Happy Canada Day!!!


mountie

Dzisiaj obchodziliśmy Canada Day, zwane ongiś Dominion Day. Bardzo lubię to święto.



Muzyczna wycieczka do Iranu


Prezentowałem w moim blogu już dosyć sporo muzyki tureckiej i sufickiej więc dla odmiany postanowiłem zapodać mała pigułkę muzyki perskiej.

O Iranie sporo ostatnio mówi się w mediach, choć tak naprawdę od rewolucji islamskiej i ucieczki szacha Iran stał się miejscem, które z jednej strony przyciąga uwagę całego świata, z drugiej pozostaje miejscem tajemniczym, choć do niedawna dostępnym dla większości Europejczyków. Nam niestety do tej pory nie udało nam się dotrzeć do tego niezjke ciekawego kraju, ale kto wie, może kiedyś się uda. Nasz dobry kolega ze studiów wybrał się do Iranu kiedy mieszkaliśmy z M. w Turcji i opowiedział nam to i owo.
Iran ostatnio kojarzy się ludziom przede wszystkim ze zwariowanym prezydentem, brodatymi fanatykami religijnymi i państwem totalitarno-teokratycznym, ale to tylko jedna strona medalu. Iran, zwany dawniej Persją jest jednym z najstarszych centrów cywilizacji i pomimo spustoszeń z czasów absolutnej władzy szacha, późniejszej rewolucji pod wodzą Chomeiniego i wyniszczającej wojny z Irakiem jest to kraj świadom swojej niezwykle bogatej spuścizny kulturowej. Język perski, który jest językiem indoeuropejskim, przez stulecia pełnił rolę podobną do łaciny w Europie. W cywilizacji islamu tradycyjnie arabski był językiem religii, prawa i nauki a perski pozostawał językiem sztuki i literatury. Zasięg kulturowy perskiego rozciągał się na praktycznie cały świat islamu, od Indii po Afrykę Północną. W Imperium Osmańskim perski pełnił rolę języka dworskiego i do dziś w tureckim jest ogromna liczba perskich zapożyczeń…

Od czasów rewolucji zarówno w USA jak i w Kanadzie mieszka bardzo wielu Irańczyków, którzy musieli wyjechac. Są to w większości ludzie doskonale wykształceni i bardzo sympatyczni. Rządy szacha i samą rewolucję doskonale opisał Ryszard Kapuściński w wydanym w 1982 roku “Szachinszachu“. To jedna z książek, które zdecydowanie warto przeczytać, żeby lepiej zrozumieć to co się teraz dzieje w Iranie i nie tylko. Polecam wersję polską, bo wersja angielska jest niestety ocenzurowana, co ze zdumieniem odkryłem kiedy przygotowywałem jakiś referat o Iranie.

Ale czas na muzykę… Oto dwie płyty zespołu Niyaz z tego samego albumu Nine Heavens, jedna ‘elektryczna’ a druga akustyczna. Obie bardzo mi się podobają i mam nadzieję, że sprawią Wam przyjemność. Niyaz jest zespołem emigracyjnym, jego członkowie mieszkają i nagrywają w USA. Jeśli ktoś chciałby sobie kupić to można dostać w Amazonie albo w Emusic. Muzyka jest bardzo żywa, świetnie zagrana, nagrana i zaśpiewana więc doskonale się tego słucha. Mam nadzieję, że zjawią się z jakimś koncertem w Toronto. A więc proszę bardzo:
Najpierw wersja elektryczna…




… a potem wersja akustyczna, która mnie podoba się chyba nawet bardziej…



Na marginesie dodam, że w Toronto czasem chodzimy do bardzo dobrej i niezbyt drogiej restauracji irańskiej, która moim skromnym zdaniem jest jednym z najciekawszych kulinarnych zakątków w naszym mieście. Jeśli ktoś będzie w okolicach to szczerze polecam, choć często potrzeba wcześniej robić rezewację, bo restauracja jest bardzo mała. Nazywa sie The Pomegranate i łatwo do niej trafić, jest o rzut beretem z University of Toronto.

PS. Od kilkudziesięciu lat w Iranie robi się bardzo dobre kino. Jeśli jeszcze nie widzieliście to koniecznie zobaczcie Children of Heaven.
PPS. Następnym razem chyba będzie muzyka z północnej Afryki (desert blues) i Natacha Atlas:)



Koniec epoki – Michael Jackson (1958-2009)




Wczoraj wieczorem zmarł nagle Michael Jackson, a wraz z jego odejściem skończyła się pewna epoka. Choć nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem muzyki Jacksona to wiem, że był gwiazdą najwyższego kalibru, geniuszem show biznesu i bardzo utalentowanym twórcą. Jak większośc wybitnie uzdolnionych ludzi, Jackson miał swoją mroczną stronę, a w ostatnich latach był postacią upadłą i tragiczną zarazem. Nie zmienia to jednak w żadnym stopniu tego, że to właśnie Jackson, Freddie Mercury i Madonna pozostaną na zawsze ikonami lat osiemdziesiątych i symbolami mojego dzieciństwa.

Kilka poszarpanych wspomnień z tamtych lat…

…to był chyba rok 1983, dokładnie nie pamiętam. W telewizji leciał ‘Jarmark’ i zwykle oglądaliśmy go murem, tak samo jak cotygodniowe westerny, Pankracego, czeskie bajki, Tony’ego Halika, Muppet Show i jeszcze kilka innych rzeczy. W Jarmarku zawsze były najnowsze (w naszym pojęciu) ‘teledyski’, jak wtedy nazywano wideoklipy. Mieliśmy z siostrą w domu taki strasznie stary, monofoniczny magnetofon szpulowy z odzysku i całą stertę taśm do nagrywania. Ponieważ jedynym dostępnym źródłem, z którego mogliśmy coś nagrać (nie mieliśmy radia z wyjściem na kabel) był czarno-biały telewizor, polowaliśmy na owe ‘teledyski’ w ‘Jarmarku’ i nagrywaliśmy je cieprliwie na szpulę. Po jakimś czasie zebrała nam się niezła kolekcja, czego tam nie było – Shakin’ Stevens, Queen, Wham, Paul McCartney, Leonard Cohen, Madonna i oczywiście Michael Jackson. Słuchaliśmy owych taśm godzinami…

