryzm za jedno z największych zagrożeń dla przyszłości naszej kultury, sztuki, demokracji i sposobu życia. Kiedy zanika wspólnota społeczeństwo upada.
Najgorsze moim zdaniem jest to, że nasz egocentryzm rozwija się i kwitnie podstępnie a technologia która nas otacza ma w tym spory udział. Nawet nie zauważamy kiedy nasz rytm życia zaczyna być wytyczany przez komputery i nastawione na rózwoj własnej osoby aktywności. Nie mamy czasu pobyć z ludźmi, porozmawiać, dać się ponieść chwili, bo wiecznie nas coś goni.

Kiedy w życiu pojawia się dziecko, działa to (a przynajmniej powinno) jak wiadro zimnej wody wylane na głowę. Chłoniemy szybko i zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na świat. Tak, chcielibyśmy wyskoczyć na piwo albo zacząć ćwiczyć jogę i często się udaje różne zachcianki spełniać, ale teraz wszystko musimy zbalansować z potrzebami potomstwa. Oczywiście zakładam, że chcemy mieć z owym potomstwem dobry kontakt i nie wysyłamy go do żłobka z internatem i nianią. Jednym słowem, że jesteśmy rodzicami którzy sami aktywnie wychowują dziecko a nie bankomatami do wydawania pieniędzy i zatrudniania armii ludzi do pomocy. I w tym właśnie momencie życie rodziców i nie-rodziców zaczyna płynąc innymi torami…

Czytam o przyjaźniach, które się rozpadają po latach, o tym, że naukowcy starają się wytłumaczyć dlaczego nagle ludzie się od siebie odsuwają. Myślę o tym wszystkim w kontekście naszych własnych przyjaźni i znajomości i widzę, że moje przemyślenia nie są wyssane z palca. Zaczynamy żyć w dwóch różnych światach, mamy zupełnie inne priorytety. W zasadzie dlaczego miałoby być inaczej?
Na koniec dodam, że zostanie ojcem było jedną z najlepszych rzeczy jakie mi się w życiu przydarzyły. I nie da się tego opisać na sucho, trzeba przeżyć samemu.
********

Tyle na dobry początek… Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii na temat, ale bardzo proszę nie odbierać tego co napisałem jako aluzje do własnych wyborów czy sytuacji. Jak wspominałem, chciałbym pisać o ojcowaniu w praktyce i nie tylko. Póki co trudno mi ugryźć temat, bo muszę brać pod uwagę prywatność mojej córki jak i naszą. Czuję, że to ciekawy temat, ale dopiero sobie muszę wypracować sposób pisania o nim…

Z po-świątecznej zamrażarki

Witam wszystkich w nowym roku. Mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak pomyślny jak poprzedni a może i lepszy, czego serdecznie Wam wszystkim życzę.
***
Za nami jedne z najbardziej ekstremalnych pogodowo zimowych tygodni w Ontario. Przeszliśmy najpierw rekordowe mrozy, zawieje i burzę lodową, która pozbawiła prądu i telefonów na długie dni setki tysięcy mieszkańców w całej prowincji. A potem była fala ciepłego powietrza i odwilży jak wczesną wiosną. Nawet jedna mucha sie gdzieś w domu obudziła i siadła na oknie.

***
Nigdy wcześniej nie widzieliśmy burzy lodowej (podobno ostatnia była w Toronto pod koniec lat 90-tych). Zjawisko polega na tym, że w czasie silnego deszczu nagle spada temperatura. Deszcz nie zamienia się w śnieg ani grad tylko nadal jest deszczem, ale kiedy na coś spadnie natychmiast zamarza. Na gałęziach, domach, ulicach, samochodach i wszystkim innym wytwarza się więc gruba warstwa lodu. Ta warstwa robi się coraz grubsza, więc drzewa nie wytrzymują napięć i ciężaru i się poddają. Ponieważ nie są elastyczne jak zwykle to gałęzie spadaja a drzewa się rozszczepiają. Pięknie to wygląda z bliska, ale dla drzew i otoczenia jest raczej zabójcze…
WP_20131222_006
Przepraszam za jakość zdjęć, ale były robione nocą moim telefonem.

