19 listopada

Rano za oknem -7 stopni Celsjusza -15 odczuwalna, przez to, że wieje silny wiatr. Sąsiadujące z nami przez jezioro Buffalo zasypała chmura śniegu, spadło półtora metra. W ostatnim momencie zdążyli nam posadzić nasze nowe drzewo. Brrr, za wcześnie na zimę… Nawet opon jeszcze nie wymieniłem na zimowe. Sypie, sypie i sypie…

Zaczynam mieć awersję do czytania wiadomości. Same ponure sprawy z każdego miejsca na ziemi. Putin szaleje i najwyraźniej ma kompleksy mocarstwowe połączone z post-sowiecką nostalgią. Niepokojące jest to, że swoje sny o potędze wciela w życie metodami z początku dwudziestego stulecia. Czekam dnia kiedy Rosja przestanie się kojarzyć z wojną, korupcją, państwem mafijnym i gułagiem, ale chyba się nie doczekam, bo najwyraźniej rządy mocnej ręki są tam popularne a jedyny, poza surowcami, towar eksportowy to technologia wojskowa i pochodne.

Chyba nigdy po 1989 nie czułem zagrożenia wojną na skalę europejska i światową w takim stopniu jak teraz. Muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu martwię się serio, że ktoś gdzieś popełni błąd i rozpęta się piekło. Zdaję sobie sprawę, że Putin wymachuje szablą, żeby straszyć, podreperować zranioną rosyjska duszę i “zdobyć respekt”, ale takie wymachiwanie może przynieść nieprzewidziane konsekwencje. W 1914 roku też wszystko wskazywało na to, że machanie szablą rozejdzie się po kościach. Jak było wiemy…
Najgorsze jest to, że rosyjski prezydent najwyraźniej lubuje się w mocnych gestach. Przeloty rosyjskich myśliwców i bombowców nad okrętami NATO? Dla Putina normalna sprawa. Wysłanie małej floty do granic wód terytorialnych Australii? “Badania naukowe”. Zmiana powojennych granic państwowych przy pomocy czołgów? “Korygowanie historycznych błędów”? Aneksja i sponsorowanie elementów radykalnych? Ciekaw jestem jak Władimir Władimirowicz by zareagował gdyby chińskie wojsko postanowiło skorygować “historyczną pomyłkę” i odebrać Mandżurię, albo gdyby Japończycy zechcieli odzyskać Wyspy Kurylskie, które historycznie do nich przecież należały.

Na marginesie, nie przypominam sobie, żebym tyle razy słyszał frazę “broń atomowa” w ciągu całego życia co przez kilka ostatnich miesięcy. Władimir zdaje się upajać myślą, że wielki czerwony guzik jest na każde jego wezwanie. Swoją drogą, czy słyszeliście o “wspaniałym” wynalazku Związku Radzieckiego jakim jest “Martwa Ręka”, znana też jako Perymetr? Co za wspaniały triumf rosyjskiego humanizmu i pomysł na “świetlaną przyszłość” (sarkazm i dwuznaczność jak najbardziej zamierzone). Mam nadzieję, że na Kremlu są jakieś w miarę trzeźwe głowy, które zadbają, żeby Władimir Władimirowicz nie przeszedł od snów o nuklearnej potędze do czynów… Pozostaje wierzyć, że Sting miał rację kiedy śpiewał w latach osiemdziesiątych, że ma nadzieję, że Rosjanie też kochają swoje dzieci:



Na Bliskim Wschodzie otwarty sezon polowań na mniejszości religijne i etniczne, w Afryce szaleje ebola a przed Europą widmo kolejnego kryzysu gospodarczego. Pięknie… Do tego medialny freak show (ktoś mi może podpowiedzieć jak to wyrazić po polsku? Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy…). Pan, popularny kanadyjski dziennikarz radiowo-telewizyjny lubuje się w katowaniu pań po godzinach. Jego zdaniem za ich zgodą, ich zdaniem nie. Okazuje się, że o nietypowych upodobaniach pana “środowisko” brzęczało całym rojem od lat, ale wszystko zmiatano pod dywan, bo i pan i program niezwykle popularne. Teraz parawan runął i spod spodu wyszła mocno zgniła konstrukcja. Wszystko odbija się czkawką w całym kraju i poza granicami. W federalnej Izbie Gmin dwóch posłów wylano z partii i klubu, bo panie posłanki z innej partii oskarżyły ich o przemoc seksualną. Sprawa w toku.

Trudno nadążyć. Jedna wiadomość przebija drugą. Ulubiony komik lat młodości, Bill Cosby, też zostaje oskarżony o przemoc seksulaną i gwałty. Na oczach świata jego reputacja legła w gruzach, choć do tej pory oskarżenia mają charakter poszlakowy. Niestety łatwiej uwierzyć w niewinność kiedy oskarża jedna osoba a nie kiedy jest ich ponad tuzin, do tego nie są ze sobą w żaden sposób związane… Na tym tle kontrowersje wokół Polańskiego i Allena wyglądają niemalże trywialnie.

O innych wiadomościach, tych z Syrii i Iraku, wolałbym nawet nie wspominać, bo szkoda słów, ale martwi mnie naiwność niektórych komentujących. Kiedy słyszę, że to co wyrabiają bestie z ISIS to nie islam mam ochotę walić pięścią w stół. Niektórzy zdaje się mają problem z przyznaniem, że każda religia może być destrukcyjna, bo prawie wszystkie mają w sobie te najlepsze i te najgorsze ludzkie zachowania. Dopóki nie nazwie się rzeczy po imieniu trudno wygrać z patologią. Tak, większość muzułmanów to spokojni, przyajźni ludzie, ale jak wszędzie są wśród nich wariaci, którzy w imię odczytanych dosłownie religijnych nakazów zamienią się w bestie. Udawanie, że tak nie jest niczego nie zmieni a wręcz przeciwnie, nastawi społeczeństwo przeciw umiarkowanym wyznawcom. Z drugiej strony to co wyprawiają ludzie (?) z ISIS jest barbarzyńskie w stopniu monstrualnym. Nie przypominam sobie zbyt wielu historycznych epizodów gdzie jedni niszczyli by drugich w tak bezsensowny, zwierzęcy i niedający się w żaden sposób usprawiedliwić sposób.