… w jednym z wydań ‘Jarmarku’ redaktorzy prowadzący ostrzegli, że teraz będzie coś nie dla dzieci. Oczywiście my z siostrą na taką wieść nastroszyliśmy bacznie uszy i czekamy co będzie dalej. Mama z tatą (zawsze oglądaliśmy ‘Jarmark’ całą rodziną) zasugerowali, że może lepiej byśmy sobie poszli no więc zaczęliśmy się zbierać, ślimaczym tempem, żeby coś złapać z owego zakazanego programu. Okazało się, że ów owoc zakazany to klip do Thrillera, w którym Michael Jackson tańczy z całą bandą wampirów. Byliśmy oboje z siostrą dosyć strachliwi, chyba przez to, że wychowaliśmy się w ogromnym domu z całą masą ciemnych piwnic, dwoma strychami, szopą, kawałem lasu i wąwozem za domem. Kiedy Jackson zaczął się zmieniać w wampira wpadliśmy z siostrą w przerażenie i uciekliśmy wystraszeni do naszego pokoju. Potem się trochę uspokoiliśmy a ja postanowiłem zrobić A. dosyć paskudnego psikusa. Kiedy niczego nie podejrzewający rodzice byli czymś zajęci powiedziałem A., że jej coś pokażę. Zaprowadziłem ją do piwnicy, zrobiłem ‘buuu’, postraszyłem, że teraz przyjdzie wampir, wyłączyłem światło, zamknąłem drzwi i… uciekłem. Moja miła siostra, która miała wówczas 4 lata, wpadła w straszliwe przerażenie i histerię. Nasz tato pobiegł po nią do piwnicy i przyprowadził ją całą zapłakaną i roztrzęsioną na górę i trzeba ją było bardzo, ale to bardzo długo uspokajać. Dostał mi się wtedy nieziemski opieprz, całkowicie zresztą zasłużony…

… Kiedy miałem jedenaście albo dwanaście lat zacząłem się uczyć angielskiego. Koledzy w szkole wiedzieli, że się uczę tego dziwnego języka i pewnego dnia moja koleżanka z klasy przyszła do mnie do domu, co dosyć mnie zdziwiło, bo nigdy wcześniej tego nie robiła. Okazało się, że miała ‘biznes’. Przyniosła kasetę (poza szpulą, której dalej używaliśmy rodzicom udało zdobyć się dla nas monofoniczny magnetofon kasetowy z radiem) z piosenkami Jacksona. To był ‘Bad’ a więc rok 1987. Prosiła mnie, żebym jej przetłumaczył jedną konkretną piosenkę, już nie pamiętam którą. To był koszmar. Sama płyta nawet w miarę mi się podobała, ale na kurs angielskiego z prawdziwego zdarzenia (dziękuję Ci Gosiu!) chodziłem dopiero od szóstej klasy podstawówki i o ile potrafiłem zrozumieć co nieco kiedy oglądałem programy dydaktyczne BBC w telewizji polskiej to Jackson nie dość, że śpiewał, i to szybko, to jeszcze śpiewał z ‘dziwnym’ akcentem, używał potocznego języka i jakichś dziwnych form gramatycznych, o których w podręcznikach do angielskiego nie wspominali. No ale postawcie się w roli trzynastoletniego chłopca, któremu zaczynają się podobać dziewczyny i który chce zabłysnąć kiedy w domu pojawia się ładna koleżanka z klasy… Podjąłem się zadania, zabrało mi to kilka dni i kasetę chyba całkiem zajechałem, ale cały dumny i blady rozszyfrowałem jakieś 80% tekstu. (Tym , którzy stukają się w głowę przypominam, że nie było internetu ani nawet kaset z tekstami we wkładce. Jedyne teksty piosenek jakie się na Śląsku pojawiały były wycinankami z niemieckiego ‘Bravo’). Koleżanka bardzo się ucieszyła i tyle ją widziałem… A moja przygoda z Jacksonem skończyła się definitywnie…

Po latach doceniam stare piosenki Jacksona za ich rytm i melodyczność. Do dziś jedną z moich ulubionych piosenek (i klipów) z dzieciństwa pozostaje Billie Jean (klip niżej). Myślę, że Jackson, pomimo kontrowersji jakie go ostatnio otaczały ma zapewnione trwałe miejsce wśród najbardziej wpływowych i utalentowanych twórców wszechczasów. Widać to również po reakcjach na jego śmierć. Od wczoraj wszystkie kanadyjskie media nie mówią właściwie o niczym innym. Mieszkańcy Toronto zebrali się wczoraj wieczorem na Dundas Square i zaczęli przynosić kwiaty, świeczki i zdjęcia Michaela. Myślę, że nie jestem jedym, który myśli, że wraz z jego odejściem skończyła się pewna epoka a my, ludzie, którzy dorastali w latach osiemdziesiątych straciliśmy jeden z największych symboli naszego dzieciństwa.

Dzisiaj cały internet jest przeciążony z powodu śmierci Jacksona. Gdyby klip nie działał to proszę obejrzeć bezpośrednio z YouTube.



