Jesień idzie


Jesień spotkaliśmy już na wakacjach. Niby wszystko bujne i zielone, ale w powietrzu unosił się ten charakterystyczny zapach – mieszanka mgły, pożółkłych liści, kwitnących ziół i suchego siana. No i światło. Światło jesienne, które nadaje wszystkim kolorom, a zwłaszcza brązom i czerwieniom, blasku.

Jakoś tak niedługo po powrocie z wakacji poszliśmy z psem do parku i zauważyliśmy zbierające się do odlotu ptaki. Przypomniało mi się, że w Polsce bociany odlatuja po 15 sierpnia i że kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami na Śląsku ostatnie dwa tygodnie wakacji z jakiegoś powodu zawsze wydawały mi się krótsze niż cała reszta. Wiedziałem, że czas szykować zeszyty do szkoły, że kończą się beztroskie, długie godziny czytania książek, łażenia po drzewach i myszkowania po lesie koło domu dziadków. Za to zbliżały się nieubłaganie urodziny. Najpierw moje a dzień później mojej babci.

Po latach, kiedy koniec sierpnia nie kojarzył już mi się z początkiem szkoły nadal moje urodziny wyznaczały początek jesieni i początek kolejnego roku. I przemijanie. Odeszły babcie, dziadkowie i inni. Każdy kolejny sierpień coraz boleśniej uświadamiał mi, że znowu o jedna kreska więcej na mojej miarce. Jednak to nie tylko przemijanie. To także coraz większa świadomość samego siebie, swoich bliskich i miejsca w świecie, jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało. I możliwość spojrzenia za siebie, na siebie i dokonania rocznego bilansu. Jakoś tak się utarło, że liczymy z M. lata od jesieni do jesieni. Może to dlatego, że poznaliśmy się jesienią i taki rytm dawno temu narzuciły nam studia w Krakowie. Później kolejne ważne i znaczące wydarzenia w naszym życiu też miały miejsce pod koniec lata albo jesienią, więc tak już zostało. Jesienią zaczynaliśmy naszą przygodę w Ankarze, do Toronto również przylecieliśmy na sam koniec lata. Nawet dom kupiliśmy jesienia. Tak więc nowa jesień to dla nas początek nowego roku. I nowe wyzwania.

Od dwóch tygodni gości u nas mój Tato. Bardzo się cieszę, bo po pierwsze nie widzieliśmy się od prawie trzech lat i mamy sporo czasu, żeby w końcu nadrobić zaległości. Poza tym w końcu udało nam się z Tatą zabrać za remont naszego starego domu. Póki co wymieniliśmy drzwi wejściowe, i przymierzamy się do kilku większych projektów. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest dla mnie zderzenie kanadyjskich i śląskich tradycji remontowo budowlanych, ale może o tym w innym wpisie.

Nie wiem jak ludzie obchodzą swoje rocznice ślubu, ale nam w tym roku udało się wyjątkowo nietypowo. Otóż zabudowaliśmy z tatą nowe-stare drzwi wejściowe i zrobiliśmy nowe futryny z cedru, właśnie w naszą rocznicę ślubu. No cóż, kiedyś mężczyźni budowali domy i sadzili drzewa, w naszych czasach chyba wystarczy pielęgnować stareńką wierzbę za naszym domem (wierzby bywają złośliwe, o czym przekonał się na własnej skórze Frodo Baggins i kompania…) i remontować dom, który ponad sto lat temu kto inny zbudował.



Właśnie zaczyna się nasz kolejny rok w Toronto, już ósmy. I jedenasty od wyjazdu z Polski.

Reszta refleksji innym razem. Czas spać, rano muszę wstać do pracy. A w Toronto nadal upały. Mamy najgorętsze lato od kilku dekad. I choć nie widać końca, choć jesien zadba o to, żeby wszystko wróciło do normy:) Życzę wszystkim udanego tygodnia.



Lektury na lato – Sherlock Holmes


Kilka tygodni temu dostałem od mamy bardzo fajne wydanie wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku Holmesie. Jak pisałem jakiś czas temu, ostatnio mnie wzięło na czytanie klasyków. Conan Doyle’a nigdy wcześniej po angielsku nie czytałem a i polską wersję ostatni raz miałem w ręku kiedy byłem w liceum. Muszę przyznać, że jestem bardzo mile rozczarowany lekturą. Miałem niejakie obawy, że Sherlock będzie trącił myszką, tymczasem wersja oryginalna to językowy majstersztyk. Zabawne, pełne polotu i bardzo wciągające. A do tego wersja, którą dostałem od mamy to reprinty oryginalnych wydań, które ukazywały się w wiktoriańskim czasopiśmie The Strand Magazine. Wszystko okraszone doskonałymi, oryginalnymi ilustracjami z epoki, autorstwa Sidneya Pageta. O, takimi:





Polecam. Przednia zabawa. Poza tym dostaliśmy w podarku od G. z Nowego Jorku, która była nas ostatnio odwiedzić najnowszą powieść Marthy Grimes o przygodach Richarda Jury’ego. Jej książki polecam również.



