Ah Lichtige Chanukah!



Zaczynamy tradycyjnie wielkie odliczanie do Świąt. Dla niektórych zaczęły się już wczoraj, więc tradycyjnie wszystkim, którzy obchodzą życzę udanej Chanuki i smacznych latkes.

Zadziwiające jak trudno dotrzeć do jakichś ciekawych zdjęć z krakowskiego Kazimierza sprzed Zagłady. Poniżej jedno, razem z linkiem do większej kolekcji (skąd zresztą to zdjęcie pożyczyłem, co mam nadzieję zostanie mi wybaczone). Szykując się do Świąt, cokolwiek obchodzicie, pomyślcie chwilę o tych, którzy odeszli.

Kazimierz, Stara Bożnica od strony ul. Józefa. Fot. Tadeusz Przypkowski, ok. 1930 r.

Kazimierz, Stara Bożnica od strony ul. Józefa. Fot. Tadeusz Przypkowski, ok. 1930 r.

Potencjalne turbulencje – przenosiny na nowy serwer

Przez kilka następnych dni cała strona może nie działać, bo przenoszę się na inny serwer. Bardzo dawno tego nie robiłem i trochę muszę poszperać i doczytać co i jak, żeby nie wyczyścić przypadkiem RV kompletnie. Trochę by mi było szkoda;)

Firma od której kupowałem hosting do tej pory zrobiła się bardzo droga, więc znalazłem coś tańszego. Ma dobre recenzje, mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko. Nie wiem jak długo potrwa przenoszenie domeny, bo to zupełnie inna sprawa…

Nie jest to najlepszy czas na tego typu zmiany, bo nie wiem w co ręce włożyc, ale co począć. Do tego nasze starsze dziecko od soboty do wczoraj miało wysoką gorączke (wczoraj już mniejszą) i jesteśmy w środku malowania pokoju. Jeszcze świąteczne przygotowania, miałem zrobić karmnik dla ptaków i kilka innych rzeczy na wczoraj…
;)

Zaczynamy świąteczne odliczanie…

Dzisiaj nastawiłem ciasto na tradycyjny, dojrzewający piernik staropolski, który robię od lat. Pierwszy raz piekłem go chyba jak miałem 15 lat albo coś koło tego. Robi się łatwo, ale potrzeba do niego dużo miodu dobrej jakości. Ja używam niepasteryzowanego kupowanego od pszczelarzy. Najczęściej mieszanka dzikich kwiatów albo borówkowy (jagodowy), bo takie u nas można kupić bez problemu. Prawie do wszystkiego używam też brązowego cukru zamiast białego, bo ma lepszy smak i oczywiście jest zdrowszy.
Ciasto musi leżakować w chłodnym miejscu, najlepiej w chłodnej spiżarni, na werandzie albo ostatecznie na dole lodówki przez dwa tygodnie albo dłużej.

Przepis jutro, bo już późno…

WP_20141206_002

WP_20141206_005

WP_20141206_014

WP_20141206_019

Mieszanka firmowa na szare jesienne wieczory

Dziś odrobina klasycznego rocka, mniej i bardziej znanego, w wydaniu pozytywnym. W sam raz na długie, mroczne jesienne wieczory. Za oknem wieje, pies niechętnie wystawia łapy poza własny kocyk. Brrr… Jeszcze tylko coś rozgrzewającego musze skoczyć. A potem muzyka i kilka partyjek tureckiej tavli, czyli backgammon (Wikipedia podpowiada, że po polsku to tryktrak?!)
Miłego słuchania i w komentarzach proszę o dodatkowe propozycje do listy. Zasady: ma być mniej więcej rock (inne gatunki na inny raz) i po angielsku.

Winter is coming…

winter1
(typowa sceneria zimowego Montrealu…)

“Nadchodzi zima” – tytułowa maksyma rodu Starków z Winterfell (przepraszam wszystkich, którzy nie czytali albo nie oglądali “Gry o tron”) nadawałaby się świetnie na narodowe motto Kanady, obok nieformalnego “the Great White North” (Wielka Biała Północ) i oficjalnego “A mari usque ad mare” (Od morza do morza) w kanadyjskim herbie.