Na tym tle wiadomości z polski o powyborczych przepychankach wyglądaja prawie jak fragment z Haszka albo Hrabala…

Warto przeczytać – Stuhr & Stuhr

M. podesłała mi do przeczytania bardzo ciekawy wywiad ze Stuhrem seniorem. Cenię pana Jerzego bardzo jako aktora, reżysera i człowieka. Uważam, że jest jednym z niewielu ludzi w polskiej kulturze, którzy mają odwagę rozmawiać o nadwiślańskich tabu z perspektywy bardzo osobistej i zaangażowanej. Doceniam też to, że panu Jerzemu się chce. W końcu mógłby się zaszyć w swoim domu na wsi i prowadzić żywot człowieka poćciwego jak Rej, nie wyściubiając nosa. Jest ceniony, zasłużony, spełniony. Mimo to się nie poddaje i głośno mówi co go w jego krakowskiej piersi gniecie, choć zdaje sobie sprawę, że jego poglądy narażą go na atak brunatnej gawiedzi i “obrońców” jedynie słusznych poglądów na wszystko. Czapki z głów panie Jerzy, czapki z głów.
Wywiad można przeczytać tutaj.

Dla równowagi drugi wywiad, który też jest ciekawy, bo pokazuje jak na sprawę patrzy Stuhr junior. Do Maćka czuję sympatię odkąd widzieliśmy go wieku temu na żywo w Krakowie na występach kabaretu Pożarcie. Duży talent komiczno-kabaretowy i aktorski też, choć oczywiście nie ma człowiek łatwo. Pakowanie się w ten sam zawód, w którym ojciec jest jednym z tytanów to misja pozornie samobójcza. Ale udało mu się znaleźć swój głos, choć na pewno “pomocni” podkładali kłody tu i ówdzie. Drugi wywiad możecie przeczytać tutaj.

Co do brunatnej gawiedzi i “obrońców” wystarczy spojrzeć na komentarze pod wywiadami w “Gazecie”. Ręce już dawno mi przestały opadać, więc po prostu milczę, na zarazę umysłową nie ma leków.

Jakiś czas temu czytałem (nie skończyłem z braku czasu) dwie książki Jerzego Stuhra, które również polecam. Pierwsza to “Tak sobie myślę” czyli dziennik czasu choroby i intymne zapiski zmagającego się z nowotworem aktora połączone z inteligentną i trzeźwą analizą polskiej rzeczywistości i społeczeństwa. Piorunujące są niektóre fragmenty.
stuhr1

Druga książka jest gawędą o korzeniach, czyli czymś co tygrysy lubią najbardziej. Można się z niej sporo dowiedzieć, ale napisana jest z dużą wrażliwością na zachowanie prywatności i dobrego smaku.

okladka.indd

****
Dla rozluźnienia atmosfery Maciek z czasów szczenięcych w moich ulubionych skeczach, czyli parodia Soyki i rozmowa telefoniczna (Maciek ma dar do wychwytywania polskich akcentów i manieryzmów…)



Dla M.

Dzisiaj nieco bardziej osobiście niż zwykle, bo i okazja niezwykła… Dwadzieścia lat temu postanowiliśmy z M. być razem. Dwadzieścia lat to sporo. Na tyle, żeby się naprawdę dobrze poznać i na tyle długo, żeby przeżyć razem młodość, radości, smutki, burze i sztormy. Kraków, Ankara, Śląsk, Toronto… Pierwsza zima za granicą w 1999 roku w Turcji i wyjazd na stałe rok później. Zjeździliśmy kawał świata, wypili morze herbaty i piwa. Były niekończące się nocne rozmowy i wakacyjne ścieżki w nieznane. Dojrzewaliśmy, zmienialiśmy się, zamartwiali i cieszyli razem. Najpierw telefony, krakowskie kawiarnie i kradzione chwile razem u mnie albo u M. a potem wreszcie klucze do naszego pierwszego wynajętego mieszkania w krakowskim Podgórzu… Pokazałem M. czeską Pragę a ona mnie w zamian zawiozła do Tarnowa, gdzie w jakimś sklepie z muzyką wygrzebaliśmy za psie pieniądze płytę nie do dostania, Chico Hamilton Quintet. Pracowaliśmy razem w “Sylabie”, studiowali na UJ i żyli jak na studentów przystało – biednie ale ciekawie. Jeździliśmy na Śląsk, na Słowację na narty i w góry. Przez pewien czas Kraków był domem.


Mamy z M. wiele współnych pasji, zainteresowań i dziwactw, wśród nich muzyka i kino zawsze odgrywały bardzo ważną role. Oczywiście mamy fazy i upodobania zmieniają nam się z czasem, ale są takie filmy i piosenki do których albo wracamy od lat, albo które miały na nas duży wpływ. Tych filmów i myzyki jest bardzo dużo, ale na dzisiaj wybrałem dwadzieścia(M. zaprotestowałą, że zapomniałem o ważnej muzyce więc jest czterdzieści wybranych wspólnie) najważniejszych, moim zdaniem. Myślę, że nie będzie niedyskrecją gdy podzielę się tą kolekcją z Wami. A nuż Wam też coś się z tego spodoba.

Tak więc z dedykacją i podziękowaniem dla M. za te wszystkie lata i nadzieją na następne.