And there… ciąg dalszy


Dzisiaj o wakacjach impresjonistycznie
***


Lasy i góry Adirondacks wyglądają bardzo dziko i pusto. Przejechaliśmy przez sporo wiosek i przysiółków gdzie poza trzema domami na krzyż i kościołem albo strażą pożarną nie ma właściwie nic. Ani sklepów ani niczego. Za to jest sporo ładnych domów, ale także sporo domów rodem z westernów, czyli rozpadające się chatki wtopione w dziki krajobraz. Częśc z nich to były kiedyś bardzo ładne budowle i widać gołym okiem, że lata świetności, kiedy w Adirondacks ludzie robili niezłe pieniądze w czasie i po rewolucji przemysłowej, góry mają już za sobą.

Skoro już piszę o pieniądzach i gospodarce to wypada wspomnieć, że gołym okiem widać to, że kryzys się w Stanach nie skończył. Osoby z którymi rozmawiałem zgodnym chórem twierdziły, że w Kanadzie mamy o wiele lepiej a u nich nastroje pod psem. Odniosłem też wrażenie, poparte obserwacją różnych dziwnych naklejek na samochodach itp., że ludzie są bardzo, ale to bardzo zawiedzeni i rozczarowani prezydenturą Obamy. Nie dziwi mnie to jako tako, bo nawet bezkrytyczne wobec Obamy liberalne media kanadyjskie ostatnio jakby zmieniły ton, ale nie spodziewałem się, że mieszkańcy stanu, który jest przecież raczej dosyć liberalny, będą mieli aż tak negatywne podejście. Nie chcę się bawić w proroka, bo wiele może się w świecie zmienić, ale póki co jestem przekonany, że Obama to prezydent jednej kadencji. Niestety nie oznacza to wcale, że jego następca/-czyni będzie sensowniejszy/-a. Pożyjemy zobaczymy. Wracam jednak do sytuacji w Adirondacks. Pytałem pewnego sympatycznego pana na szczycie Mount Arab czy w okolicy jest jeszcze jakiś przemysł. Powiedział mi, że właściwie poza jedną papiernią (paper mill) i filiami kilku uczelni, miejscowi nie za bardzo mają wybór. Wszystko inne dawno pozamykano. Nie mają więc mieszkańcy Adirondacks zbyt wielu powodów do optymizmu.

Kryzys najlepiej widać po tym, że mijaliśmy bardzo dużo domów na sprzedaż a na wielu z nich były dopiski “nowa, niższa cena” albo “wystawione jeszcze raz”. Z ciekawości oglądaliśmy ceny chatek nad wodą. Niedaleko Cranberry Lake, w Starlake, widzieliśmy ogłoszenie o sprzedaży kompletnie wyposażonej i urządzonej chatki na dużej działce za sto tysięcy dolarów. Taka sama chatka w Ontario kosztuje mniej więcej sześćset tysięcy i to na o wiele mniejszej działce.

Poza rynkiem nieruchomości kryzys widać też w innych miejscach. Weszliśmy do kilku sklepów i zauważyłem, że na antykach sporo jest dopisków “zobacz, nowa niższa cena!”. W jednym sklepie z antykami pani wręcz na wejściu mi powiedziała, że jeśli mnie interesują jakieś narzędzia to znajdę w rogu, ale ceny są tylko orientacyjne i mam pytać to mi sprzeda taniej. Niestey nie miała czegoś na co bym polował. W wielu miejscach widać też wyraźnie, że miejscowi starają się przyciągnąć kanadyjskich turystów. Poza kanadyjskimi flagami widziałem sporo dopisków w stylu “dolar kanadyjski jeden do jeden w stosunku do naszego”, “można płacić dolarami kanadyjskimi” i tak dalej. Jak widać nasz trzymający się mocno loonie stał się towarem pożądanym. W Lake Placid nawet w parkomacie można było płacić loonie, co mnie zdziwiło i ucieszyło, bo oczywiście dolary amerykańskie używają o wiele mniej monet, więc zapłacenie $2 za parking kiedy ma się tylko dziesięciocentówki to pewien problem. Wrzuciłem więc dwudolarówkę kanadyjską i miałem problem z głowy.