Od zimy w Kanadzie nie da się uciec. Jest długa, mroźna, ciężka, nieprzewidywalna i zawsze tkwi gdzieś tam w kanadyjskiej psyche jako danie główne. Wiosna, lato i jesień, w niektórych miejscach kraju raczej umowne, to przystawki, smakowite przerywniki i zapowiedź nadchodzącej albo odchodzącej zimy.

Zaraz po kanadyjskim Święcie Dziękczynienia, obchodzonym zawsze w drugi poniedziałek października, zaczynają się przygotowania. W sklepach poajawiają się spalinowe odśnieżarki, łopaty i sól do posypywania chodników. Posiadacze chatek zamykają swoje małe Arkadie za miastem na trzy spusty. Łodzie, narty wodne i pojazdy terenowe ustępują miejsca namiotom do łowienia pod lodem, nartom i zimowym pojazdom terenowym.

Wraz z kolibrami i innymi ptakami na południe odlatują kanadyjscy emeryci. Następnych sześć miesięcy będą słuchać kanadyjskich wiadomości i prognozy pogody ze swoich zimowisk w Arizonie i na Florydzie. Popijąc poranną kawę w importowanym na kanadyjskie potrzeby Timie Hortonie mogą się spokojnie oddawać rozmowom o zimie.
-Helen, czy wiesz, że w Orangeville spadły wczoraj dwie stopy śniegu? Dzwoniła mi córka, nie mogli dojechać do szkoły, bo siadł im akumulator.
-A moja siostra w Sydney (Nowa Szkocja) mówiła mi wczoraj, że na całym półwyspie zerwało kable, bo lał marznący deszcz od strony Atlantyku. Nie wiem jak długo potrwa zanim ich podłączą, pięc lat temu byli bez prądu przez tydzień. Dobrze, że mają zapas drewna.
-Peter zapomniał spuścić wodę w rurach w chatce. Wszystko porozrywało, czeka nas na wiosnę remont. Dobrze, że Frank tam pojechał, bo inaczej by wszystko kompletnie zalało.

Federalna agencja meteorologiczna
podaje w swoich prognozach pogody dwie temperatury (przy czym można wybrać Celsjusze albo Fahrenheity, jak kto woli) – rzeczywistą i odczuwalną. Ta druga obliczana jest jakąś skomplikowaną formułą, która bierze pod uwagę kierunek i szybkość wiatru oraz wilgotność powietrza. A to dlatego, że w wielu miejscach w Kanadzie szaleją zimą przeszywające wszystko swoim zimnem wiatry. Nawet jeśli jest tylko minus 10’C to odczuwalna może być na przykład -18, bo wiatr wdziera się pod ubranie i wydmuchuje ochronną poduszkę powietrzną. Ktoś kto nie ma na sobie odpowiednich (czytaj zaprojektowanych z myślą o kanadyjskiej zimie) ubrań po wyjściu na wiatr gwałtownie się wyziębi i może się nabawić odmrożeń. Każdy kto tu mieszka bardzo szybko zaczyna zwracać uwagę na tę drugą częśc temperaturowej przepowiedni.

Zima pochłania sporo pieniędzy z miejskich i gminnych budżetów. Każda szanująca się miejscowość musi mieć do dyspozycji armię pługów do dróg, solarek i małych pługów do chodników. Ten ciężki sprzęt musi być w ciągłej gotowości bojowej od mniej więcej połowy jesieni. Widok owego sprzętu w akcji, zwłaszcza na federalnych autostradach, jest zjawiskiem dosyć niecodziennym. Pługi są ogromne i jeżdzą po autostradzie całym stadem. Ale nawet te mniejsze modele, używane na drogach miasta, też są imponujące. W Toronto zimowa flota to 600 pługów drogowych, 300 pługów do czyszczenia chodników i 200 ciężarówek-solarek. Podobno przynajmniej tyle potrzeba ich po to, żeby można odśnieżyć wszystkie miejskie drogi i ulice w ciągu 24 godzin od burzy śnieżnej. I rzeczywiście, w zasadzie najczęściej się udaje, choć oczywiście zdarza się i tak, że śnieg sypie nieustannie przez kilka dni i nocy, wtedy wszystko trwa dłużej. Nasza droga jest mała, więc zazwyczaj odśnieżają ją o drugiej albo trzeciej nad ranem.