Początek lata – strajk i Pride Week


No i proszę, zaczyna się lato i od razu kłopoty. Otóż od dzisiaj w całym Toronto (z wyjątkiem zachodnich krańców czyli Etobicoke) zaczął się strajk większej części służb miejskich, a konkretnie pracowników zrzeszonych w CUPE local 416 i 79, czyli razem około 24000 osób. Są wśród nich pracownicy miejskich żłobków, obsługa promów kursujących na Toronto Islands, część obsługi karetek pogotowia, zieleń miejska, pracownicy ratusza i prawie wszyscy spece od wywozu śmieci. Zapowiada się więć niezły tydzień, zwłaszcza, że ma być upalnie i słonecznie. Ostatnio taki strajk był chyba siedem lat temu i podobno było koszmarnie, ciekawe jak będzie teraz. Całe szczęście transport miejski to osobne związki zawodowe (strajkowali w zeszłym roku), więc przynajmniej będzie się można przemieszczać po zasypanym zwałami śmieci mieście. A o co poszło? Co ciekawe wcale nie o pieniądze. Otóż od wielu lat związki zawodowe żyły sobie w symbiozie z burmistrzem, który ma poglądy mocno lewicowe i słynie z tego, że wymyśla coraz to nowe opłaty, żeby nakarmić rozrastającą się w makabrycznym tempie tkankę miejskiej biurokracji. Burmistrz Miller traktuje Toronto jak swoje feudalne państwo-miasto i wprowadza tak kontrowersyjne rozwiązania jak specjalny podatek od rejestracji samochodu kiedy się mieszka w granicach Toronto ($60 na rok, doliczane do podatku prowincjonalnego), podatek od przepisania własności nieruchomości na terenie miasta (land transfer tax), bagatela dodatkowo tyle samo co taki sam podatek ontaryjski. Ktoś kto kupuje dom w Toronto płaci więc dwa razy większy podatek niż ktoś kto kupuje na przedmieściach (o ironio burmistrz walczy też z samochodami i twierdzi, że chciałby żeby ludzie mieszkali bliżej…). Kolejnym pomysłem burmistrza jest na przykład specjalny podatek za torby jednorazowe w sklepach (5 centów za sztukę), niby w ramach ekologii, jednak dziwnym trafem wprowadzono tę opłate w momencie kiedy miasto zaczęło recykling tychże toreb, pomimo nawoływań co bardziej myślących obywateli, że przecież to nie ma sensu, bo po pierwsze większość mieszkańców używa toreb do wyrzucania śmieci przez co nie kupuje niepotrzebnie dodatkowych worków, po drugie pięć centów nie jest na tyle dużą kwotą, żeby kogokolwiek zniechęcać do używania toreb a po trzecie, że można by wprowadzić inne, bardziej chroniące środowisko inicjatywy. Jednym słowem, pomysł z torbami to gra pod konkretną publikę w celu zdobycia cennych głosów w wyborach a nie rzeczywista ochrona środowiska. Mógłbym sporo o Millerze pisać, bo pomysłów ma wiele a ja nie bardzo się zgadzam z tym co robi, ale to temat na inny post, teraz wracam do strajku.

Jak napisałem związkowcowm z CUPE wcale nie chodzi o pieniądze, przynajmniej nie bezpośrednio. Chodzi im przede wszystkim o chorobowe-skarbonkę. Otóż każdy związkowy pracownik miasta co rok ma ileś tam dni chorobowego, jak w innych firmach. Tutaj podobieństwa się kończą. Otóż członkowie służb miejskich dawno temu wymyślili sobie, a miasto zaakceptowało, że niewykorzystane dni chorobowego z każdego roku będą się dodawać i kiedy dany pracownik pójdzie na emeryturę zostaną mu wypłacone. Ot taka świnka na dni chorobowego, którą kiedyś tam się rozbija i robi imprezę. Toronto co roku płaci ciężkie miliony dolarów na ową świnkę więc przy takim kryzysie jak teraz władze miejskie postanowiły ukrócić tę dziwną praktykę, na co związkowcy nie chcą się rzecz jasna zgodzić. Nie muszę tłumaczyć, że kiedy wszyscy inni mieszkańcy Toronto dowiedzieli się o tej chorobowej skarbonce rozpętała się burza, bo nikt inny takich przywilejów nie ma, a każdy płaci ciężkie tysiące na podatki dla miasta. Poza tym pensje w służbach miejskich też są o wiele wyższe niż gdzie indziej, co tylko rozsierdza pozostałych mieszkańców.

Nie wiem jak i kiedy strajk się skończy, ale burmistrz ma ciężki orzech do zgryzienia. Jeśli opowie się po stronie związkowców to prawie na pewno nie zostanie ponownie wybrany a jeśli stanie po stronie mieszkańców to będzie musiał stawić czoła tym samym związkowcom, których przez tyle lat rozpieszczał.

Póki co mieszkańcy biorą sprawy w swoje ręce. Jak donoszą gazety już zaczęły pojawiać się dzikie wysypiska w mieście a to dopiero pierwszy dzień. Miasto zamknęło wszystkie baseny miejskie, odwołało wakacyjne obozy i programy sportowe. W przyszłym tygodniu jest Canada Day, tradycyjnie obchodzone jak wielki, radosny festyn. O ile strajk się nie skończy to imprezy z okazji Canada Day podobno się nie odbędą. Nie wiem co zrobią ci, którzy mieli zamówione terminy ślubu, bo urzędy nie działają a wszystkie rezeracje odwołano. Wielu spraw papierkowych, na przykład zezwoleń parkingowych nie da się załatwić. Działa za to, i to sprawnie, policja parkingowa…

Na zakończenie dodam, że mamy w tym tygodniu Pride Week. Torontońska parada gejów jest jedną z największych na świecie i cały poprzedzający tydzień odbywają się różne tęczowe imprezy. Organizatorzy zapewniają, że pomyśleli o strajku i mają w zanadrzu rozwiązania awaryjne, Pride powinno się więc odbyć bez zakłóceń. Sama parada jest bardzo widowiskowa a większość kanadyjskich organizacji, firm i grup etnicznych ma swoją reprezentację. Kiedy bylismy dwa lata temu to Polska też była reprezentowana przez miejscowych gejów. Tak więc mamy lato i pomimo uprzykrzającego życie strajku będzie się sporo działo, jak zawsze zresztą.



“Up” Pixara – o starości inaczej


uppost

Jeśli macie się ochotę wybrać do kina na coś, co jednocześnie bawi i skłania do refleksji to polecam bardzo niecodzienną animację Pixara, Up. W dużym skrócie to film o starości, marzeniach, przyjaźni i życiu, czyli dosyć niezwykła mieszanka jak na ten gatunek filmowy.

Nie chcę wyjawiać zbyt wielu szczegółów, żeby nie psuć zabawy ale zdradzę, że na początku filmu jest historia pewnego małżeństwa opowiedziana przez serię scen bez dialogów. Cała sekwencja moim skromnym zdaniem jest, bez przesady, genialna i wydaje mi się, że poruszy każdego, zresztą oceńcie sami.

Po doskonałym wstępie film rozwija się w nieco nieprzewidywalną stronę ale niestety dalsza część scenariusza nie jest dopracowana tak głęboko jak początek. Nie znaczy to, że jest zła, ale początkowe sceny są na tak wysokim poziomie, że reszta, mimo, że dobra, nie wytrzymuje tempa. Wydaje mi się, że to dlatego, że film w założeniu jest adresowany zarówno do dorosłych jak i do dzieci, więc pewne uproszczenia są konieczne. Mimo to uważam, że pewne wątki mogły zostać trochę pogłębione, na przykład postać głównego antagonisty, tajemniczego podróżnika i odkrywcy Muntza, który trochę za bardzo przypomina typowe komiksowe szwarzcharaktery, choć autorzy czytali też chyba w młodości powieści J. Verne’go.