Lake Placid to dziwne miejsce. Bylismy tam przejazdem kilka razy i za każdym się dziwiłem. Główna ulica mnie osobiście kojarzy się z Krupówkami w Zakopanem, choć zaraz zastrzegam, że ostatni raz w Zakopanem byłem coś z piętnaście lat temu, więc może się zmieniło. Wszędzie dzikie tłumy, bardzo drogie knajpy, mnóstwo sklepów z wyższej półki i oczywiście wszechobecne gadżety olimpijskie. Lake Placid miało szczęście być gospodarzem zimowych igrzysk aż dwa razy (1932, 1980) i miasto najwyraźniej w olimpijskiej tradycji odnalazło swoją tożsamość. Paradoksalnie mieli tam też outlet Gapa, w którym nabyłem sobie dwie pary doskonałych bawełnianych gaci khaki na nasze wędrówki za kosmicznie niską cenę $17 od pary:)

Przed wyjazdem postanowiłem zrobić M. niespodziankę i zamówiłem nam wyprawę koleją i canoe. Polegało to na tym, że rano pojechaliśmy do Lake Placid, gdzie na stacji kolejowej zostawiliśmy samochód. Stacja kolejowa w Lake Placid to jednocześnie muzeum, w którym zrekonstruowano wnętrze w latach świetności. Jest więc sklep i poczta a także bardzo klasyczne kolejowe toalety. We wnętrzu sklepu było całe mnóstwo pudeł, sprzętów i opakowań z dawnych lat, jak te na przykład:



Z Lake Placid starym pociągiem z otwartym wagonem pojechaliśmy do Saranac Lake….



Po drodze mieliśmy wspaniałe widoki i dużo frajdy…



W Saranac Lake poszliśmy do wypożyczalni canoe i kajaków, gdzie już czekało na nas canoe. Dostaliśmy mapę, wyposażenie i krzyżyk na drogę. Mieliśmy spłynąć rzeką w dół a trasa miała trwać dwie godziny. Wszystko okazało się bardzo przyjemne, spłynęliśmy rzeką zatrzymując się tu i ówdzie. M. robiła dużo zdjęć na wodzie.



Trasa trwała niecałe dwie godziny, więc popłyneliśmy kawałek dalej i potem wróciliśmy do umówionego miejsca końcowego. Stamtąd odebrała nas jeepem dziewczyna z wypożyczalni. Zapakowaliśmy canoe na dach i pojechali z powrotem do Saranac Lake, skąd pociągiem wróciliśmy do Lake Placid. W drodze powrotnej na pociąg napadł bandyta i musiał go do spółki złapać szeryf z konduktorem, co najbardziej się oczywiście podobało dzieciom:)
***
Może na dzisiaj wystarczy, c.d.n…



Misty Mountains, czyli There and Back Again




Od naszego powrotu do skąpanego w wilgotnym żarze Toronto minęło już kilka dni, a więc czas coś skrobnąć o wakacjach, po potem zatrze się w pamięci. Tym razem pojechaliśmy po raz drugi na to samo miejsce, czyli do gór Adirondacks u naszych południowych sąsiadów.
***
Jakoś nam ostatnio średnio wychodzi wakacyjne pakowanie. Niby mamy wprawę, prawie wszystkie graty leżały od dawna na środku pokoju i na werandzie a mimo to coś wolno nam szło. Może to dlatego, że nie lubimy się zbyt jawnie pakować kiedy w domu mamy psa. On od razu wie, że coś się święci i niepotrzebnie się stresuje. No więc za pakowanie zabraliśmy tak na porządnie dopiero po tym jak odwiozłem futrzaka na psią farmę na zachód od Toronto. Nie pamiętam czy już wspominałem, że psia farma to doskonała instytucja, bo wszystkie psy spędzają czas stadnie i bardzo aktywnie, zamiast siedzieć w jakichś klitkach i się stresować. Niestety to zwykle również najdroższa częśc naszego wakacyjnego budżetu, bo psi kwaterunek kosztuje więcej niż nasze noclegi. No ale trudno, coś z kudłaczem trzeba zrobić a kiedy chce się mieć trochę odpoczynku od siebie nawzajem to niestety trzeba za to zapłacić.

Po odwiezieniu psa popędziłem do pracy a potem zabraliśmy się za pakowanie, żeby w piątek wcześnie rano wyjechać, bo mieliśmy zaplanowane miłe kampingowanie z Anetą i jej mężem. Udało nam się większość gratów spakować i poszliśmy spać jakoś przed drugą. Tym razem mieliśmy trochę łatwiejsze zadanie, bo przez to, że do Stanów nie wolno wozić jedzenia, nawet z Kanady, nie braliśmy z sobą żadnego prowiantu.

Oczywiście, przez to, że poszliśmy tak późno spać nie udało nam się wyjechać bladym świtem jak sobie zaplanowaliśmy, tylko pojechaliśmy z domu coś koło dziesiątej rano. Mieliśmy pecha, bo okazało się, że ruch na autostradzie 401 z Toronto w stronę Montrealu jest bardzo duży i do tego były jakieś korki i remonty. Przez to wszystko jechaliśmy bardzo długo i do mostu granicznego w Thousand Islands dojechaliśmy dosyć późno, o wiele później niż zaplanowaliśmy. Ponieważ w Stanach byliśmy ostatnio ponad rok temu musieliśmy oczywiście przechodzić przez całą orwellowską odprawę graniczną, z pozowaniem do zdjęcia i oddawaniem odcisków palców włącznie. Pogranicznicy amerykańscy byli dla nas bardzo mili, ale i tak trwało to wszystko prawie godzinę. Oczywiście na każdym przejściu granicznym mają swoje zasady. Na tym okazało się, że nie wolno wstępować do łazienki zanim się człowiek nie odprawi a później należy się zapytać oficera o zgodę. Coś mi to przypomina i nie są to pozytywne wspomnienia, no ale co robić. Trzeba być grzecznym, bo oczywiście wjazd do stanów to przywilej a nie prawo (o ile nie jest się obywatelem tego kraju), więc jakieś sceny z naszej strony zakończyłyby się jedynie odesłaniem z powrotem do Kanady, o czym informują zresztą na wejściu stosowne napisy dużą, grubą czcionką.