snowplough
(źródło: The City of Toronto)

Kiedy pługi i solarki zrobią swoje zaczyna się czas próby dla pieszych, czyli zwały śniegu wzdłuż dróg, przez które trudno przebrnąć. Owszem, pługi do chodników to odgarną, ale zanim to nastąpi chodzenie, a zwłaszcza przechodzenie przez skrzyżowania zamienia się czasowo w sport ekstremalny. Jeśli przypadkiem jedzie się gdzieś z wózkiem to można wpaść w rozpacz i histerię, bo koła grzęzną i nie da się ruszyć w żadną stronę. Nieco łatwiej jest sobie poradzić kiedy wózek ma duże koła na grubych oponach, jak nasz ulubiony Bob Revolution, ale niestety przy dwójce dzieci to rozwiązanie odpada.

Już nasi praprzodkowie wiedzieli, że jeśli jakiegoś zjawiska w przyrodzie nie da się poskromić, to należy go przynajmniej oswoić. Tak więc zimą ludzie zaczynają się bawić. Kiedy tylko chwyta mróz w całej Kanadzie, włączając nawet najmniejsze miasteczka, otwierają się lodowiska na świeżym powietrzu gdzie każdy kto chce może sobie szusować na łyżwach. W Toronto jest ich piętnaście, moim zdaniem za mało, przez co bywają zatłoczone. Kanadyjczycy uczą swoje pociechy jazdy na łyżwach kiedy tylko dzieci potrafią same chodzić a w sklepach można kupić bardzo tanio specjalne łyżwy z podwójną płozą dla dzieci.

Poza łyżwami, do popularnych sposobów oswajania zimy w Toronto i okolicach należą jazda na biegówkach, chodzenie w butach śniegowych i sanki. Oczywiście da się też jeździć na nartach i deskach ze stoków, ale Ontario jest krainą jezior nie gór, więc żeby zaznać większych wrażeń trzeba jechać do Quebecu, Gór Skalistych albo Gór Adirondacks. W samym Ontario stoki też są, ale mniejsze.

Niektórzy, jak wspomniani wcześniej emeryci, zamiast oswajać zimę po prostu jadą na południe. Śmiertelnikom, którzy nie mogą sobie pozwolić na dłuższy urlop pozostają krótkie wypady: Kuba, Dominikana i Floryda są zawsze w czołówce popularnych miejsc na ekspresowe wakacje. Dla większości zresztą samo miejsce ma znaczenie drugorzędne, chodzi o to, żeby wygrzać kości i choć trochę odpocząć od mrozu, wiatru i śniegu wokół.

Nieliczni szczęśliwcy w Toronto mają w domach prawdziwe kominki. Nieliczni, bo choć ten wynalazek ludzkości był tu kiedyś bardzo popularny, większość kominków z powodu wymogów firm ubezpieczeniowych przerobiono na gaz albo całkiem zamurowano. Ci którzy kominek mają oswajają zimę po staremu, czyli: kominek, koło niego fotel, kieliszek czegoś rozgrzewającego w ręku, pies pod nogami i dobra książka na kolanie. Tylko tyle i aż tyle. My niestety kominka w naszym domu nie mamy, ale pomarzyć zawsze można, zwłaszcza, że prawdziwy kominek jest na wysokiej pozycji na liście atutów jakie potencjalny następny dom powiniem spełniać.