PS. Kilka spraw z naszego życia, które lubimy a których wyjawienie też niedyskrecją nie będzie… Kolejność przypadkowa:
scrabble
herbata i kawa
puby i kawiarnie
Kraków i Kazimierz
włóczęgi samochodem po miejscach, których nie ma w przewodnikach
Stambuł
oglądanie nocnego nieba na wakacjach
książki
antyczne meble i niezwykłe lampy, na które nas zwykle nie stać:)
rozmowy z przyjaciółmi
fotografie stare i nowe
psy
dobre jedzenie z różnych stron świata
wakacje
… wystarczy;)

Wiktor Hagen – “Granatowa krew”

granatowa krew

Wreszcie naprawdę dobry polski kryminał współczesny: świetne wyczucie językowe autora, interesująca intryga kryminalna, bardzo ciekawy główny bohater i doskonale pokazana warszawska rzeczywistość początku dwudziestego pierwszego wieku…

Główny bohater, komisarz Robert Nemhauser, podoba mi się do tego stopnia, że od razu zaliczyłem go do grona moich ulubionych detektywów (grono jest małe: Richard Jury, Philip Marlowe, Kurt Wallander i Eberhard Mock). Większość panów na mojej liście to cierpiący na depresje samotnicy obdarzeni nieprzeciętnym intelektem. Nemhauser kojarzy się raczej z młodym doktorantem niż z detektywem od spraw kryminalnych. Ma rodzinę (synowie-bliźniaki i kochająca żona), uwielbia gotować, zwłaszcza potrawy azjatyckie, sporo czyta. Koledzy po fachu to typowe gliny-twardziele, więc Nemhauser zupełnie do nich nie pasuje.

Lubię kryminały literackie, czyli takie, w których wątki kryminalne są tylko jednym z elementów całości a nie celem samym w sobie jak w klasycznych kryminałach typu Agatha Christie. W tym wypadku się nie zawiodłem – Hagen pokazuje życie we współczesnej Warszawie z perspektywy urzędnika państowego na kiepsko płatnym etacie. Sporo jest odniesień do kultury popularnej, polityki i problemów społecznych a także krytyki korupcji, hipokryzji, nadętego “patriotycznego” patosu i powiązań różnych grup rodem z PRLu ze światem władzy i pieniędzy. Tytułowi bohaterowie, “granatowa krew”, to ludzie na szczycie, współcześni nietykalni.

Wiktor Hagen to literacki pseudonim Leszka K. Talko, archeologa z wykształcenia, a profesjonalnie dziennikarza “Wyborczej” i autora popularnych felietonów o wychowaniu dzieci. Po języku widać, że Hagen ma doskonały warsztat. Wszyscy bohaterowie – od żuli po polityków mówią swoimi odmianami potocznej polszczyzny. Sporo w tym dobrej zabawy dla kogoś, kto na takie drobiazgi lubi zwracać uwagę. Dla mnie tym ciekawsze, że z potoczną polszczyzną mam kontakt bardzo znikomy.

Powinienem dodać, że “Granatowa krew” choć porusza dosyć poważne problemy ma dosyć pozytywny wydźwięk. Hagen/Talko uśmiecha się co jakiś czas do czytelnika i daje znak, że jest nieźle, choć zawsze mogłoby byc lepiej. Bardzo mi się takie podejście spodobało i chyba było mi potrzebne po świetnych, ale niezmiernie dołujących kryminałach skandynawskich. Poza tym jak dla mnie książka była za krótka. Ledwo się rozpędziłem a tu bach, koniec.

Szczerze polecam. Już się cieszę na dwie dalsze części, mam nadzieję, że równie dobre.

dzien zwyciestwa

dlugi weekend

Varia codzienne

Rodzice dolecieli szczęśliwie w czwartek wieczorem. Teraz trochę odpoczynku po trudnych i mozolnych miesiącach przed przeprowadzką a potem zacznie się im ustawianie życia na nowo. Nam trochę też oczywiście. Nawet nie wiem jak się wszyscy zmieścimy przy stole w kuchni kiedy będziemy sie spotykać u nas w domu, choć częściowo rozwiązał sprawę nowy-stary stół. Udało nam się znaleźć ładny, stary stół w stylu karczmianym (tavern table) z blatem ze starej sosny, podstawą z jesionu i pięknie toczonymi nogami nie wiem z czego, ale chyba z klonu. Co ważne, ma szufladę. Takiego stołu szukaliśmy od dawna, nawet się przymierzałem, żeby samemu zrobić, ale moje prace stolarskie od kilku miesięcy stoją odłogiem, bo nie mam czasu. Jak dobrze pójdzie to mam nadzieję przez zimę zrobić łóżko kapitańskie dla małej, łóżko dla nas i nowe drzwi do łazienki.
***
Piekę chleby w dużych ilościach i zacząłem robić ser. Pisząc o braku czasu mam na myśli głównie brak czasu w takich godzinach kiedy mógłbym odpalać maszyny stolarskie. Wieczorami kiedy dzieci śpią mam czas i nie mam ochoty siedzieć przed komputerem, więc sie odreagowuję jako piekarz i, od niedawna, serowar. Dostałem od M. świetną książkę o robieniu sera w domu, dokupiłem drugą, również doskonałą i zacząłem eskperymenty. Póki co zrobiłem dwa sery i oba wyszły bardzo smacznie. Udało mi się też jeden zepsuć – kozi cabecou – dałem za mało podpuszczki i nie taką kulturę bakteryjną jak miała być, więc nie wyszedł. Dwa litry koziego mleka poszło do zlewu. A ser wygląda przepysznie, jak ktoś ma ochotę się zmierzyć to polecam. Tu są zdjęćia, a przepis w drugiej polecanej przez mnie książce. Jeśli jesteście w Ameryce Północnej, to książka powinna być dostępna w bibliotece miejskiej. Kultury bakteryjne i sprzęt do robienia sera można kupić w Stanach tutaj a w Kanadzie tutaj. Obie firmy wysyłają za granicę. Muszę przyznać, że robienie sera to spora frajda i mam nadzieję się w tej dziedzinie dokształcić i zacząc robić jakieś bardziej skomplikowane. Składniki są tanie, sprzętu za wiele nie potrzeba. Ważna jest czysta kuchnia.