Na granicy pewna pani zrobiła zamieszanie, bo okazało się, że wcześniej odesłano ją z powrotem do Kanady po czym ona niezrażona wróciła z powrotem na amerykańską stronę i usiłowała przekonać oficerów, że muszą ją wpuśćić. Jedyny kłopot polegał na tym, że nie tylko nie była obywatelką ani Kanady, ani USA, ale do tego nie miała z sobą żadnego paszportu. Pani nie dała się przekonać, że musi mieć dokumenty i wizę. Pomogło dopiero kiedy oficer powiedział jej, że nie ma więcej cierpliwości i jeśli pani jeszcze raz wróci bez dokumentów to wsadzą ją do aresztu.

Po drugiej stronie niedaleko granicy jest Watertown. Wstąpiliśmy więc tam na zakupy. Martwiliśmy się dosyć, że Aneta i Robert będą na nas czekać i staraliśmy się jak najszybciej ze wszystkim uwinąć, ale niestety wizyta w amerykańskim spożywczym to dla nas jak wyprawa na inną planetę, bo większość produktów ma inne opakowania a do tego są też inne marki. A z tego większa częśc jest albo koszmarnie słodka, albo przetworzona. Ale udało nam się wybrać to i owo i okazało się to być bardzo smaczne. Tyle, że trzeba czytać każdą metkę, bo inaczej się kończy tak jak z “masłem” jabłkowym (rodzaj dżemu). W Kanadzie kupujemy i bardzo lubimy a w składzie są tylko zagęszczone jabłka, trochę sody i nic więcej. Nie ma cukru ani żadnych dosładzaczy (po co dosładzać jabłka?). Niestety amerykańska wersja okazała się kompletnym niewypałem. Nie przeczytałem naklejki i potem się okazało, że to coś w słoiku smakuje jak zagęszczony sok z jabłek z cukrem i cynamonem. Obrzydliwe.

Potem kupiliśmy piwo. Jak zwykle dosyć mnie rozbawiło to, że muszę pokazywać prawo jazdy. I jak zwykle pani widząc prawo jazdy z Ontario nie za bardzo wiedziała gdzie szukać daty urodzenia. Ale z drugiej strony come on, ileż można szukać takiego szczegółu na dokumencie, na którym są bodaj dwie inne daty poza tym? W każdym razie trwało to trochę. Na sugestię, że nie trzeba sześciopaka z piwem wkładać do torby plastikowej pani na mnie spojrzała jakbym był z marsa i powiedziała, że takie prawo (you know, open container policy…) Wcześniej jeszcze pani też na mnie dziwnie spojrzała kiedy powiedziałem, że proszę trzy torby plastikowe. W naszym kochającym podatki mieście o torby trzeba prosić i za nie płacić, więć się przyzwyczaiłem, że trzeba mówić czy się chce i ile. No więc powiedziałem. Na co pani zapakowała mi towar do toreb a poza tym dorzuciła trzy dodatkowe, obrzucając wspomnianym wcześniej spojrzeniem. Ot co kraj to obyczaj:)

Po uporaniu się z zakupami udało nam się w końcu pomknąć w stronę Cranberry Lake…

View Larger Map

Kiedy dotarliśmy na miejsce Aneta z Robertem i psiakiem już na nas czekali i się martwili czy aby nam się coć nie stało. Szybko się rozbiliśmy i potem zabraliśmy się za spędzanie bardzo miłego wieczoru razem. Aneta zrobiła bardzo smaczne jedzenie, my usmażyliśmy nabyte w sklepie kiełbaski i popijając bardzo dobrym amerykańskim (Samuel Adams Boston Lager) i polskim piwem rozmawialiśmy do późna. Rano A&R spakowali się i pojechali w dalszą drogę a my zaczęliśmy tydzień wakacji we dwoje.

Większość czasu spędziliśmy poza namiotem i poza kempingiem. Tym razem chodziliśmy mniej po górach, choć i tak weszliśmy na dwie górki (Mount Arab i jakaś druga, nazwy której nie pamiętam), za to więcej oglądaliśmy wodospadów, których w okolicach Cranberry Lake jest całe mnóstwo. W sierpniu jest bardzo mało owadów, więc ani komary ani meszki za bardzo nam nie dokuczały, poza jednym epizodem o którym później.