Brak kominka można sobie rekompensować na inne sposoby. Zawsze pozostaje wygodna kanapa, kieliszek czegoś rozgrzewającego, pies pod nogami i książka w ręku. Kiedy dzieci śpią takie chwile to istny błogostan. Poza tym zimą nasza weranda zamienia się w prawdziwą staroświecką spiżarkę. Przed świętami pachnie tam prawie jak w szpajsce (spiżarni) u mojej babci i dziadka. Już wczoraj miałem nastawić ciasto na piernik bożonarodzeniowy, nie zdążyłem, chyba nastawię dzisiaj. Surowe ciasto stoi sobie na werandzie w kamiennej misce aż do świąt, nie krócej niż dwa tygodnie, i powoli dojrzewa. Taki piernik, przekładany prawdziwymi śliwkowymi powidłami rozpływa się w ustach… Poza tym przymierzamy się z moim tatą do zrobienia wędzarnika i wędzenia szynki, żeberek i boczku. Tato, a wcześniej dziadek, robili to co roku przed świętami, więc teraz mamy zamiar kontynować tę pożyteczną i smaczną tradycję. Na strychu w naszym domu znaleźliśmy kilkadziesiąt cegieł ze starego komina, które idealnie nadadzą się na bazę wędzarnika. Resztę zbudujemy z drewna. Zdjęcia wstawię:)

Takie drobne radości sprawiają, że torontońska zima zamienia się w całkiem przyjemną i oczekiwaną porę roku, przynajmniej dla mnie.

———-
A na koniec żart o tytułowych Starkach dla wtajemniczonych;)
game of thrones

19 listopada

Rano za oknem -7 stopni Celsjusza -15 odczuwalna, przez to, że wieje silny wiatr. Sąsiadujące z nami przez jezioro Buffalo zasypała chmura śniegu, spadło półtora metra. W ostatnim momencie zdążyli nam posadzić nasze nowe drzewo. Brrr, za wcześnie na zimę… Nawet opon jeszcze nie wymieniłem na zimowe. Sypie, sypie i sypie…

Zaczynam mieć awersję do czytania wiadomości. Same ponure sprawy z każdego miejsca na ziemi. Putin szaleje i najwyraźniej ma kompleksy mocarstwowe połączone z post-sowiecką nostalgią. Niepokojące jest to, że swoje sny o potędze wciela w życie metodami z początku dwudziestego stulecia. Czekam dnia kiedy Rosja przestanie się kojarzyć z wojną, korupcją, państwem mafijnym i gułagiem, ale chyba się nie doczekam, bo najwyraźniej rządy mocnej ręki są tam popularne a jedyny, poza surowcami, towar eksportowy to technologia wojskowa i pochodne.

Chyba nigdy po 1989 nie czułem zagrożenia wojną na skalę europejska i światową w takim stopniu jak teraz. Muszę przyznać, że po raz pierwszy w życiu martwię się serio, że ktoś gdzieś popełni błąd i rozpęta się piekło. Zdaję sobie sprawę, że Putin wymachuje szablą, żeby straszyć, podreperować zranioną rosyjska duszę i “zdobyć respekt”, ale takie wymachiwanie może przynieść nieprzewidziane konsekwencje. W 1914 roku też wszystko wskazywało na to, że machanie szablą rozejdzie się po kościach. Jak było wiemy…
Najgorsze jest to, że rosyjski prezydent najwyraźniej lubuje się w mocnych gestach. Przeloty rosyjskich myśliwców i bombowców nad okrętami NATO? Dla Putina normalna sprawa. Wysłanie małej floty do granic wód terytorialnych Australii? “Badania naukowe”. Zmiana powojennych granic państwowych przy pomocy czołgów? “Korygowanie historycznych błędów”? Aneksja i sponsorowanie elementów radykalnych? Ciekaw jestem jak Władimir Władimirowicz by zareagował gdyby chińskie wojsko postanowiło skorygować “historyczną pomyłkę” i odebrać Mandżurię, albo gdyby Japończycy zechcieli odzyskać Wyspy Kurylskie, które historycznie do nich przecież należały.