(Gdyby nie działało to możecie zobaczyć na stronie Youtube klikając na film)

Poza ludźmi w filmie jest też jeden szczególny ptak i całe stado (dosłownie) gadających psów, którym przewodzi Alpha. Jest też jeden pies, który nie za bardzo pasuje do reszty stada, to Dug. Motyw psi uważam za szczególnie udany, bo twórcy bawią siebie i widzów różnymi aluzjami i podtekstami, wykorzystując przy tym zmyślnie psią psychikę i to co o psach wiedzą z własnego doświadczenia widzowie.

Wszystko razem bardzo dobrze się ogląda a po wyjściu z kina trudno uniknąć refleksji. co przynajmniej mnie rzadko się zdarza po obejrzeniu animacji.
Gorąco polecam!

Jeśli wybieracie się do kina na Up to pamietajcie, że przed główną atrakcją wieczoru pokazywana jest krótka animowana etiuda. Tym razem o… bocianach i chmurach. Nie przegapcie, bo nie będziecie wiedzieć skąd się biorą barany, aligatory i jeże:)

Wydaje mi się, że w Polsce film wejdzie na ekrany niestety dopiero na jesień. Nie mam pojęcia jaki będzie tytuł.

Drugi film, który chciałbym Wam polecić, o ile jeszcze nie widzieliście, to Wall-E. To kolejna animacja raczej dla dorosłych niż dla dzieci, bo tematy w niej poruszane są jak najbardziej poważne: konsumpcja, katastrofa ekologiczna, otyłość społeczeństwa, śmieci. Może brzmi to poważnie, ale film wbrew pozorom jest bardzo zabawny i pomimo swojego przesłania nie bije widzów w głowę pałką natarczywego dydaktyzmu ani nie ma złowieszczego wydźwięku. To ciepła opowieść o dwóch robotach, uczuciach i nadziei. Bardzo dobre, koniecznie zobaczcie!



Kolejna porcja muzyki z północy – Faun i Korpiklaani


Ostatnio słucham głównie albo staroci, na przykład mojego ulubionego Jethro Tull, albo ballad renesansowo-nordycko-pogańsko-celtycko-jakichś-tam. Nie tak dawno proponowałem szwedzką Garmarnę, dzisiaj coś w podobnym klimacie, tyle, że z Niemiec. Grupa nazywa się Faun a to co grają jest bardzo przyjemne, przynajmniej na płycie, którą mam. Pnieważ używają sporo instrumentów akustycznych i śpiewają niektóre piosenki po łacinie mają bardzo ładne brzmienie. Ale posłuchajcie i oceńcie sami.

Faun



Jeśli ktoś ma ochotę na nieco żywszą nordycką nutę to proponuję fińską grupę metalowo-folkową Korpiklaani. Ostrzegam, że brzmią dosyć ostro, ale nie jest to bynajmniej typowy metal. Polecam zwłaszcza kawałki taneczne, poszukajcie sami.

Korpiklaani


Bardzo dobra muzyka na letnie imprezy a ponieważ przesilenie letnie czyli Noc Kupały czy też jak kto woli Noc Świętojańska niebawem taka muzyka nada się jak znalazł. Zastanawiam się jak bawili się nasi słowiańscy i germańscy przodkowie przed wiekami. No bo jakoś u licha bawić się musieli, tyle że historia na takie tematy ma zwyke bardzo mało do powiedzenia i jeśli już o jakichś zabawach traktuje to zwykle są to zabawy kręgów dworsko-książecych.



Paszport do kontroli proszę…


pass

Od kilku dni wszystkie kanadyjskie media huczą, brzęczą, nadymają się, straszą i krzyczą w nagłówkach. Oto nadszedł mały koniec świata, zmierzch pewnej epoki. O co chodzi? Otóż od 1 czerwca weszły w życie nowe przepisy, które mówią, że aby przekroczyć granicę lądową (w samolotach obowiązywało to już od dawna) do USA i z powrotem trzeba będzie pokazać paszport albo jeden z zatwierdzonych urzędowo przez odpowiednie amerykańskie urzędy dokumentów.
Do niedawna Kanadyjczycy mogli sobie jeździć do Stanów a Amerykanie do Kanady nie pokazująć żadnych dokumentów. Trauma 11 września sprawiła, że pogranicznicy zaczęli wymagać dokumentów potwierdzających obywatelstwo i tożsamość, ale paszporty dalej nie były wymagane. Można było przejechać przez granicę na podstawie aktu urodzenia i jakiegoś dokumentu ze zdjęciem. Żadnych wiz (mówię o wyjazdach turystycznych), odcisków palców, których na granicy amerykańskiej wymaga się od wszystkich innych cudzoziemców poza Kanadyjczykami właśnie i tak dalej. Jednym słowem pograniczników do tej pory interesowało bardziej to czy nie szmugluje się do Stanów nielegalnych imigrantów i marihuany a do Kanady broni, tytoniu i alkoholu a nie jakieś papierkowe formalności. Trudno więc się dziwić, że wymóg paszportowy nie cieszy się, delikatnie rzecz ujmując, zbyt wielką popularnością wśród społeczeństwa, zwłaszcza wśród tych, którzy mieszkają przy samej granicy (większość populacji Kanady…) i którzy do tej pory chętnie jeździli tam i z powrotem do rodziny, na zakupy albo na piwo.
W Kanadzie paszport ma około 54% obywateli a w Stanach to tylko 30% obywateli i raczej nie należy się spodziewać, że nagle wszyscy na gwałt zaczną sobie wyrabiać nowe dokumenty. Oczywiście przygraniczne biznesy boją się, że jeśli liczna turystów spadnie to na będzie to po recesji kolejny cios, zwłaszcza, że sporo wyjazdów to właśnie spontaniczne eskapady do kasyna, do restauracji albo na zakupy.