Okolice Cranberry Lake to najdziksza część parku Adirondacks. W okolicy nie ma żadnego średniej wielkości miasteczka i nawet stacji benzynowych jest bardzo mało. Za to przyroda sprawia niezapomniane wrażenie. Samo Cranberry Lake to mała osada, w której jest coś czterdzieści domów, z czego częśc to domy letniskowe, biblioteka, poczta, sklep spożywczy, diner (coś jak jadłodajnia) i jedna restauracja. I kamping stanowy. No i kilku nudzących się bardzo szeryfów. W każdym miasteczku jest limit prędkości 20-40 mil na godzinę i zdecydowana większość kierowców go przestrzega, inaczej niż w Ontario, gdzie jazda 60 (km/h) w miescach gdzie jest 50 (km/h) jest właściwie normą. Bardzo szybko zrozumieliśmy dlaczego – prawie codziennie, czasem po kilka razy na dzień widzieliśmy jak szeryf albo trooper zatrzymuje łamiącego przepisy kierowcę i lepi mandat. W rezultacie ruch panuje tak spokojny, że dzieciaki i piesi nie muszą się na ulicach czuć zagrożeni. Dla kierowców oznacza to czasem konieczność jazdy przez 10 mil w tempie żółwiowym, ale muszę przyznać, że amerykańskie znaki, podobnie jak kanadyjskie, są zwykle umieszczane w bardzo przemyślany sposób i nie ma ograniczeń bez sensu, jak często zdarzało mi się obserwować w Polsce.

Narazie tyle, częśc dalsza i zdjęcia nastąpią:)



… and back again


Wczoraj wróciliśmy z bardzo udanej wyprawy w góry i lasy Adirondack w stanie Nowy Jork. O wakacjach i bardzo miłym spotkaniu z Anetą z Syracuse i jej mężem napiszę jak złapię trochę oddechu. A M. pewnie wstawi jakieś zdjęcia u siebie. A narazie home sweet home… Nie było nas tydzień, ale nie mieliśmy właściwie żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, więc nie mam pojęcia co się działo i tak dalej. Trzeba trochę nadrobić zaległości. Ciąg dalszy nastąpi:)



Domowa archeologia


Nasz dom ma ponad 110 lat, więc kryje się w nim sporo niespodzianek. Choć niektóre z nich są bardzo przyjemne a inne wręcz odwrotnie, to zawsze można liczyć na jakieś ciekawe odkrycia. Pisałem już kiedyś o tym jak poszukiwaliśmy wejścia na strych i w końcu odkryliśmy go w szafie. Pisałem też o tajemniczych drzwiach w piwnicy, które okazały się być zamkniętym wyjściem do ogrodu, na którym poprzedni właściciele wybudowali szopę. Kiedy zimą wyrzuciliśmy z piwnicy podłogę i płyty gipsowe ze ścian to okazało się, że pod płytami są dwa okna, których wcześniej nie widzieliśmy, ale o tym też już chyba wspominałem.

Tym razem wybraliśmy się na piętro, bo postanowiliśmy sprawdzić co się kryje pod wykładzinami. Wykładziny były stare i sfatygowane, więc przymierzaliśmy się do wyrzucenia ich już od dawna, ale jakoś zwlekaliśmy z tą decyzją nie wiedzieć czemu. W końcu podjęliśmy się wyzwania, poganiani nasilającą się alergią – jak wiadomo wykładziny to idealne środowisko dla roztoczy i innych mikroorganizmów.

Na początek wyciąłem na próbę kawałek pod naszym łóżkiem, na wypadek gdyby pod spodem było coś dziwnego. A pod spodem była pianka, która tu zawsze pod wykładziny zakładają. Pod pianką znalazłem stare linoleum, na oko z lat czterdziestych albo piędziesiątych, być może jeszcze starsze. Pod linoleum był stary guby papier, który pachniał starym grubym papierem, a pod nim równo ułożone deski. Muszę przyznać, że bardzo mnie to znalezisko podekscytowało, tym bardziej, że deski wydawały się być gładkie. Bardzo szybko podjęliśmy decyzję, że idziemy na całość. Jedyny problem polegał na tym, że to była niedziela wieczorem a rano trzeba było iść do pracy…

Tak się rozochociłem, że postanowiłem wziąć dzień wolnego i poprosić siostrę o pomoc, bo akurat też miała wolny dzień. Od rana zabraliśmy się z A. do pracy i do wieczora udało nam się ściągnąć wszystkie warstwy w na całej górze, czyli w trzech sypialniach i przedpokoju. Po drodze odkryliśmy jeszcze inny wzór wykładziny i setki gwoździ, którymi przybijano to i owo. Poza tym znalazłem jeden tajemniczy schowek, niestety pusty i kawałki torontońskich gazet. Nie ma na nich dat, ale artykuły i reklamy wskazują na lata czterdzieste.