Na marginesie, nie przypominam sobie, żebym tyle razy słyszał frazę “broń atomowa” w ciągu całego życia co przez kilka ostatnich miesięcy. Władimir zdaje się upajać myślą, że wielki czerwony guzik jest na każde jego wezwanie. Swoją drogą, czy słyszeliście o “wspaniałym” wynalazku Związku Radzieckiego jakim jest “Martwa Ręka”, znana też jako Perymetr? Co za wspaniały triumf rosyjskiego humanizmu i pomysł na “świetlaną przyszłość” (sarkazm i dwuznaczność jak najbardziej zamierzone). Mam nadzieję, że na Kremlu są jakieś w miarę trzeźwe głowy, które zadbają, żeby Władimir Władimirowicz nie przeszedł od snów o nuklearnej potędze do czynów… Pozostaje wierzyć, że Sting miał rację kiedy śpiewał w latach osiemdziesiątych, że ma nadzieję, że Rosjanie też kochają swoje dzieci:



Na Bliskim Wschodzie otwarty sezon polowań na mniejszości religijne i etniczne, w Afryce szaleje ebola a przed Europą widmo kolejnego kryzysu gospodarczego. Pięknie… Do tego medialny freak show (ktoś mi może podpowiedzieć jak to wyrazić po polsku? Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy…). Pan, popularny kanadyjski dziennikarz radiowo-telewizyjny lubuje się w katowaniu pań po godzinach. Jego zdaniem za ich zgodą, ich zdaniem nie. Okazuje się, że o nietypowych upodobaniach pana “środowisko” brzęczało całym rojem od lat, ale wszystko zmiatano pod dywan, bo i pan i program niezwykle popularne. Teraz parawan runął i spod spodu wyszła mocno zgniła konstrukcja. Wszystko odbija się czkawką w całym kraju i poza granicami. W federalnej Izbie Gmin dwóch posłów wylano z partii i klubu, bo panie posłanki z innej partii oskarżyły ich o przemoc seksualną. Sprawa w toku.

Trudno nadążyć. Jedna wiadomość przebija drugą. Ulubiony komik lat młodości, Bill Cosby, też zostaje oskarżony o przemoc seksulaną i gwałty. Na oczach świata jego reputacja legła w gruzach, choć do tej pory oskarżenia mają charakter poszlakowy. Niestety łatwiej uwierzyć w niewinność kiedy oskarża jedna osoba a nie kiedy jest ich ponad tuzin, do tego nie są ze sobą w żaden sposób związane… Na tym tle kontrowersje wokół Polańskiego i Allena wyglądają niemalże trywialnie.

O innych wiadomościach, tych z Syrii i Iraku, wolałbym nawet nie wspominać, bo szkoda słów, ale martwi mnie naiwność niektórych komentujących. Kiedy słyszę, że to co wyrabiają bestie z ISIS to nie islam mam ochotę walić pięścią w stół. Niektórzy zdaje się mają problem z przyznaniem, że każda religia może być destrukcyjna, bo prawie wszystkie mają w sobie te najlepsze i te najgorsze ludzkie zachowania. Dopóki nie nazwie się rzeczy po imieniu trudno wygrać z patologią. Tak, większość muzułmanów to spokojni, przyajźni ludzie, ale jak wszędzie są wśród nich wariaci, którzy w imię odczytanych dosłownie religijnych nakazów zamienią się w bestie. Udawanie, że tak nie jest niczego nie zmieni a wręcz przeciwnie, nastawi społeczeństwo przeciw umiarkowanym wyznawcom. Z drugiej strony to co wyprawiają ludzie (?) z ISIS jest barbarzyńskie w stopniu monstrualnym. Nie przypominam sobie zbyt wielu historycznych epizodów gdzie jedni niszczyli by drugich w tak bezsensowny, zwierzęcy i niedający się w żaden sposób usprawiedliwić sposób.

Na tym tle wiadomości z polski o powyborczych przepychankach wyglądaja prawie jak fragment z Haszka albo Hrabala…

Warto przeczytać – Stuhr & Stuhr

M. podesłała mi do przeczytania bardzo ciekawy wywiad ze Stuhrem seniorem. Cenię pana Jerzego bardzo jako aktora, reżysera i człowieka. Uważam, że jest jednym z niewielu ludzi w polskiej kulturze, którzy mają odwagę rozmawiać o nadwiślańskich tabu z perspektywy bardzo osobistej i zaangażowanej. Doceniam też to, że panu Jerzemu się chce. W końcu mógłby się zaszyć w swoim domu na wsi i prowadzić żywot człowieka poćciwego jak Rej, nie wyściubiając nosa. Jest ceniony, zasłużony, spełniony. Mimo to się nie poddaje i głośno mówi co go w jego krakowskiej piersi gniecie, choć zdaje sobie sprawę, że jego poglądy narażą go na atak brunatnej gawiedzi i “obrońców” jedynie słusznych poglądów na wszystko. Czapki z głów panie Jerzy, czapki z głów.
Wywiad można przeczytać tutaj.