***
Poza serem i chlebami wzięło mnie na rzeczy fermentowane. Ta sama pani, która napisała jedną z polecanych przeze mnie książek, wydała ostatnio książkę o różnych potrawach fermentowanych. Rewelacja. Jest tam kimchi, kwas z buraków, ocet z ananasów, kombucha i wiele innych delikatesów. Świetnie napisane i przystępne.
Póki co zrobiłem porcję kwasu chlebowego (z polskiego przepisu) który wyszedł naprawdę rewelacyjnie i fermentowany keczup, który spróbujemy dzisiaj. Nastawiłem też ocet z ananasa, ale chyba będę musiał zrobić nowy, bo kawałki, które wypłynęły na powierzchnie pokryły się pleśnią. Co tam, uczymy się na błędach.
***
Padł mi twardy dysk, o czym już pisałem. Niestety, razem z nim padły zdjęcia i skany negatywów. Czeka mnie sporo roboty, żeby na nowo zeskanować czarno białe filmy. No ale przynajmniej jest co skanować, zdjęcia cyfrowe (nie za wiele całe szczęście, bo nie robię) poszły w diabły na dobre… Przypomniałem sobie film dokumentalny, który oglądaliśmy na zajęciach o materiałach i kolekcjach audio-wizualnych. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, po którym nie zostanie prawie żaden namacalny ślad dokumentalno-fotograficzno-muzyczny. Książki drukowane zostaną, filmy na negatywach, muzyka na płytach analogowych też wytrzymają kilkaset lat (o ile będą przechowywane w odpowiednich warunkach). Za to wszystko co cyfrowe najprawdopodobniej szlag trafi i zostanie tylko to, co ludzie przeniosą na bardziej trwałe media – na przykład fotografie wydrukowane na papierze… To jeden z powodów dla których robię zdjęcia na tradycyjnych błonach.
***
Przeczytałem ostanio kilka książek, w tym sporo bardzo dobrych i jedną kiepską. Ta kiepska to polski kryminał Nadii Szagdaj, pisarki z Wrocławia. Akcja dzieje się w Breslau przed pierwszą wojną a główną bohaterką jest Frau Klara Schulz, aspirująca policjantka-amatorka. Przez Breslau przelewa się fala brutalnych morderstw… i sam nie wiem co napisać. Potencjalnie ciekawa książka z ciekawym (choć po Krajewskim i jego cyklu o Breslau już nie dziewiczym) tematem i tak dalej. Ale: irytowała mnie pozbawionym sensu i logiki rozwojem akcji. Przeszkadzał mi też przesadnie zmanierowany język. Do tego odnoszę wrażenie, że jeśli morderstwo nie jest dostatecznie krwawo i dramatycznie opisane to nie ma kryminału. Dwie gwiazdki na pięć.

Zupełnie inny kaliber to książka norweskiego pisarza Jo Nesbø, “The Bat” (po polsku wyszło jako “Człowiek-nietoperz, nie wiem jaka jest jakośc przekładu, angielski jest świetny). Pięknie napisana, wciągająca, doskonała… tylko potwornie mnie zmęczyła i zdepresjonowała. Ciężki kaliber nader. Nie piszę się póki co na inne książki o komisarzu Harrym Hole. Bardzo literacka w każdym razie.

Poza tym skończyłem drugą część świetnej serii fantasy Patricka Rothfuss’a: “The Wise Man’s Fear”. Po polsku wyszło o dziwo w dwóch osobnych tomach jako “Strach mędrca” i znów, nie mam pojęcia jaki jest przekład. Angielski oryginał jest bardzo literacki, przewrotny i piękny językowo w każdym razie. Gorąco polecam wszystkim, którzy fantasy lubią. Oczywiście polecam najpierw pierwszą część, “The Name of the Wind”. Świetna zabawa, ale ostrzegam, że każdy tom ma ponad tysiąc stron.

Zacząłem czytać naprawdę dobrze napisany i wciągający polski kryminał współczesny. Nie wiem jak się dalej rozwinie, póki co jestem pod wrażeniem. Rzecz nazywa się “Granatowa krew” a napisał ją pan Wiktor Hagen (Wiktor Hagen to literacki pseudonim pana Leszka Talko. Ciekawy pomysł z tym pseudonimem). Akcja dzieje się we współczesnej Warszawie i tak naprawdę, jak we wszystkich porządnych literackich kryminałach, zbrodnia jest tylko jednym z elementów całości. Poza tym jest to powieść o współczesnym wielkim mieście, polskiej rzeczywistości i życiu społeczeństwa. Bardzo ciekawe, mam nadzieję, że dalej takie będzie. Napiszę więcej kiedy skończę.

Halloween się zbliża. Czas przystroić dom i wyrzeźbić dynię. W tym roku mamy ponownie “wystrój naturalny” przez remonty na ulicy. Nasze starsze dziecko odkryło co to “kokolada” i lizaki, więc czeka nas orka na ugorze, bo wiadomo, że dostanie do koszyczka słodycze lepszej i gorszej jakości. Trzeba będzie oddzielić ziarna od plew i wprowadzić racjonowanie;)

Jak widać, jesień pełną gębą. Pięknie jest wszędzie. Nie pozostało nic innego niż grzebnąć w worek ze starymi piosenkami, które mi się przypominają a dawno nie słuchałem:)

Tadek Nalepa. Ostro grał kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Najlepszy polski bluesman:


Wojtek Bellon. Na jego tekstach i piosenkach uczyłem się grać na gitarze, jeśli można to tak nazwać. A krakowski Bar na Stawach mijałek dwa razy w tygodniu przez kilka dobrych lat. Niestety została tylko nazwa, nawet piwa nie serwowali.


Posłał kozioł koziołeczka, czyli książkowy powrót do dzieciństwa

kozioleczek
/Słynna ilustracja do Koziołeczka autorstwa klasyka nad klasykami, pana Jana Marcina Szancera/

(Pip, pip, pip: poniższy wpis z przymrużeniem oka, żeby nie było…)

Nasza córka uwielbia książki. Nasz syn też wykazuje spore zainteresowanie, ale póki co służą głownie za gryzaki. Mamy, w dużej mierze dzięki pomocy rodziny w Polsce, sporą kolekcję polskich książek dla dzieci i młodzieży. Tak klasyków jak i nowych, bo teraz wychodzą w Polsce i tutaj tak piękne książki, że trudno się oprzeć, zwłaszcza, że cierpimy na ciężką i nieuleczalną librofilię. Przeglądamy, czytamy na nowo, poznajemy, cieszymy oko i doskonalimy trudną sztukę czytania na głos. A przy okazji analizujemy te polskie książki na zupełnie innym poziomie.