Wykładziny wspólnymi siłami pocięliśmy i pozwijali w małe rolki, resztę śmieci zapakowali do grubych worków i wystawili do ogrodu. Oczywiście najpilniej pracował nasz pies:)



Niestety akurat zapowiadali burzę, więc postanowiłem zapakować śmieci do auta i zawieźć do stacji przeładunku śmieci. Mamy jedną taką jakieś piętnaście minut od naszego domu. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale pomyślałem, że szkoda płacić komuś za wywóz wykładziny skoro mogę to zrobić sam. No więc pojechałem.

Miejsce jest bardzo kosmiczne. Najpierw są światła na których się czeka, żeby pojedyńczo wjechać samochodem na wagę. Potem trzeba zapłacić zaliczkę, najlepiej $20. Miałem tylko $10 gotówki, ale obsługujący wagę człowiek stwierdził, że worki wyglądają na lekkie, więc powinny wystarczyć. W zależności od tego jakie ma się śmieci każą potem jechać w różne miejsca. Moje worki klasyfikowały się jako zwykłe śmieci, więc człowiek mi kazał jechać do hangaru. Przed owym hangarem stoi bardzo klasycznie wyglądający pan i kieruje ruchem. Samochody podjeżdżają po jednym, ustawiają się obok siebie i każdy wyrzuca swoje śmieci. Musiałem trochę poczekać po czym dostałem przydział miejsca. Hala jest ogromna, bardzo brudna i ma bardzo specyficzny zapach psujących się resztek. Krajobraz jak z apokalipsy – worki, ogromne spychacze, które co jakiś czas upychają śmieci w odpowiednie miejsce a w tym wszystkim wszyscy kierowcy uwijają się przy swoich samochodach, wyrzucają to co przywieźli i karmią smieciową bestię.

Poszło mi bardzo sprawnie, więc w kilka minut później stałem z powrotem przed wagą. Inny człowiek zważył samochód, kazał dopłacić dolara, powiedział, że mialem 110 kg w workach i kazał jechać dalej. Potem powtórzyłem ten sam kurs z M., tym razem wieźliśmy rolki z wykładziną. Razem w obu kursach wyrzuciliśmy z domu około 240 kg śmieci, kto by pomyślał, że wykładzina jest taka ciężka!

Po zdjęciu warstw powyciągaliśmy trochę gwoździ, odkurzyli i umyli podłogi. Moja siostra tak się rozochociła, że następnego dnia czuła wszystkie kości. To co ukazało się naszym oczom po tych wszystkich zabiegach to bardzo przyzwoicie wyglądająca podłoga z twardego drewna, którą teraz musimy naprawić tu i ówdzie i wycyklinować. Ot coś takiego:





Bardzo mnie intrygowało co to za drewno, więc oheblowałem kawałek dwóch desek i wstawiłem zdjęcia na pewno zaprzyjaźnione forum stolarskie na którym sporo jest kanadyjskich ekspertów od drewna. Przeważają opinie, że to albo jesion (ash) albo kasztan (chestnut). Jedno i drugie to dosyć rzadkie już dzisiaj drzewa więc tym bardziej chcę podłogę przywrócić do świetności, zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że to oryginalna podłoga tak stara jak dom. Po wyczyszczeniu pojawia się bardzo zachęcający widok:



Oczywiście czeka nas sporo pracy i pewnie nie uda nam się skończyć przed zimą, ale bardzo jestem ciekaw jakie będą rezultaty końcowe.
***
Z innej nieco beczki – w końcu spadła trochę temperatura w mieście. Tegoroczne lato jest rekordowo gorące i wszystkie owoce pojawiają się o wiele wcześniej niż zwykle. Są też niezwykle smaczne. W zeszłym tygodniu kupiłem duże pudło borówek i zajadaliśmy się nimi z M. Przez upały nie za bardzo mam ochotę siedzieć przed komputerem, stąd i blogowanie niezbyt mi wychodzi.
***
Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że obejrzeliśmy trochę filmów. Najpierw moja mama przywiozła nam Rewers, który bardzo nam się podobał. Sam uważam, że to jeden z najbardziej udanych filmów polskich, bardzo polecam! Poza tym widzieliśmy w końcu The Last Station, również bardzo dobry film o Tołstoju u schyłku życia. Muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, że Tołstoj był aż taką barwną osobowością. Na koniec obejrzeliśmy również The Young Victoria i ten obraz również bardzo nam przypadł do gustu. Zdecydowanie nabędziemy sobie swoją kopię, bo można to oglądać wiele razy, choćby ze względu na kostiumy.
***
A niedługo wakacje i spotkanie z pewną blogowiczką:) Ale o szczegółach jak zwykle dopiero po fakcie. Jednak póki co mam nadzieję, że uda mi się niebawem znowu coś napisać.



***


Wiele się w ostanich kilku tygodniach działo. Gościliśmy moją mamę, byliśmy w Quebecu, zwalczalismy ekstremalne torontońskie upały, pojechaliśmy szukać antyków za miasto – materiału zebrało by się na kilka wpisów. Może niebawem uda mi się coś zebrać. A narazie na zachętę jedna piosenka grupy Woven Hand, którą niedawno odkryłem. Bardzo gotyckie americana. Działa na wyobraźnię i zapada w pamięć. Udanego weekendu!