Aby ułatwić ludziom życie niektóre amerykańskie stany i prowincje Kanady zaczęły wyrabiać specjalne prawa jazdy na których zapisane jest obywatelstwo i których można używać zamiast paszportu, tyle, że w Ontario takie enhanced driver’s license kosztuje więcej niż paszport a poza tym nie do końca wiadomo czy technologia używana w tych prawach jazdy nie jest przypadkiem narażona na kradzież danych osobowych… Amerykanie wprowadzili też kartę paszportową, która jest tańsza od paszportu ale w Kanadzie nie ma i póki co nie będzie odpowiednika. Przypominam, że ani w Kanadzie ani w Stanach nie ma dowodów osobistych a zwykłe prawo jazdy mają nie tylko obywatele ale i stali mieszkańcy bez obywatelstwa i częśc nielegalnych imigrantów, więc te dokumenty nie nadają się do przekraczania granicy. Ostatnią możliwością jest wyrobienie sobie specjalenej karty Nexus, która upoważnia do przejazdu przez granicę bez kolejki, ale to długotrwała procedura połączona z rozmową ze służbami specjalnymi, bo do Nexusa kwalifikują się tylko obywatele, którzy nie stanowią zagrożenia dla drugiego kraju.
Dla mnie najciekawszym elementem całej afery jest z jednej strony podejście mediów, nieco histeryczne, a z drugiej swoista schizofrenia Kanadyjczyków, którzy bardzo chcą być suwerennym państwem i lubią o tym Amerykanom przypominać, z drugiej chcą, mając po temu historyczne podstawy, żeby USA traktowały Kanadę na specjalnych zasadach, co zresztą USA robiły i robią. Już wspomniałem, że Kanada jest jedynym krajem od którego obywateli Amerykanie nie wymagają wiz i odcisków palców, i o ile ktoś nie ma rekordu kryminalnego to może sobie przekraczać granicę kiedy chce i siedzieć w Stanach do pół roku na raz bez żadnych zezwoleń, o ile oczywiście nie ma zamiaru pracować, bo to inna para kaloszy. Wiem, że są też inne kraje od których Amerykanie nie wymagają wiz, ale ich obywatele przylatują do Stanów nie na zasadzie “bez wizy” tylko raczej pod pewnymi dosyć konkretnymi warunkami (bilet w dwie strony, odciski palców, wypełnienie formularzy, pobyt do 90 dni) niejako zawiesza im się wymóg wizowy. Stąd zresztą nazwa, visa waiver program. Paradoksalnie z własnego doświadczenia wiem, że o wiele lepiej się przechodzi z wizą dziesięcioletnią (mój przypadek) niż na przykład z niemieckim paszportem w ramach “zawieszonej” wizy. Kiedy ma się wizę to zadają o wiele mniej pytań, dostaje się pobyt na pół roku kiedy to można szybko przekraczać granicę tam i z powrotem i tak dalej. A ktoś bez wizy, na przykład z paszportem niemieckim musi się gęsto tłumaczyć i dostaje pobyt tylko na 90 dni. Ale i tak najlepiej przechodzi się z paszportem kanadyjskim, który w 90% przypadków wystarczy pokazać bez wysiadania z samochodu, odpowiedzieć na jedno dwa pytania i można jechać dalej. Stąd histeryczne teksty o “nowym murze berlińskim” zakrawają na małą paranoję. Oczywiście, że dobrze by było mieć coś na kształt amerykańskiego Schengen i gdyby w tej sprawie odbywało się jakieś referendum to zaraz bym głosował “za”, ale wtedy pewnie podniosłyby się głosy, że do Kanady napływa nielegalna broń ze Stanów i że Kanada traci swoją niepodległość. Swoją drogą prasa bacznie się przypatruje temu co się dzieje w Europie i wydaje mi się, że prędzej czy później jakiś podobny system między Kanadą i Stanami powstanie. Oba kraje są pod wieloma względami o wiele bardziej zintegrowane niż Unia Europejska i o ile politycy obu krajów będą w stanie skoordynować politykę wizową, imigracyjną i zasady udzielania azylu to na pewno samo zniesienie granicy będzie najmniejszym problemem. Pożyjemy zobaczymy. Co ciekawe spora część Kanadyjczyków ma pretensje do Obamy o to, że nie posłał odziedziczonej po Bushu ustawy o paszportach do kosza.
Póki co apokaliptyczne prognozy medialne się nie sprawdzają. Pogranicznicy zapowiedzieli, że przez “jakiś czas” a przynajmniej przez kilka miesięcy będą przymykać oczy i pouczać. Innymi słowy, niby trzeba mieć paszport albo inne wymagane dokumenty, ale jeśli się nie ma to pogranicznicy pomachają groźnie palcem, pouczą, dadzą odpowiednią ulotkę i każą jechać dalej…



W poszukiwaniu tożsamości




Nie będzie wielką przesadą jeśli napiszę, że odkąd sięgam pamięcią zawsze miałem kłopoty z tożsamością. Nie tylko swoją ale całej rodziny. Mój pradziadek ze strony mamy (ojciec dziadka) pochodził spod Krakowa, a prababka z Zaolzia. Oba miejsca w tamtych czasach wchodziły w skład państwa Habsburgów i moja prababcia niejednokrotnie opowiadała mi przed snem historię o tym jak kiedyś Cysorz Franciszek przejyżdoł koło ich domu. Prababcia zawsze mówiła o austro-węgierskiej przeszłości z wyraźnym afektem a dziadek, jej syn, miał w swojej kolekcji monet fusate korony czyli ciężkie srebrne korony z Franciszkiem Józefem, który wyglądał na nich tak dostojnie, że w moim dziecięcym umyśle narodził się podświadomy szacunek do monarchii. W jakimś stopniu tkwi to we mnie do dzisiaj, bo zdecydowanie przedkładam kraje w których głową państwa jest konstytucyjny monarcha nad te które mają prezydenta. Nie oznacza to bynajmniej, że jestem konserwatywny, wręcz odwrotnie, ale o tym może innym razem. Pozwólcie, że teraz wróce do moich przodków.