Od dawien dawna wiadomo, a popularna wśród inteligencji opinia nakazuje że, dzieciom “należy czytać klasyków”, bo… (proszę zakreślić odpowiednią odpowiedź):
-nasi rodzice i dziadkowie też nam klasyków czytali
-w klasykach jest kwintesencja polskiej kultury inteligenckiej
-kiedyś to były dobre książki a teraz szkoda gadać
-wstyd nie znać
-tysiąc i jeden innych powodów

No dobrze, pomyślałem sobie, chcemy żeby nasze dzieci znały dobrze polski i poznały polski kontekst. Więc może na tych dzieciecych klasykach warto zawiesić oko na dłużej. Zwłaszcza, że sam przecież lubiłem jako dziecko. No to jazda…

Najwięksi polscy klasycy literatury dziecięcej? Pan Brzechwa, pan Tuwim, Pani Konopnicka i inni. Co my tu mamy…
1. Koziołeczek (Jan Brzechwa)- krótka opowieść o capie-tyranie, wysyłającym synka na pastwę losu do miasta po przysmaki. Wierszyk zapoznaje młodego czytelnika z konceptem tchórzostwa. Poznajemy ważne, podstawowe polskie słowa: “srogi”, “lanie”, “ukarał” oraz wspomniany “tchórz”. Idiom “ładne rzeczy” i dwuznaczność czasownika “beczeć”. Cymes:)
2. Stefek Burczymucha (Maria Konopnicka) – mały Stefek ma mordercze zamiary wobec zwierząt, które ewentualnie mógłby spotkać na swojej drodze. Poznajemy sporo nazw zwierząt a także słowa “pozabijam”, “pokraję”, “dostoję”, “pości”. Poza tym młody czytelnik zapoznaje się z konceptem klas społecznych, czytając o tym jak “służba cała” pędzi do stodoły patrzeć co też młody panicz Stefek zobaczył. Nieco trudno wytłumaczyć trzylatkowi, ale na pewno za jakiś czas zrozumie i sama zacznie używać co ciekawszych zwrotów.
3. Muchy samochwały (Maria Konopnicka) – pani Maria znowu wytacza cięzki kaliber: muchy naśmiewają się z pająków pijąc alkohol a pająk je dusi. Nasze pociechy poznają nowe koncepty takie jak “pić koleją”, “drwić”, “dolewać do dzbana” i “zagiąć żupana”. Powiało sarmacją;)
4. Daktyle (Danuta Wawiłow) – Króliczek w aeroplanie sprawia lanie gorylom, po czym bierze ślub z krową (lubującą się w szpilkach do włosów) i mają razem sześć królokrowiątek… Jest tam jeszcze głucha kawka kłamczucha, łasica chodząca w dżinsowej spódnicy, wilki i krokodyle, o piegowatych słoniach nie wspominając. Jeden z ulubionych wierszy naszej córki, zna większość na pamięć, choć nie do końca wie co to wszystko znaczy…:) Jej ulubion fraza? “Sześć – raz, dwa, czi, cztery, siedem, nine, ten, kulokwiątek”.
5. Spóźniony słowik (Julian Tuwim) – Pani słowikowa, przykładna żona, czekając ze stygnącą kolacją zamartwia się śmiertelnie o los swojego ptasiego partnera gdy ten szwęda się po nocy bradziażąc beztrosko. Dzieci poznają nowe ciekawe i ważne frazy: “oskubać piórka”, “napadli”, “przez zazdrość”, “banda skowroniątek” i “majątek”. I jak to wszystko wytłumaczyć? No jak?

Wśród klasyków nie może zabraknąć über-klasyka nad klasykami, czyli niejakiego Adama M… Dobry kawałek, akurat na nadchodzący Halloween…
6. Powrót taty (Adam M.) – Ojciec nie wraca “ranki wieczory”, więc dziatki pędzą się modlić pod obrazem na wzgórku. Modlitwa wybawia ojca-kupca i służbę od rabunku, a być może także śmierci. Dzieci poznają dużo nowych słów i konceptów (pomijam warstwę religijną, bo to już każdy niech sobie po swojemu roztrząsa). Tak więc mamy: “pałkę strzaskał na twej głowie”, wzrok dziki, suknia plugawa”, “Nie róbcie małych sierotami dziatek i młodej małżonki wdową”. I tak dalej. Straszno, oj straszno. Po dłuższym zastanowieniu, chyba jednak poczekam z Balladami i romansami aż nam maleństwo nieco podrośnie:)

———–
Tym razem było z przymrużeniem oka, ale to poważny temat. Co czytać dzieciom po polsku a czego nie? Co sami lubicie? Czego nie znosicie? Ja nie przepadam za Ewą Szerburg-Zarembiną i Konopnicką, choć niektóre wierszyki tej ostatniej są całkiem zabawne. Może ujmijmy to tak – Konopnicka jest nierówna moim zdaniem. Co jakiś czas przebija się na powierzchnie pani Maria-z-pomysłem, ale częściej mamy panią Marię-tak-wypada: nudną i dydaktyczną. Uwielbiam za to Tuwima i Brzechwę, uważam, że to prawdziwi mistrzowie polszczyzny, nie tylko dla dzieci. Do tego większość tego co napisali dalej jest aktualna, czego niestety nie można powiedzieć o wielu pisarzach dziecięcych. Temat rzeka, więc ciąg dalszy nastąpi.

Inzerát na dům, ve kterém už nechci bydlet

dom

… czyli “Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać” to tytuł zbioru opowiadań jednego z moich ulubionych pisarzy, pana Hrabala. Ale dzisiaj książki są tylko tematem pobocznym a tytuł symboliczny. Tak naprawdę mój wpis jest o moim domu rodzinnym. W którym nie chciałem mieszkać. I po którym od dzisiaj rozlegać się będa inne kroki i tworzyć inne historie.

Wróćmy jednak do lat czterdziestych szalonego dwudziestego wieku, a nawet jeszcze dalej… Chyba się już nie dowiem dlaczego dokładnie mój urodzony w Zagłębiu Ruhry dziadek Franz/Franciszek wraz z częścią rodziny przeniósł się z głębi Niemiec na Górny Śląsk. Może łatwiej było o pracę, może narastające nastroje ksenofobiczne? Może wszystko po trochu? Za późno, żeby zapytać jak było naprawdę, pozostają opowieści rodzinne i domysły.