Muzyczna pocztowka na weekend – Niyaz (ponownie)


Jakiś czas temu przyleciała moja mama, więc nie mam czasu na pisanie. Ograniczam się, póki co, do muzycznej pocztówki.
***
Dzisiaj Niyaz. Już kiedyś wstawiłem sporo muzyki tej grupy, tym razem kawałek instrumentalny…



Życzę wszystkim udanego weekendu.



Hawaje w Toronto


Jak donosi M. w Krakowie leje i jest dosyć zimno, tymczasem w Toronto wręcz odwrotnie. Jak informuje dzisiejsza torontońska prasa mamy temperaturę taką jak na Hawajach. Wczoraj ogłoszono stan pogotowia z powodu wysokiej temperatury, dzisiaj stopień pogotowia wzmożono do ekstremalnego (extreme heat alert). W mieście pootwierano miejsca gdzie ludzie będą się mogli schłodzić, bo nie wszyscy mają w domach klimatyzację. Do piątku będziemy mieć więcej żaru i gorąca niż przez całe lato w zeszłym roku. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne lato będzie trudne do zniesienia.
***
Przez to, że zimę mieliśmy nadzwyczajnie łagodną o wiele więcej jest w tym roku komarów i innych owadów, bo nie powymarzały. Zwykle w naszym ogrodzie komary to rzadkość, bo mieszkamy jakoś kilometr z hakiem od jeziora w linii prostej, ale wczoraj dosyć solidnie dały mi się we znaki. Trzeba będzie wypowiedzieć im wojnę i palić antykomarowe kadzidełka.
***
Zbliża się szybkimi krokami szczyt G8 i G20. Ten pierwszy będzie poza Toronto, ale ten drugi rząd federalny z jakiegoś powodu postanowił zorganizować w samym centrum. Będzie chaos, protesty i zadymy to już wiadomo. Różne grupu anarchistyczne obiecują tyle zamieszania ile się da. Ponieważ dla protestantów wydzielono teren koło ontaryjskiego parlamentu w Queen’s Park jako oślą łączkę cała okolica jest przerażona. Władze University of Toronto, który graniczy z Queen’s Park postanowiły, że zamkną na kilka dni cały kampus, bo doświadczenia z innych miast, które gościły G20 pokazują, że pracownicy i studenci mogą być narażeni na gaz łzawiący i uszkodzenia ciała i ducha. Wygląda więc na to, że będziemy mieć dodatkowe wakacje, bo kampus zamykają już w środę wieczorem.
***
Wszędzie kwitną bzy, więc zapach jest niesamowity. W sklepach pojawiły się dojrzałe morele. Jest też sezon na żółte mango, które sprzedają bardzo dojrzałe. Aż cieknie z niego sok i można się objadać do woli, bo cztery duże sztuki kosztują $5 a jeśli ktoś kupi skrzynkę to wychodzi jeszcze taniej. Mniam mniam…
***
Z doków przy jeziorze Ontario policja wyłowiła beczkę z niecodzienną zawartością. Sytuacja rodem z filmów mafijnych – w beczce zamurowane były zwłoki, które już zidentyfikowano (policja mówi, że beton zadziałał konserwująco i ciało jest zachowane doskonale) jako azjatycki gangster Quang Lu – specjalista od pożyczek na dziwne procenty. Gangster zaginął bez wieści w 2007 i teraz zguba się znalazła… Przy okazki zawiodła się policja w Montrealu, bo w zeszłym tygodniu zaginął tamtejszy don mafijny i wszyscy się spodziewali, że w beczce będzie on. A tu nic z tego…
***
O największej na świecie żeremi bobrowej na jeziorze w Albercie już chyba wszyscy słyszeli, ale donoszę dla porządku, na wypadek gdyby ktoś nie słyszał. Bobry zbudowały tamę na terenie parku narodowego i pewnie nikt by o nich nie wiedział, ale tama jest tak ogromna, że widać ją z powietrza, a nawet z kosmosu, przez co bobry nie są już incognito:)
***
No i to by było na tyle. Na zakończnie pogodna piosenka Toma Waitsa “The Long Way Home”, akurat na dzisiaj…



Poproszę pół funta kiełbasy i litr benzyny.