WP_20131222_005

W mieście i okolicy burza lodowa połamała tysiące drzew, jak to na ulicy przy której mieszka moja siostra:
WP_20131224_001
***
Pewnego dnia temu wracałem sobie spokojnie ze spaceru z psem do domu. Tuż przed domem dobiegł mnie bardzo głośny huk, coś jak potężny kawał metalu spadający na ziemię. Obejrzałem dokładnie nasz dom i nic. Na domu sąsiadów też nic, żadna rynna ani sopel się nie urwały. Pomyślałem co u licha, przecież nie mam halucynacji…

Tego samego dnia wieczorem jadąc autem i słuchając mojej ulubionej stacji radiowej zrozumiałem, że byłem świadkiem dosyć niezwykłego zjawiska geologiczno-atmosferycznego, z którym się do tej pory nie spotkałem. Pan w radiu mówił, że jeśli usłyszymy coś podobnego do tego, co usłyszałem wcześniej to najprawdopodobniej przydarzył się w okolicy “ice quake,” naukowo zwany cryoseism, czyli takie małe lodowe “tąpnięcia”, używając śląskiej górniczej terminologii. Dla znających angielski więcej informacji w Wikipedii i krótki reportaż amerykański poniżej:


Zjawisko występuje tylko na niektórych terenach i nie mam pojęcia czy w Europie też, w każdym razie w ostatnich tygodniach w Ontario było tego sporo. Oczywiście nikt nie wie gdzie i kiedy nastąpi, więc bardzo trudno to nakręcić albo nagrać.

Przez mrozy zamarzło częściowo jezioro Ontario i co odważniejsi szusowali na łyżwach. Piękny widok i wrażenie na pewno też niepowtarzalne, ale nie wiem czy bym sie odważył, wiedząc jak tam jest głęboko (120-140m w tym miejscu) i jakie mogą być różnice w grubości pokrywy lodowej na tym jeziorze…

PJT-IslandSkate-2.jpg
(Źródło: The National Post)

Poza tym żyjemy, ale mamy mało czasu na cokolwiek, bo zajmują nas różne sprawy. I walka z żywiołami… o tak…
WP_20131214_01120140116170729

Walka z nadwiślańską materią, czyli jak kupić najnowszego Sapkowskiego (poza Polską)

Uff… Mamy za sobą dwa podejścia do najnowszej książki o przygodach Wiedźmina, “Sezon burz.” Najpierw klasycznie, czyli w polskiej księgarni w Mississauga. Po świątecznej imprezie dla dzieci zorganizowanej jak co roku przez firmę M. skorzystaliśmy z tego, że jesteśmy po drugiej stronie miasta i wstąpiliśmy do “Starskiego,” czyli największego europejskiego supermarketu spożywczo-kosmetycznego w Greater Toronto Area. Przy sklepie jest też księgarnia. M. poszła zapytać o książke i dowiedziała się, że “niestety nie ma,” choć pani sprzedawczyni sie dziwiła, że “wszyscy pytają”… Ciekawe czy pani nie przyszło do głowy, że gdyby na półkach zamiast “Życia gwiazd,” książek o “zamachu” i polskich wydań amerykańskich filmów był Sapkowski i jakieś inne “normalne” polskie książki, to może by więcej sprzedała? No trudno, widać za myślenie nie płacą i nawet kiedy “wszyscy pytają” nie ma co się wysilać. Próba nabycia Sapka skończyła się fiaskiem.

Podejście numer dwa – e-book dla M…
Wczoraj wieczorem M. znalazła sobie Sapka w wesji wirtualnej. Najpierw usłyszałem wybuch radości a potem soczysty stek przekleństw, przy czym M. folguje sobie w ten sposób nader rzadko, więc wiedziałem że coś jest nie tak. I rzeczywiście…
Okazuje się, że na e-bookowe wydanie ma monopol jedna jedyna firma, która za granicę nie sprzedaje i już. Co proszę??? Blokada regionalna książki??? Ktoś chyba nawąchał się czegoś niezdrowego…
Może nie myślę zbyt logicznie, ale wychodziłem z założenia, że podstawową zaletą e-booków (dla niektórych jedyną) jest to, że są dostępne z każdego miejsca na świecie gdzie ma się dostęp do jakiegoś komputera i internetu. Niestety, okazuje się, że logika nie jest mocną polskich wydawców Sapkowskiego. Tak więc próba wejścia spoza Polski na “Kup teraz” na stronie wydawcy, cdp.pl, powoduje, że pojawia się taki “miły” obrazek:
woof

Pomijając brak profesjonalizmu i infantylizm komunikatu, człowieka po prostu krew zalewa na tyle skutecznie, że odechciewa się jakiegokolwiek kontatu z tą firmą. Rozumiem, że absolutnie nie zależy im na tym, żeby coś sprzedać i że nie przyszło im do głowy, że sporą częśc albo nawet większość polskich książek na e-bookach kupują ludzie za granicą, prawda? Po co myśleć, łatwiej wstawić cerbera i zasłaniać się umowami wydawniczymi, przy czym jescze raz podkreślam, że mówimy o książce nie filmie albo muzyce.