Tak więc dziadkowie ze strony mamy mieszkali na Zaolziu i jak cała reszta rodziny, byli ze swojej zaolziańskiej tożsamości bardzo dumni. Choć byli (i są) obywatelami Czech a poprzednio nieboszczki Czechosłowacji, jak spora częśc mieszkańców Zaolzia w domu wszyscy bez wyjątku używali zaolziańskiej odmiany śląskiego. Z kolei dziadkowie ze strony taty byli Ślązakami z Górnego Śląska, chóc mój dziadek urodził się w zagłębiu Ruhry i spora częśc jego rodziny od lat mieszka w Niemczech. Zarówno babcia jak i dziadek mówili tylko i wyłącznie po śląsku albo jeśli trzeba było (zwłaszcza dziadek) niemiecku, polski był dla nich językiem “Goroli” czyli ludzi napływowych spoza Śląska. Żona brata mojego dziadka, Franciszka, znała polski na tyle słabo, że liczyć i modlić się potrafiła tylko i wyłącznie po niemiecku. Kiedy byłem mały dosyć często do nas przyjeżdżała i dzięki niej poznałem niemieckie liczebniki. Jak widać, z grubsza ujmując moja rodzina pochodzi z pruskiej albo habsburskiej części Śląska.

Kiedy zacząłem chodzić do szkoły bardzo szybko zauważyłem, że w klasie część ludzi mówi po śląsku, część po polsku a ja nie potrafię się do żadnej grupy zaliczyć. Poniekąd dlatego, że choć z zaolziańska częścią rodziny rozmawialiśmy zawsze “po naszymu” a z dziadkami po polskiej stronie granicy po śląsku, moi rodzice ze mną i z siostrą zawsze starali się rozmawiać literacką polszczyzną. Przez to dla kolegów z klasy byłem podejrzanym typem, a do tego mój śląski w wersji zaolziańskiej od zawsze był lepszy niż ten w wersji górnośląskiej. Byłem więc rodzajem zwierza, które nie podlega łatwej klasyfikacji, zwłaszcza, że poza językiem bardzo szybko odkryłem inne różnice. W przeciwieństwie do wszystkich innych osób w klasie nie byłem ani katolikiem ani protestantem, co na tradycyjnie dosyć pobożnym Śląsku dla mnie i mojej siostry dosyć często było powodem mniejszych lub większych tarapatów. Ludzie z mojego otoczenia nie chcieli wierzyć, że nikt w mojej rodzinie nie chodzi do kościoła i wszyscy myśleli, że to pewnie dlatego, że moja mama jest “Czeszką”. Tak, dla większości ludzi z polskiego Śląska i reszty Polski Zaolziacy to Czesi, choć sami zainteresowani byliby niezmiernie zdziwieni i to bynajmniej nie pozytywnie, słysząc takie słowa. No ale skoro jeździłem do dziadków do Czechosłowacji to przecież musiało oznaczać, że jestem w połowie Czechem. Paradoksalnie im jestem starszy tym bardziej zgadzam się z tą “łatką”. Z biegiem czasu zdałem sobie bowiem sprawę, że tak właśnie jest: językowo czuję się Polakiem ale kulturowo o wiele więcej łączy mnie z Czechami niż z Polską. Dorastaliśmy z siostrą na czeskich bajkach, uwielbiamy czeskie książki, widzieliśmy więcej filmów czeskich niż polskich, słuchamy czeskiej muzyki i oboje z siostrą (M. też złapała bakcyla) bardzo lubimy “czeskie klimaty” czyli piwo przy żywej muzyce i ludziach rodem z powieści Hrabala. Niestety nasz czeski nie jest na tyle dobry, żeby móc uchodzić za Czechów, pozostaje nam kolejna namiastka, ale co tam. Poza tym kiedy większość moich kolegów fascynowała się samochodami i motorami ja wolałem książki. Mój dziadek był redaktorem w pewnym ostrawskim dzienniku i miesięczniku kulturalnym, przez co od młodości miałem kontakt z dużą ilością prasy. Dziadkowie regularnie chodzili do teatru a poza tym sami należeli do różnych miejscowych grup artystycznych, dorastałem więc w domu gdzie na codzień rozmawiało się o książkach i kulturze, jakże odmiennym od większości domów w moim rodzinnym mieście, gdzie od pokoleń życie toczyło się powolnym, tradycyjnym rytmem w centrum którego znajdowała się kopalnia węgla. Proszę mnie źle nie zrozumieć, mam sporo szacunku dla górniczych tradycji Śląska ale zawsze, może niesłusznie, denerwowałem się na niechęć sporej części Ślązaków do książek. Niestety nie miałem kolegów z którymi mógłbym sobie porozmawiać o zapachu terpentyny i albumach z malarstwem (siostra mojej mamy jest artystką malarką), górach albo muzyce jakiej słuchałem na gramofonie mojego wujka (brat mamy był nie tylko górołazem ale też molem książkowym i melomanem).

Kiedy byłem starszy odkryłem, że nie jesteśmy z siostrą sami. W liceum poznałem sporo różnej maści niedopasowanych. Ktoś miał ojca Francuza a matkę z tradycyjnej protestanckiej śląskiej rodziny, kto inny tak jak ja pochodził z rodziny o długich tradycjach agnostycznych, jeszcze kto inny był gejem i dopiero szukał swojej drogi. Nagle okazało się, że jest wielu takich jak my z siostrą. To było pierwsze odkycie po którym przyszło następne, mianowicie takie, że większość z nich miała zamiar wyjechać, bo tak jak my nie potrafili się odnaleźć, choć byli i tacy jak mój przyjaciel z lat młodzieńczych, który do dziś powoli i systematycznie walczy z twardą śląską materią i zmienia rzeczywistość wokół siebie.

Kiedy zamieszkałem w Krakowie chciałem próbowałem się odnaleźć w tamtejszej kulturze ale choć samo miasto zawsze bardzo mi się podobało od miejscowych oddzielała mnie niewidzialna bariera. Przeszkadzała mi religijność, w moim przekonaniu zbyt wielka, tego miasta i konserwatyzm społeczny jego mieszkańców. I zbiorowa zmowa milczenia nad dawnym żydowskim Kazimierzem, który wtedy był w opłakanym stanie. W Krakowie poznałem M., której ojciec jest ze Śląska a mama z Tarnowa. M. też nigdy do końca nie czuła się w Krakowie u siebie, choć to jej rodzinne miasto. Razem było nam łatwiej.