Dla równowagi drugi wywiad, który też jest ciekawy, bo pokazuje jak na sprawę patrzy Stuhr junior. Do Maćka czuję sympatię odkąd widzieliśmy go wieku temu na żywo w Krakowie na występach kabaretu Pożarcie. Duży talent komiczno-kabaretowy i aktorski też, choć oczywiście nie ma człowiek łatwo. Pakowanie się w ten sam zawód, w którym ojciec jest jednym z tytanów to misja pozornie samobójcza. Ale udało mu się znaleźć swój głos, choć na pewno “pomocni” podkładali kłody tu i ówdzie. Drugi wywiad możecie przeczytać tutaj.

Co do brunatnej gawiedzi i “obrońców” wystarczy spojrzeć na komentarze pod wywiadami w “Gazecie”. Ręce już dawno mi przestały opadać, więc po prostu milczę, na zarazę umysłową nie ma leków.

Jakiś czas temu czytałem (nie skończyłem z braku czasu) dwie książki Jerzego Stuhra, które również polecam. Pierwsza to “Tak sobie myślę” czyli dziennik czasu choroby i intymne zapiski zmagającego się z nowotworem aktora połączone z inteligentną i trzeźwą analizą polskiej rzeczywistości i społeczeństwa. Piorunujące są niektóre fragmenty.
stuhr1

Druga książka jest gawędą o korzeniach, czyli czymś co tygrysy lubią najbardziej. Można się z niej sporo dowiedzieć, ale napisana jest z dużą wrażliwością na zachowanie prywatności i dobrego smaku.

okladka.indd

****
Dla rozluźnienia atmosfery Maciek z czasów szczenięcych w moich ulubionych skeczach, czyli parodia Soyki i rozmowa telefoniczna (Maciek ma dar do wychwytywania polskich akcentów i manieryzmów…)



Dla M.

Dzisiaj nieco bardziej osobiście niż zwykle, bo i okazja niezwykła… Dwadzieścia lat temu postanowiliśmy z M. być razem. Dwadzieścia lat to sporo. Na tyle, żeby się naprawdę dobrze poznać i na tyle długo, żeby przeżyć razem młodość, radości, smutki, burze i sztormy. Kraków, Ankara, Śląsk, Toronto… Pierwsza zima za granicą w 1999 roku w Turcji i wyjazd na stałe rok później. Zjeździliśmy kawał świata, wypili morze herbaty i piwa. Były niekończące się nocne rozmowy i wakacyjne ścieżki w nieznane. Dojrzewaliśmy, zmienialiśmy się, zamartwiali i cieszyli razem. Najpierw telefony, krakowskie kawiarnie i kradzione chwile razem u mnie albo u M. a potem wreszcie klucze do naszego pierwszego wynajętego mieszkania w krakowskim Podgórzu… Pokazałem M. czeską Pragę a ona mnie w zamian zawiozła do Tarnowa, gdzie w jakimś sklepie z muzyką wygrzebaliśmy za psie pieniądze płytę nie do dostania, Chico Hamilton Quintet. Pracowaliśmy razem w “Sylabie”, studiowali na UJ i żyli jak na studentów przystało – biednie ale ciekawie. Jeździliśmy na Śląsk, na Słowację na narty i w góry. Przez pewien czas Kraków był domem.


Mamy z M. wiele współnych pasji, zainteresowań i dziwactw, wśród nich muzyka i kino zawsze odgrywały bardzo ważną role. Oczywiście mamy fazy i upodobania zmieniają nam się z czasem, ale są takie filmy i piosenki do których albo wracamy od lat, albo które miały na nas duży wpływ. Tych filmów i myzyki jest bardzo dużo, ale na dzisiaj wybrałem dwadzieścia(M. zaprotestowałą, że zapomniałem o ważnej muzyce więc jest czterdzieści wybranych wspólnie) najważniejszych, moim zdaniem. Myślę, że nie będzie niedyskrecją gdy podzielę się tą kolekcją z Wami. A nuż Wam też coś się z tego spodoba.