Pradziadkowie osiedlili się w pomiędzy Rybnikiem i Wodzisławiem Śląskim, w mieście które do niedawna istniało głownie dla i z powodu kopalni, dziś znanej jako KWK Marcel a wtedy po prostu Emma Grube (kopalnia do dziś nazywana jest tak przez miejscowych, którzy mówią “robia na Emie”, “tyn sklep koło Emy” itp.). Dom moich pradziadków dalej stoi i mieszka w nim moja dalsza rodzina. Ot taki typowy malutki śląski domek.

Mój dziadek, barwna postać o silnym charakterze, poślubił moją babcię mniej więcej w połowie Drugiej Wojny, niedługo po tym kiedy hitlerowcy wypuścili go z Buchenwaldu. W 1944 roku na świat przyszedł najstarszy brat mojego taty a dziadkowie zamieszkali w typowym dla śląskich miast familoku koło stacji kolejowej. Tam też przyszedł na świat drugi syn a w cztery lata po wojnie urodził się mój tato.

Nie wiem jak mój dziadek to zrobił, ale w połowie lat 50-tych zaczęli z babcią budować dom. Czasy były ciężkie i mało ciekawe. Do szaroburej aury wczesnego PRLu dochodziła ciężka, dosłownie, atmosfera śląskiego przemysłu. W mieście poza kopalnią była koksownia, elektrociepłownia na węgiel i pomniejsze zakłady produkcyjne. Jak większość mieszkańców wczesnego PRLu, dziadkowie nigdy nie mieli samochodu. Za to dziadek był znawcą ludzkich dusz i miał bardzo szeroki kręg znajomych, więc potrafił załatwić dosłownie wszystko i budowa szła sprawnie.

Rzecz jasna wtedy wszędzie był kwaterunek, więc dom wybudowano tak, żeby nie trzeba było mieszkać z obcymi ludźmi na głowie, co w praktyce oznaczało jedno: niskie sufity na piętrze, co oficjalnie dawało “strych” a nie osobne mieszkanie. Dziadkowie ciężko pracowali – dziadek poza swoją dzienną pracą (miał w swojej karierze kilka profesji) dorabiał fotografią. Podobno świetnie się sprzedawały święte obrazki na śląskich odpustach i gołe panienki wśród panów. Niestety szklane klisze do jednych i drugich gdzieś zaginęły, więc nie mam niestety pojęcia jak ta fotograficzna produkcja wyglądała. Dziadek robił też fotografie na zamówienie i załatwiał, często przez skomplikowany barter, deficytowe towary dla innych, żeby potem móc mieć się do kogo zwrócić o pomoc kiedy im samym było coś potrzebne. Babcia w przydomowym ogródku hodowała kury i sprzedawała jajka. Za domem, jak w tamtych latach w każdym śląskim domu i familoku, były króliki w klatkach i czasem gołębie w gołębniku. Szło ku lepszemu, ale łatwo nie było, a trzech chłopców-rozrabiaków w domu na pewno było dla dziadków sporym wyzwaniem.

Mój dziadek lubil rozmach, więc dom postawił z gestem, na ogromnej działce, szerokiej na ponad 20 metrów i długiej na ponad 160. Oczywiście dziadek nie przejmował się przyziemnymi drobiazgami typu jak taki moloch utrzymać, ogrzać, wyremontować czy posprzątać. Nie, dziadek, uparty, apodyktyczny choleryk o dobrym sercu, był mistrzem delegowania obowiązków. On był od planowania, od spraw przyziemnych byli inni. Dziadek przechadzał się po ogrodzie i domu z w okularach na nosie, nienagannie czystym ubraniu roboczym z którego kieszeni wystawał Zollstock (calówka), ulubione narzędzie dziadka i jego nieodłączny atrybut. Przechadzał się i wymyślał co by tu trzeba zrobić. Podobno było mu mało i chciał dokupić sąsiednią działkę, żeby mieć więcej przestrzeni życiowej…

Dziadkowie przepisali dom na mojego tatę, jedynego potomka z dziećmi i to właśnie tam dorastaliśmy z siostrą, czując się trochę jak na wsi, choć to jeden z nabardziej gęsto zaludnionych rejonów Polski. Za domem jest bardzo duża łąka a za nią pagórek z wąwozem, las i strumień. Mogliśmy biegać do woli, bawić się z kolegami i koleżankami w chowanego, jeździć na sankach i nartach, robić ognisko, spać w namiocie i budować w zaroślach leśne kryjówki. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do dorastania dla dzieci.

las

Kiedy dziadkowie odeszli, zdecydowanie za szybko zresztą, przeprowadziliśmy się z siostrą na góre do ich mieszkania, które urządziliśmy sobie po swojemu, domowymi sposobami, bo akurat upadał Mur Berliński i nadeszły trudne lata pełnych sklepów i pustych porfeli. Każde z nas miało swój pokój. Mieliśmy też kuchnię, strych, osobną ubikację i sporą łazienkę. Dla człowieka w liceum takie luksusy to w zasadzie raj na ziemi, tym bardziej, że nasi rodzice dawali nam naprawdę sporo swobody. Mogliśmy przyjmować znajomych, robić imprezy i przechowywać ludzi na noc. I choć kilka razy nasze pomysły naszych rodziców doprowadziły niemalże do zawału, w zasadzie radziliśmy sobie nieźle.