Można się wściec a można po prostu potraktować idiotyzm jak należy, czyli jego własną bronią. Pod spodem podaję więc dokładną instrukcję jak legalnie kupić sobie najnowszego Sapka omijając ograniczenia rodem z Barei. Voila…

Aby ominąć blokadę musimy udawać, że jesteśmy na terenie Polski, więc potrzebny nam jest polski adres IP. Najpierw zakładamy więc sobie darmowe konto na serwerze VPN Hideman. Trzeba zainstalować i odpalić program a potem wybrać Polskę jako kraj, z którego się chcemy łączyć. Potem należy zrestartować przeglądarkę internetową (ważne!) i iść na stronę sprzedawcy e-booka raz jeszcze i się zarejestrować. Ja podałem swoje kanadyjskie dane, zgodnie z prawdą. Potem trzeba (to konieczny krok) zweryfikować swój adres emailowy i zalogować się ponownie na stronie wydawcy. Jeśli wszystko działa jak należy po kliknięciu na “Kup teraz” na stronie z Wiedźminem nie wyskoczy cerber tylko pojawi się możliwość dodania do koszyka. Całe szczęście biorą PayPala, więc można od razu zapłacić, też używając swoich miejscowych ustawień. Po udanej transakcji (kosztowało mnnie chyba $8.90) na stronie “moja półka z książkami” pojawia się kupiona książka. Tu też nie może być normalnie jak wszędzie indziej, czyli ksiązka nie pojawia się od razu tylko po kilku(nastu) minutach od zakupu. Chyba muszą wydrukować:)

W końcu można sobie ściągnąć epub albo, jak ktoś ma Kindle, mobi.

Dodam, że tak jak podejrzewałem, lokalny adres IP jest potrzebny tylko po to, żeby kupić. Potem można się łączyć już normalnie “spoza Polski” i książka nadal dostępna jest na półce:

Uaktualnienie: Chyba całkiem ich powaliło – okazuje się, że jednak lokalny adres IP jest potrzebny także do tego, żeby kupioną książkę zgrać na dysk. Jednym słowem ich klienci lepiej żeby nie jeździli przypadkiem za granicę, bo książki które kupili (i za które firma skasowała pieniądze…) będą ładnie stać na “półce” ale nie da się do nich dotrzeć bez serwera VPN…

mojapolka

Miłego czytania, mam nadzieję, że z tego sposobu skorzysta jak najwięcej czytelników udowadniając panom i paniom cerberom z wydawnictwa, że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wolność dostępu do książek i informacji…

A ja jak to ja, zamówię sobie u rodziców wersję papierową.

Różne takie…

Miało być o dzieciach, przyjaźniach i sensie życia, ale nie potrafię dzisiaj ugryźć tematu, więc będzie mydło i powidło.
***
Rodzicujemy na całego. Zbliżają się święta, więc się szykujemy, bo nasza córka w tym roku już rozumie co się wokół niej dzieje i drobne radości i niespodzianki sprawiają jej dużą przyjemność, a w końcu o to we wczesnym dzieciństwie ma chodzić – o bezpieczne i pozytywne wrażenia przy poznawaniu świata. Tych mniej bezpiecznych i raczej negatywnych jest zawsze i tak za wiele, ale nie należy się im dać unieść. Tak więc przymierzamy się do wyprawy po choinkę a w sobotę jedziemy na spotkanie z Mikołajem. Imprezę organizuje praca M. na drugim końcu miasta.

Na naszej ulicy zaczyna się robić kolorowo. Całe szczęście śmieci z remontu przed domem zostały wywiezione, więc i my możemy zacząć stroić. Chcemy w tym roku zrobić to nieco wcześniej niż zwykle, bo potem święta tak szybko mijają, że nie ma się kiedy nacieszyć. Kiedy się ma w domu małe dziecko człowiek ma (przynajmniej tak jest w naszym wypadku) tendencje wracać myślami do czasów zamierzchłych i zgasłych, kiedy sami byliśmy dziećmi. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jaki kawał serca i pracy rodzice i dziadkowie musieli włożyć w przygotowanie świąt dla nas – dzieci, kiedy szykowali zaolziańską wigilię w domu dziadków. To w zasadzie temat na osobny wpis, tu jedynie podejmuję jako wątek wspominkowo-dziękczynny.