Tak więc z dedykacją i podziękowaniem dla M. za te wszystkie lata i nadzieją na następne.






PS. Kilka spraw z naszego życia, które lubimy a których wyjawienie też niedyskrecją nie będzie… Kolejność przypadkowa:
scrabble
herbata i kawa
puby i kawiarnie
Kraków i Kazimierz
włóczęgi samochodem po miejscach, których nie ma w przewodnikach
Stambuł
oglądanie nocnego nieba na wakacjach
książki
antyczne meble i niezwykłe lampy, na które nas zwykle nie stać:)
rozmowy z przyjaciółmi
fotografie stare i nowe
psy
dobre jedzenie z różnych stron świata
wakacje
… wystarczy;)

Wiktor Hagen – “Granatowa krew”

granatowa krew

Wreszcie naprawdę dobry polski kryminał współczesny: świetne wyczucie językowe autora, interesująca intryga kryminalna, bardzo ciekawy główny bohater i doskonale pokazana warszawska rzeczywistość początku dwudziestego pierwszego wieku…

Główny bohater, komisarz Robert Nemhauser, podoba mi się do tego stopnia, że od razu zaliczyłem go do grona moich ulubionych detektywów (grono jest małe: Richard Jury, Philip Marlowe, Kurt Wallander i Eberhard Mock). Większość panów na mojej liście to cierpiący na depresje samotnicy obdarzeni nieprzeciętnym intelektem. Nemhauser kojarzy się raczej z młodym doktorantem niż z detektywem od spraw kryminalnych. Ma rodzinę (synowie-bliźniaki i kochająca żona), uwielbia gotować, zwłaszcza potrawy azjatyckie, sporo czyta. Koledzy po fachu to typowe gliny-twardziele, więc Nemhauser zupełnie do nich nie pasuje.

Lubię kryminały literackie, czyli takie, w których wątki kryminalne są tylko jednym z elementów całości a nie celem samym w sobie jak w klasycznych kryminałach typu Agatha Christie. W tym wypadku się nie zawiodłem – Hagen pokazuje życie we współczesnej Warszawie z perspektywy urzędnika państowego na kiepsko płatnym etacie. Sporo jest odniesień do kultury popularnej, polityki i problemów społecznych a także krytyki korupcji, hipokryzji, nadętego “patriotycznego” patosu i powiązań różnych grup rodem z PRLu ze światem władzy i pieniędzy. Tytułowi bohaterowie, “granatowa krew”, to ludzie na szczycie, współcześni nietykalni.

Wiktor Hagen to literacki pseudonim Leszka K. Talko, archeologa z wykształcenia, a profesjonalnie dziennikarza “Wyborczej” i autora popularnych felietonów o wychowaniu dzieci. Po języku widać, że Hagen ma doskonały warsztat. Wszyscy bohaterowie – od żuli po polityków mówią swoimi odmianami potocznej polszczyzny. Sporo w tym dobrej zabawy dla kogoś, kto na takie drobiazgi lubi zwracać uwagę. Dla mnie tym ciekawsze, że z potoczną polszczyzną mam kontakt bardzo znikomy.

Powinienem dodać, że “Granatowa krew” choć porusza dosyć poważne problemy ma dosyć pozytywny wydźwięk. Hagen/Talko uśmiecha się co jakiś czas do czytelnika i daje znak, że jest nieźle, choć zawsze mogłoby byc lepiej. Bardzo mi się takie podejście spodobało i chyba było mi potrzebne po świetnych, ale niezmiernie dołujących kryminałach skandynawskich. Poza tym jak dla mnie książka była za krótka. Ledwo się rozpędziłem a tu bach, koniec.

Szczerze polecam. Już się cieszę na dwie dalsze części, mam nadzieję, że równie dobre.

dzien zwyciestwa

dlugi weekend