Mamy w Toronto pierwszy heat alert, czyli ostrzeżenie o upałach. Dzisiaj żar leje z nieba od rana, w cieniu było prawie 30 stopni i pies całkiem mi padł. Kopie sobie dziury w ziemi, po czym kładzie sie brzuchem na swieżo rozkopanej warstwie i chłodzi… Idealny dzień na jakiś lekki temat.
***
Jednym z najbardziej niezwykłych i wymagających od nowoprzyjezdnych sporo inwencji, cierpliwości i samozaparcia aspektów życia w Kanadzie jest tutejsza mieszanka miar i wag. Niby wszystko jest proste. Na fali zmian, które ogarnęły prawie wszystkie kraje anglojęzyczne poza Stanami Zjednoczonymi kilka dekad temu kraj przeszedł z tradycyjnego systemu miar i wag brytyjskich (imperial) na system metryczny. No ale to tylko teoria. Podobnie jak w Anglii, starsze pokolenie używa dalej starego systemu a młodzież używa mieszanki. Zresztą nie da się inaczej, choćby przez to, że u naszych południowych sąsiadów system metryczny jest abstrakcją używaną tylko i wyłącznie przez naukowców.
W praktyce wygląda to tak, że panuje kompletny chaos. Tak więc odległości na mapach, znakach drogowych i ograniczenia prędkości podawane są w kilometrach. Jeśli jednak ktoś kupił auto w Stanach, to musi sobie przeliczać mile na kilometry we własnym zakresie.

Benzynę na stacjach sprzedaje się na litry, mleko w sklepie też, ale na tym kończy się metryczność cieczy. Soki, puszki i przetwory mają standardowe wielkości w ciekłych uncjach (oz), kwartach albo galonach, choć często podawane są też wielkości metryczne, których i tak nikt nie uzywa, bo we wszystkich przepisach jasno stoi: weź X-uncjową puszkę pomidorów, dodaj kubek/kwartę/itp. wody i tak dalej. Czym głębiej tym trudniej. Piwo w pubach sprzedaje się co prawda na pinty, ale nie są to pinty brytyjskie, tylko mniejsze, amerykańskie (niecałe pół litra). Farbę kupujemy na kwarty i galony, za to oliwę na litry. Jak wspomniałem, benzynę kupujemy w litrach, ale jeśli pytamy kogoś ile pali jego auto to zawsze odpowie nam w milach na galon (mpg), co trzeba sobie samemu przeliczyc na l/100km.

Ceny owoców, warzyw mięsa i serów najczęściej podawane są w dolarach za funta, choć owoce często sprzedawane są na ilość (3 cytryny za $1, 4 mango za $5) albo suche pinty (borówki, pomidory koktajlowe). Choć ceny mięsa są w dolarach za funta ($/lb) wagi są kalibrowane albo metrycznie albo tradycyjnie, zależy od sklepu.

Kiedy zapytamy Kanadyjczyka o wzrost i wagę w 99% odpowie, że ma X stóp i Y cali, a waży Z funtów. To też odstępstwo od brytyjskiej normy, bo sami Brytyjczycy ważą się w kamieniach (stone), z których Kanadyjczycy często się podśmiewają. Żaden Kanadyczyk, którego znam nie zna swojego wzrostu w centrymetrach.

Działki budowlane mierzymy w stopach i akrach, natomiast powierzchnię domów w stopach kwadratowych, choć zdarzają się wyjątki, kiedy powierzchnię podaje się w m2, czego z kolei nie rozumie wielu Kanadyjczyków. Tkaniny kupujemy na jardy, wykładziny na stopy bieżące a podłogi drewniane na stopy kwadratowe.

Wszystkie materiały budowlane kupujemy tradycyjnie. Królują funty, uncje, cale, stopy i galony. Zdarzają się inne miary, ale rzadziej.

Temperaturę w radiu i telewizji podają tylko w Celsjuszach, ale mniej więcej połowa populacji używa Fahrenheitów, które dla mnie są jedyna nieprzetłumaczalną w prosty sposób jednostką imperialną.

Kiedy już się wyuczyliśmy co jest co przychodzi pora na wyższą jazdę. Wizyta w sklepie z drewnem szybko uświadamia nam, że deski się mierzy albo na “stopy deskowe” (board feet) albo stopy bieżące, albo na standardowe rozmiary, jak na przykład 2x4x8 czy 2x6x10. Teoretycznie oznacza to deskę, która ma dwa cale grubości, 4 cale szerokości i osiem stóp długości, ale w praktyce deska jest nieco węższa i ciensza. Kiedy już uporamy się z deskami przychodzi czas na gwoździe i wkręty. Gwoździe mają swoje własne miary (2d, 3d itp.) natomiast wkręty sprzedawane są w calach, na przykład 1×1 1/4. Potrzebne nam są jeszcze śruby i klucze. Jedne i drugie sprzedaje się albo w wielkościach calowych, albo w metrycznych i potem trzeba uważać, bo calowe klucze nie pasują do metrycznych śrub i na odwrót…

Papier kupujemy tylko w formatach calowych, dwa najpopularniejsze to legal (8,5×14) i letter (8,5×11), choć papier fotograficzny oczywiście jest w innych rozmiarach. Ani o A4 ani o A3 nikt nie słyszał, zresztą i tak nie pasuje do tutejszych kopert:)

Przez to wszystko życie jest oczywiście o wiele ciekawsze. Ja sam uwielbiam tradycyjne miary i wagi, bo dobrze mi się kojarzą. Moja babcia używała śląskich funtów a cale są po dziś dzień używane na Śląsku do określania średnicy rur i tym podobnych. Niech więc żyją cale i funty, dodaje to kolorytu codzienności.