***
Czytam (M. już skończyła a moja mama jest w trakcie) niesamowitą powieść krakowskiej pisarki o fryzjerze męskim. Będzie osobny wpis na temat ale jeśli ktoś ma ochotę się za to zabrać już teraz to gorąco polecam. Dawno nie czytałem polskiej książki, która by była napisana z takim wyczuciem języka a przy tym miała niezwykle wciągającą akcję. Książka nazywa się Krakowska żałoba i wyszła kilka lat temu. Niestety nakład się wyczerpał, ale można nabyć na Allegro albo wersję cyfrową. Ta sama autorka wydała książkę popularno-naukową o przedwojennym życiu przestępczym w Polsce i też jest świetna. Więcej niebawem.

***
Byliśmy w końcu w kinie na Grze Endera (Ender’s Game). Książka, którą napisał Orson Scott Card to klasyk nad klasyki literatury sci-fi i jedna z tych powieści, które na zawsze zmieniają spojrzenie na świat, przynajmniej moje. Film jest bardzo ładnie zrobiony, ale do książki nie dorasta, choć warto obejrzeć. A nie dorasta dlatego, że to piekielnie trudno nakręcić. Fabuła jest zawiła i większość się dzieje w przestrzeni, więc są dodatkowe problemy. Sama powieść porusza wiele trudnych i niejednoznacznych moralnie kwestii jakie czeka prawdopodobnie kiedyś ludzkość. Nie chcę zdradzać za wiele, bo kto będzie chciał to przeczyta a kto nie tego i tak nie zachęcę. Polecam, najpierw książkę zdecydowanie a potem film. Książka ma dalsze części, z których druga, Speaker for the Dead (Mówca umarłych) jest równie dobra jak pierwsza. Kolejne są trochę odjechane, ale też warte przeczytania. A film? Wizaulnie piękny i aktorsko bardzo dobry, tylko nieco za bardzo skrócony i uproszczony wobec książki.

***
Za kilka dni minie pięc lat odkad mieszkamy w naszym domu!!!! A sam dom kończy w tym roku 115.
***
C.d.n.

Mariusz Szczygieł – Niedziela, która zdarzyła się w środę

szczygiel

Dawno nie czytałem polskich reportaży, więc kiedy wreszcie naszedł mnie nastrój na jakąś polską lekturę, zabrałem się za bardzo elegancko wydany tom Mariusza Szczygła – Niedziela, która zdarzyła się w środę. To seria opowieści o Polsce lat dziewięśdziesiątych, które łączy jedna nić przewodnia – są swoistą kroniką a zarazem nekrologiem czasu przemian, dzikiego kapitalizmu, nowych szans i wyzwań dla setek tysięcy zagubionych ludzi, którym z dnia na dzień skończył się świat jaki znali.

Czego tam nie ma… Są opisy losów ludzi, którym zamknięto fabryki, są specyficzne ogłoszenia prasowe, jest kronika budowy monstrualnych rozmiarów świątyni w Licheniu i droga do gwiazd, czyli baśniowe obietnice pewnej amerykańskiej firmy sprzedaży bezpośredniej, a także fenomen polskiej “ściany wschodniej,” czyli disco-polo. Jest i o polskim erotyźmie, stereotypach bogatych Polaków za granicą oraz topornych i szarych, jak rzeczywistość za oknem, zbrodniach. A to wszystko okraszone bardzo smakowitymi obserwacjami zmieniającej się mentalności, języka i wartości. Jest o ciele, duchu i pojawiającej się fascynacji konsumpcją. Całości towarzyszą świetne czarno-białe fotografie Witolda Krassowskiego, który swoją kronikę przemian utrwalał na fotograficznej błonie.