Niestety, każdy kij ma dwa końce… Ogromy dom i działka to sporo pracy i obowiązków. Co prawda poza psami żadnego żywego inwentarza po śmierci dziadków w domu nie było, ale i tak wszyscy musieli się sporo “nabakać”, używając klasycznej śląskiej terminologii na ciężką pracę fizyczną. Samo koszenie trawy, które w Toronto zajmuje nam pół godziny, tam było zajęciem na dwa popołudnia. A malowania płotów nie zapomnę chyba do końca życia, bo wtedy mi sie wydawało, że nigdy się ten płot nie skończy. 160 metrów to jednak sporo, a to dopiero jeden długi bok…

Kiedy wyniosłem się na studia do Krakowa stało się jasne, że raczej na Śląsku mieszkać nie będę, bo nie bardzo miałbym pracę. Stanęło na tym, że w domu zamieszka moja siostra. Jak było dalej już wiecie… Niespokojne z nas dusze, wiec Kraków okazał się dla nas za ciasny. Nasza kręta droga zaprowadziła nas do Toronto a za jakiś czas wiatry przywiały tu moją siostrę, której też na Śląsku było się trudno odnaleźć. W dużym starym domu moich dziadków pokoje zaczęły świecić pustkami a dla rodziców utrzymanie molocha stało się coraz trudniejsze, bo trawa dalej rosła i płoty trzeba było malować. Musieliśmy podjąć jakąś decyzję.

Przyszło nam do głowy, że można by w zasadzie spróbować sciągnąć rodziców do nas. Oboje przeszli na emeryturę, a Kanada ma z Polską umowę, która pozwala polskie emerytury przelewać bezpośrednio na kanadyjskie konta i odwrotnie. Jedynym, za to bardzo znaczącym problemem, była ogromna kolejka. Średnio czekało się 4-5 lat na rozpatrzenie sprawy imigracyjnej. Pomysleliśmy, że złożymy dokumenty, a ostateczną decyzję zawsze można podjąć później. Był 2009 rok.

Pozytywna odpowiedź przyszła rok temu. Moi rodzice otrzymali stały pobyt w Kanadzie i tym samym zegar zaczął tykać nieco bardziej nerwowo. Pojawiły się trudne do rozwiązania problemy. Na przykład to, jak sprzedać dom, w mieście w którym domy najczęściej się dziedziczy a nie kupuje? Jak zamknąć bardzo długi rozdział swojego życia i zapakować swoje wspomnienia i ponad czterdzieści lat dorobku w pudła? Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Nie udało mi się tam więcej pojechać. Ostatni raz byłem w Polsce na skok na przełomie 2007 i 2008 roku. Udało mi się wtedy pożegnać, o czym nie wiedziałem, z dziadkiem i bratem mojej mamy. Nie wiedziałem też, że żegnam się z domem, w którym dorastałem i z którym łaczą mnie wspomnienia dzieciństwa i lat późnoszczenięcych. Chyba tak lepiej, choć zdecydowanie trudniej dla moich rodziców, bo musieli spakować resztę naszych manatków (a dowieźliśmy sporo z Turcji i Krakowa) i rozparcelować to, co miało zostać na miejscu.

Jeśli, mam nadzieję, wszystko pójdzie dobrze, moi rodzice w czwartek wieczorem wylądują w Toronto. Zobaczymy się wszyscy razem po raz pierwszy od 2006 roku, bo od tamtej spory zawsze kogoś brakowało, choć widzimy się w zasadzie co roku. Cieszymy się bardzo, również z tego, że dzieci będą miały choć jednych dziadków na miejscu. Z drugiej strony to będzie duże wyzwanie dla wszystkich, ale dla nich największe. Zacznie się zupełnie nowy rozdział w ich i naszym życiu. Do tej pory byli w Toronto goścmi, teraz będą musieli się odnaleźć jako mieszkańcy. Na początek zamieszkają w domu mojej siostry i szwagra, ale potem chcą sobie wynająć jakieś małe mieszkanie blisko dzieci i wnuków.

A w domu moich dziadków od dziś są nowi gospodarze, młode małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. Dla nich też zaczyna się zupełnie nowy rozdział w życiu, mam nadzieję, że nie mniej szczęśliwy niż dla nas przez te wszystkie lata kiedy moja rodzina tam mieszkała.

———————
PS. Jak myslicie, ile dwudziestokilogramowych paczek potrzeba, żeby przenieść za ocean starannie wybrane sprzęty codzienne i wspomnienia z ponad czerdziestu lat życia w jednym miejscu? Moim rodzicom udało się zmieścić w ponad czterdziestu. Jedna paczka na rok życia:)

A mnie pozostało w zasadzie jedno miejsce, które mnie łączy z dzieciństem – dom moich zaolziańskich dziadków w Czechach. Już ponad stuletni staruszek, choć po kilku większych remontach. Nie wiem jak długo moja ciocia zechce w nim mieszkać. Kiedy/jeśli się wyprowadzi dom sprzeda pozostaną mi tylko wspomnienia, bez namacalnej części. Tak to już jest. Coś się kończy, coś się zaczyna…

Przepraszamy, awaria

Ten rok jest dla nas rokiem awarii, napraw i spraw pokrewnych…

Zima

Burza lodowa w Toronto. Na naszej wierzbie robi się gruba skorupa lodu i duża gałąź spada z hukiem na płot, ogród sąsiadów i kabel od telefonu. Zostajemy bez internetu, za to z prądem, w przeciwieństwie do tysięcy mieszkańców miasta, którzy nie mają prądu przez tydzień.

Pan arborysta oznajmia, że nasza wierzba jest tak stara jak dom, czyli stuknęło jej ponad sto lat i w każdej chwili może nam zrobić psikusa i spaść na głowę, bo wierzby żyją 60-80 lat. Tak, może przyjechać na wiosnę z ekipą i da nam dobrą cenę…

Wosna

Po długich perypetiach i sporych kosztach pozbywamy się wierzby z ogrodu. Po kolejnych udaje nam sie pozbyć pnia. Okazuje się, że trzeba zrobić nowy płot, tym bardziej, że naszemu sąsiadowi coś odbiło i mir sąsiedzki zanikł. Nie da się z nim wytrzymać.
Tym razem perypetii nie ma, za to spore wydatki, bo za płot płacimy sami. Właściciel domu, w którym mieszka trudny sąsiad obiecuje nam oddać połowę. Naiwnie wierzymy… po czym zostajemy sumiennie zignorowani. Nie odpowiada na nasze telefony ani emaile. W końcu w lecie sprzedaje dom komu innemu. No cóż.
Gdy robi się gorąco i ma nadejść lato wysiada nam klimatyzacja. Wzywamy fachowca, któremu udaje się maszynerię doprowadzić do porządku. Kolejne wydatki. Trudna sprawa, bo akurat w tym roku żyjemy z jednej wypłaty i macierzyńskiej “dopłaty”.