Kiedy pokazałem M. „moje” Zaolzie była wstrząśnięta, bo nagle odkryła, że kilkanaście kilometrów od granicy istnieje kultura o istnieniu której nie miała zupełnie pojęcia. O której nie ma pojęcia do dziś większość Polaków. Od samego początku moja zaolziańska rodzina, na czele z dziadkiem, traktowała M. jak część swojej własnej rodziny, przez co M. bardzo polubiła częste wyjazdy do Stonawy, Karwinej i okolic. Czuła się tam bardzo swojsko, odkryła też na nowo Śląsk skąd pochodzi jej ojciec a ja poznałem okolice Tarnowa i tamtejszy, jakże inny od śląskiego rytm życia.

W Krakowie zaprzyjaźniliśmy się z E. i G., parą tureckich Niemców z Berlina. Podobnie jak my mieli problemy z tożsamością. Choć większość życia spędzili w Berlinie i ich pierwszym językiem jest niemiecki a nie turecki nie do końca potrafią się w berlińskiej rzeczywistości odnaleźć. Zbyt niemieccy dla Turków, zbyt tureccy dla Niemców. To był, poza studiami w UJ jeden z powodów dla których przyjechali do Krakowa. Mieli nadzieję, że Kraków okaże się dla nich łaskawszy i znajdą tam swoje miejsce, ale choć bardzo zżyli się z miastem i nieźle poznali język (E. nawet lepiej niż nieźle) to nie czuli się u siebie. Wieczorami sączyliśmy w czwórkę piwo na krakowskim Kazimierzu i snuli plany na przyszłość. Wiedzieliśmy, że chcemy wyjechać, odnaleźć swoje miejsce i zobaczyć jak się żyje gdzie indziej. Może Czechy albo Turcja, może Berlin, może Kanada…?

Skończyliśmy studia i nadszedł czas rozstań, E&G wyjechali do Tokio a M. i ja do Ankary.
Ankara była kolejnym przystankiem w drodze do znalezienia swojego miejsca i tożsamości. Ponad trzy lata w Azji Mniejszej uświadomiły nam, że choć Turcy są bardzo miłymi ludźmi i fascynuje nas ich język, muzyka i kultura to nie jest to miejsce w którym czujemy się u siebie. Polska miała właśnie wejść do Unii, braliśmy nawet udział w referendum w tej sprawie w polskiej ambasadzie w Ankarze. Miałem nadzieję, że może w Wielkiej Brytanii wreszcie znajdziemy miejsce dla siebie. Tymczasem zupełnie niespodziewanie na horyzoncie pojawiło się Toronto…

Wyjechaliśmy z M. do Kanady i zamieszkali w Toronto. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że wreszcie mieszkam w miejscu gdzie mogę być sobą i czuć się częścią otaczającego mnie świata. Coraz częściej zacząłem myśleć o tożsamości i tym kim tak naprawdę jestem. Polakiem? Ślązakiem? Zaolzianinem? Czechem? Hybrydą? Musze przyznać, że do tej pory nie wiem i pewnie dlatego lubię mówić o sobie, że jestem Ślązakiem z obu stron niestniejącej już granicy albo Europejczykiem, choć zdaję sobie sprawę, że pierwsze określenie dla wielu ludzi jest niejasne a drugie wydaje mi sie zbyt ogólne. Może kanadyjski paszport rozwiąże mój dylemat, w końcu w Toronto ponad połowa mieszkańców urodziła się poza Kanadą…

Póki co staram się cieszyć otaczającą nas kanadyjską rzeczywistością i wydaje mi się, że znalazłem swoje miejsce, spokój duszy i przeznaczenie. Mimo to często wracam myślami i wspomnieniami do Zaolzia i nieco rzadziej do Śląska. Sporo rozmawiałem o swoich przemyśleniach z M. i z pewną bardzo mi kiedyś bliską osobą z mojego rodzinnego miasta, ktora teraz mieszka na południu Stanów. Jednak to właśnie w ResVaria przelewam swoje myśli na “papier”. Z założenia miał to być rodzaj notatnika o codziennym życiu w Toronto ale kiedy patrzę na to co tu napisałem to widzę, że coraz więcej piszę o Zaolziu i Śląsku a coraz mniej o Toronto. No cóż, może tak ma być.

Kiedy robię bilans to wydaje mi się, że na całej mojej rodzinie Zaolzie odcisnęło o wiele większe piętno niż polska część Śląska. I czasem zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym urodził się nieco wcześniej. I jak, wbrew pozorom bardzo urozmaiconym terenem jest cały Śląsk. Bardzo ładnie opisuje to w swojej balladzie Jaromír Nohavica. Myślę, że ta krótka piosenka oddaje bardzo dokładnie to co telepie się w mojej duszy od dzieciństwa, pozwolę więc ją sobie zaprezentować, wraz z moim nieco pospiesznym tłumaczeniem z czeskiego.
A więc Těšínská / Cieszyńska, kwintesencja mojego poszukiwania tożsamości…


Gdybym urodził się przed stu laty
w tym mieście
w ogrodzie Larischa zrywałbym kwiaty
swojej kobiecie

Moją narzeczoną byłaby córka szewca
z domu Kamińskich, skadś ze Lwowa
kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu
w domu Żyda Kohna
najładniejszym ze wszystkich cieszyńskich klejnotów
byłaby ona

Mówiłaby po polsku i trochę po czesku
kilka słów po niemiecku i śmiała by się ładnie
Raz na sto lat zdarza się cud
zdarza się cud

Gdybym się urodził przed stu laty
byłbym introligatorem
pracowałbym u Prohazki od piątej do piątej
i brałbym za to siedem złotych.

Miałbym piękną żonę i troje dzieci
byłbym zdrów i miałbym około trzydziestki
całe długie życie przed sobą
cały piękny dwudziesty wiek

Gdybym się urodził przed stu laty
w innej epoce
w ogrodzie Larischa zrywałbym kwiaty
moja kochana tobie

Tramwaj by jeździł przez rzekę na górę
słońce by podnosiło graniczny szlaban
a z okien pachniałby
świąteczny obiad

Wieczorem u Mojżesza rozbrzmiewałaby
pradawna melodia
byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć
za domem płynęłaby rzeka

Widzę to jak dziś, szczęśliwego siebie
żonę i dzeci i cieszyńskie niebo
tyle, że człowiek nigdy nie wie
co go czeka.