Szczygieł do bohaterów swoich reportaży ma sporo sympatii i nie ocenia, nawet jeśli to co robią nie zawsze jest dobre. Jak każdy dobry reporter, stara się dać głos ludziom, o których pisze. Uderzyło mnie jak bardzo tamta, nie tak w końcu odległa, dekada się zdezaktualizowała i jak szybko zjawiska, które wówczas ludzie mieszkający w Polsce uważali za normalne, zanikły. Sam pamiętam wiele z nich i się cieszę, że już ich nie ma, jak choćby uliczne stragany z mięsem czy “zachodnie” lokale w których pizza albo burger kosztują pół miesięcznej wypłaty przeciętnego obywatela. Nie zmienia to faktu, że czyta się o tym z dreszczykiem emocji, bo to jak wizyta w zakazanym lunaparku, gdzie normalnośc nie ma wstępu. Dla mnie tym bardziej fascynujące, że choć sam po części uczestniczyłem w tym zbiorowym szaleństwie, zdaję sobie sprawę, że w domu moich rodziców na Śląsku miałem się jak u Pana Boga za piecem – nie miałem pojęcia jak wygląda życie szwaczki w Łodzi albo mieszkańca PGRu. Uświadomiło mi to jak różnorodnym geograficznie, kulturowo i społecznie był (jest?) kraj w którym dorastałem. Szczerze polecam i narzekam, że za krótkie! Przede mną pozostałe książki Szczygła, w tym Gotland, opowieść o moim drugim kraju dzieciństwa, Czechach.

***
Dosyć trudno jest mi znaleźć dobre strony z recenzjami polskich książek, w tym ksiażek dla dzieci. Oczywiście stron jest wiele, ale na większości do jednego worka wrzucane są książki polskie i tłumaczenia, przez co za wiele czasu traci się na odsianiu tłumaczeń od twórczości oryginalnej. Z niewielkimi wyjątkami nie czytuję polskich tłumaczeń, myślę, że większość czytających w innych językach też nie, więc takie rozwiązanie sprawy przez polskie portale i księgarnie mnie nie zadowala. Jeśli ktoś zna jakieś dobre linki do miejsc gdzie polskie książki są osobną kategorią to poproszę.

Czas otworzyć zakład po letniej przerwie

Dawno mnie tu nie było, trochę z wyboru a trochę z konieczności. Niestety czas pędzi tak szybko, że często muszę wybierać, czy wolę coś przeczytać czy zrobić wpis do bloga. Ostatnio wygrywały lektury i inne sprawy. Poza tym przez ponad dwa miesiące był mój tato i wolałem spędzać wieczory na rozmowach, tym bardziej, że “dzieliliśmy się” nim z moją siostrą – zwykle w weekendy był u nas a w ciągu tygodnia u nich. Nawet nie wiem kiedy pożegnaliśmy lato i wpadli z piskiem opon w sam środek zimnej jesieni.

***
Dwa miesiące to może nie tak wiele w życiu dorosłych, ale u dziecka to kilka kamieni milowych. W lecie nasza córka stawiała swoje pierwsze kroki, teraz nie można jej zatrzymać, takiej nabrała ochoty do chodzenia. Coraz więcej mówi, przy czym jej język jest w tym momencie swoistą mieszanką angielskich i polskich zwrotów. Nasza latorośl siedząc na kanapie mówi więc “mjam mjam, jajo – mama, gotta go now,” (mniam mniam jajko, mamo, muszę już iść) wstaje i pędzi do kuchni, żeby jej umyć ręce zanim siądzie przy stole. Jest ciekawa jak co się nazywa i zaczęliśmy etap kiedy pokazuje na coś palcem i mówi “this?”. Pytana czy chce jeszcze jeść mówi, w zależności od tego czy jest głodna czy nie “mjam mjam”, “done” albo “nie”. A kiedy jest naprawdę głodna to nic nie mówi, tylko skacze w górę i dół jak piłeczka odbita od podłogi.
***
Obeszliśmy drugie rodzinne Halloween. W zeszłym roku Mała robiła za smoka i niewiele rozumiała, w tym została pingwinem i bawiła się świetnie. Miała małą, materiałową torebkę w kształcie dyni na halloweenowe słodkości i dzielnie odwiedzała sąsiadów. Niestety tegoroczny Halloween był deszczowo-ponury, więc dzieci mało. W naszym ogrodzie przed domem leży sterta starej blachy, papy i desek z dachu, który remontowaliśmy z moim tatą, więc wystrój do święta duchów mielismy bardzo nastrojowy, zresztą zobaczcie sami.

hallo

Ciąg dalszy nastąpi, póki co niniejszym wstawiam do okna tabliczkę “otwarte”.