Lato

Siada nam internet. Przychodzi fachowiec i wymienia kabel telefoniczny do domu. Na naszej drodze zaczyna się generalny remont. Wymieniają kanalizację i wodociągi. Jakaś ciężarówka zrywa kabel elektryczny nam i sąsiadom. Energetyka naprawia częśc od słupa do izolatora na domu, ale za częśc od izolatora do licznika musimy wstępnie zapłacić sami ściągniętemu awaryjnie elektrykowi. Awaryjne podłączenie wiąże się z awaryjnym pozwoleniem, które dodaje do i tak wysokich kosztów sporą kwotę. Jęczymy wydając kolejnych $1600, ale pociesza nas myśl, że firma, która zerwała kabel nam odda do miesiąca forsę. O naiwni…
Psuje się internet. Podejrzewamy, że padł nam modem, bo nie ma w ogóle sygnału DSL. Zamawiamy szybszy internet i nowy modem. Przychodzi fachowiec i mówi, że ktoś nas odpiął od internetu w skrzynce, zostawiając telefon. Nowy internet będzie na jesień.

Jesień

Kilku kolejnych fachowców podłącza nam internet. Nie działa. Nikt nie wie dlaczego. Okazuje się, że coś pochrzanili w centrali i przepieli nas do nie tego profilu co trzeba, więc trzeba wszystko odkręcać. W końcu się udaje, odpukać.
Zaczyna siadać maszynka do chleba. Rzęzi i stęka. Raz spada z blatu, co przez wszystkie lata dosyć intensywnej eksploatacji jej się nie zdarzyło.
A na ulicy krajobraz jak po wojnie. Wyłączają wodę, strzelają rury przy głównej ulicy i tak dalej. Potem jakoś się rozchodzi w kościach i zapominamy o remoncie, do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Zbliża się weekend. Szykujemy duża imprezę. Będzie 15 dorosłych i 5 dzieci. Spora część gości nie wie jak rozmawiać trzeba z psem, więc wysyłamy Pana Psa na przymusowy i zabójczo drogi turnus na farmie za miastem myśląc smętnie, że średniowieczne metody kiedy to wiązało się delikwenta i wrzucało do loszku jednak nie były takie złe… Przynajmniej nie kosztowało to tyle co weekend w hotelu dla dwojga… No ale przynajniej Pan Pies poużywa sobie za miastem psiego życia.
W sobotę rano, dniu imprezy, budzimy się i z przerażeniem stwierdzamy, że w rurach sucho… Okazuje się, że walnął głowny zawór przy głównej ulicy. Jeden z dwóch, oczywiście akurat ten do którego podpięta jest cała nasza droga. Nie ma wody, nie ma fachowców, miasto nie wie jak długo to potrwa. Zbliża się godzina Z a my nie mamy wody, działającej ubikacji ani naczyń, bo zawór siadł o czwarej rano, zanim nasza zmywarka zdążyła się włączyć. Idziemy na główną ulicę zobaczyć czy może coś ruszyło. Owszem, trzech panów z łopatami smętnie stoi nad małą dziurą przy chodniku. Z nadzieją w oczach pytamy czy może wiedzą ile to zabierze, bo mamy imprezę. Ze zrozumieniem kiwają głowami i mówią, że czekają na maszyny od kilku godzin, bo w mieście akurat przez te remonty jest sporo awarii wodociągów i ekipy nie mogą nadążyć. Mówią, że potrwa przynajmniej kilka godzin, ale że lepiej się nie nastwaiać… Desperujemy i zastanawiamy się czy całej sprawy nie odwołać, ale pies wysłany na farmę, ludzi umawiamy od kilku tygodni, trudno będzie przenieść na kiedy indziej. Robimy sondaż przez SMSy (internet nam nie działa…) i ludzie okazuja się być pozytywnie nastawieni do improwizacji. No więc cała naprzód. Udka się wędzą, ciasto upieczone, piwo się chłodzi w lodzie ze sklepu. Impreza udaje się fantastycznie. Wodę włączają przed 7 wieczorem na kilka minut po czym znowu szlag wszystko trafia. Okazuje się, że zawór padł ponownie. W końcu woda pojawia się na dobre przed dziesiątą w nocy.

Ekipa remontowa wyrywa nam chodnik przed domem, rozwala płot i wymienia kanalizację. Jest git, leci woda. Internetu dalej ni śladu. Dziecko starsze zaczyna się poważnie niepokoić – jej ulubiony Miś Uszatek się zepsuł i nie chce przychodzić na dobranoc. Pozaostaje Krecik na DVD, ale po kilku dniach krecikowej diety latorośl zaczyna się powoli buntować. Proszę wziąć pod uwagę, że w naszym domu nie ogląda się telewizji wcale a nasze dziecię starsze ogląda jedynie trzy-cztery Uszatki na dobranoc na zmianę z Krecikiem i to tylko jeśli jest grzeczna. A tu bach, Uszaty poszedł w diabły i tłumacz tu dziecku czemu skoro miły Pan Fachowiec był i grzebał to Uszatka dalej nie ma i nie wiadomo kiedy będzie…
Obawiamy się buntu załogi, ale w końcu podłączają nam szybszy internet. Hura. Uszatek wraca.
Któregoś dnia wieczorem siedzę przed komputerem i słyszę, że coś hałasuje. To umiera twardy dysk, jeszcze nie wiem który, bo wszystko się zawiesza. Okazuje się, że owszem, padł ten najnowszy i największy, ten na którym miałem wszystkie zdjęcia i skany. Częśc mam zgranych, sporej części nie zdążyłem.
Pocieszam się, że już wkrótce…


zima…

…i długie zimowe wieczory. Będę miał czas skanować na nowo negatywy i slajdy i odzyskiwać zdjęcia, patrząc przez okno na piękny księżycowy krajobraz i koparki…
Ale zanim nadejdzie zima, przyjadą do Toronto moi rodzice a potem fachowcy od drzew przyjdą nam do ogrodu posadzić drzewo. O takie. I to się liczy.

Liriodendron_tulipifera