(słowa, muzyka: Jaromír Nohavica, tłum. moje)
Tekst piosenki po czesku znajdziecie tutaj. Jest tam też inny polski przekład, ale bardziej literacki a mnie chodziło o treść, więc pozwoliłem sobie wstawić własny.



Nasza dzielnica – Mr. Light & Pictures


Powoli zaczynam odkrywać naszą dzielnicę i co rusz wpada mi w oko jakaś ciekawostka. Ot choćby dzisiaj…

Kilka dni temu przepaliła mi się w lampce do czytania żarówka. Niestety lampka jest z Ikei i nie potrafię do niej znaleźć żarówki, bo ma jakiś nietypowy rozmiar gwinta. Dzisiaj postanowiłem wstąpić do sklepu, który od jakiegoś czasu mnie intryguje, a w którym teoretycznie powinno się taką żarówkę dać znaleźć. To miejsce to Mr. Light & Pictures. Na oko wydaje mi się, że sklep jest w tym samym miejscu od jakichś trzydziestu-czterdziestu lat (wstawię zdjęcia jak zrobię) i od tyluż nie było w nim remontu. Na zewnątrz zawsze wystawione są lampy i ramy, bo jak nazwa wskazuje, sklep specjalizuje się w lampach i ramowaniu właśnie. Kiedy wszedłem do środka najpierw usłyszałem muzykę, przeboje rockandrolla z lat sześdzisiątych. Pomimo “lamp” w nazwie w sklepie jest dosyć ciemno i wszędzie walają się całe stosy ram, lamp i akcesoriów. Po chwili zauważyłem stare kartonowe pudełka a w nich żarówki. Nie wiedziałem czy mogę sobie je ot tak zacząć przeglądać, bo nie wyglądały na nowe tylko powrzucane były luzem, bez ładu i składu, jedna na drugą. Postanowiłem poczekać na obsługę i po krótkiej chwili podszedł do mnie jegomośc na widok którego chyba musiałem zrobić dosyć głupią minę. Oto stanęła przede mną jedna z kopii Elvisa Presleya – te same użelowane i falujące włosy i wyraz twarzy (oczywiście odpowiednio podstarzały). Miał na sobie koszule we wzory rodem z okładek płyt Elvisa, spodnie takie jak nosił Elvis i tak dalej. Nie miał tylko gitary, za to nucił sobie i podśpiewywał piosenkę, która dobiegała z końca sklepu.
Klon Elvisa zapytał mnie w czym może pomóc. Wytłumaczyłem, że potrzebuję żarówkę i pokazałem mu o jaki rozmiar gwintu mi chodzi. On na to, że tak, wie, trudno dostać, bo to rozmiar europejski. Zaczął grzebać w pudłach z żarówkami a pierścienie na jego palcach ładnie błyszczały w takt muzyki. Coś tam pomruczał pod nosem, powiedziałem, że kupiłem lampę w Ikei, on na to, że tak tak, europejska. Po dłuższym czasie wydobył coś co wydawało mi się podejrzanie małe i oświadczył tonem profesjonała najwyższej klasy, że to właśnie to, czego szukam. Spojrzałem na żarówkę, potem na niego i z nutą powątpiewania spytałem, czy jest pewien, że to to czego szukam. Klon Elvisa pokręcił nade mną głową i nieznoszącym sprzeciwu głosem zapewnił, że jest w tym fachu od czterdziestu lat i jak mówi, że to żarówka, której szukam to tak właśnie jest.
Skapitulowałem i zapytałem ile za owo cudo z pudła sobie życzy. On na to, że trzy dolary i osiemdziesiąt pięć centów. Miałem wrażenie, że właśnie dostosowuje cenę do wyglądu klienta, ale co tam. Zapytałem czy może bierze kartę, bo wydawało mi się, że na drzwiach widziałem znaczek. Powiedział, że nie, więc zacząłem liczyć monety w portfelu. Uzbierałem trzy dolary i piędziesiąt kilka centów. Powiedział, że może być, bo jego wspólnik się na to zgodzi (sic!). Nie mam pojęcia kim był ów wspólnik i gdzie się znajdował, może chodziło mu o ducha Presleya, licho wie.
Przywędrowałem do domu z żarówką w kieszeni, włożyłem do lampy i zakląłem przeciągle i po angielsku. Oczywiście żarówka jest za mała. Ale przynajmniej mam dla Was historyjkę:)



Niecodzienne miejsca w Toronto III. Don Jail & Distillery District


Aby odreagować się trochę po wydarzeniach z zeszłego tygodnia wybraliśmy się z M. na jeden z licznych torontońskich festiwali. Akurat w zeszły weekend wypadło na Doors Open Toronto, kiedy to ponad 170 budynków w całym mieście otwiera swoje podwoje dla rządnych wrażeń, tajemnic, sensacji i niespodzianek tłumów. O ile do części z tych miejsc da się wejść również na codzień to sporo jest i takich, które są niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Na liście obiektów, które można zwiedzić są zarówno miejsca zabytkowe jak i nowe. Sporą popularnością cieszą się na przykład Canadian Broadcasting Centre czyli siedziba CBC, zamknięta stacja metra Lower Bay (otwierana bardzo rzadko, w tym roku nie była dostępna), kościoły, synagogi, meczety i świątynie masońskie.

W tym roku szczególną atrakcją, dostępną po raz pierwszy i ostatni był budynek cieszącego się złą sławą miejskiego więzienia, Don Jail. Złą sławą więzienie cieszy się z wielu względów, ale znane jest jako główne miejsce egzekucji w Ontario w czasach kiedy w Kanadzie stosowano jeszcze karę śmierci. Kilka lat temu podczas prac remontowych na parkingu obok więzienia ekipy budowlane natrafiły na ludzkie szkielety i kiedy na miejsce wezwano policję i archeologów okazało się, że skazańców chowano kiedyś za murem więzienia. Potem na tym miejscu zrobiono parking i zapomniano o tym, że były tam kiedyś jakieś groby.

Właśnie odkryłem, że M. wpadła na ten sam pomysł co ja i już opisała i ozdjęciowała nasz weekendowy wypad…
Mnie pozostało zaznaczyć wspomniane miejsca na mapie. A więc po kolei:

Don Jail

View Larger Map

Distillery District

View Larger Map