Koniec lata

No i mamy kolejną jesień. Tak, wiem, kalendarze i astronomowie twierdzą, że lato dalej pełną gębą, ale co tu kryć: zaczęła się szkoła, przeszły moje okrągłe tym razem urodziny, ptaki się zbierają albo już zebrały a na drzewach pojawiły się kolory jesieni. Do tego tradycyjnie w Kanadzie koniec lata wieszczący długi weekend z okazji Święta Pracy (Labour Day) też za nami…

Zrobiło nam się nostaligicznie i jesiennie właśnie. Zwłaszcza, że 31 sierpnia minęło 11 lat od naszego przyjazdu z Ankary do Kanady i mniej więcej 14 (15 jeśli liczyć wcześniejszy wyjazd na kilkumiesięczny rekonesans do Ankary) od wyjazdu z Krakowa. To dużo, na tyle dużo, że nie wiem czy bym w Krakowie bez trudu odnalazł wszystkie miejsca w których tak często przesiadywaliśmy. Zresztą wielu już nie ma.

Kraków większość z Was zna, ale założę się, że w Ankarze mało kto był, choć warto, choćby z powodu Muzeum Cywilizacji Anatolijskich (Hetyci) i wspaniałej starówki. Z ciekawości zerknąłem czy o Ankarze pojawiły się jakieś ciekawe filmy i oto co odkryłem. Idealne na nostalgiczny wieczór:)


Pełna wertepów droga do skarbca, czyli odrobina przemyśleń o dwujęzyczności u dzieci

Chyba żaden temat związany z wychowaniem dzieci nie jest obciążony takim balastem jak dwujęzyczność. Ludzie najczęściej mają w tej kwestii dosyć sprecyzowane i mocne przekonania. Niektórym rodzicom bardzo zależy, żeby ich pociechy były dwu- albo trójjęzyczne (bo i takie przypadki się zdarzają), inni by chcieli, ale nie wiedzą jak się za sprawę zabrać albo łatwo kapitulują. Jeszcze innym nie zależy albo jest im wszystko jedno. Ostatnia, dosyć liczna grupa, to ludzie którzy tak bardzo chcą, żeby ich dzieci odniosły “sukces” w społeczeństwie w którym dominuje jakiś inny język, że od samego początku robią wszystko, żeby dziecko było monoglotą i skutecznie zniechęcają dziecko do mówienia w języko innym niż dominujący.

Rodzice, z tej ostatniej grupy dosyć często powielają ten sam fałszywy, choć popularny, model myślowy: są święcie przekonani, że ich dziecko najpierw ma się nauczyc języka dominującego (w tym przypadku angielskiego) a drugiego języka albo “nauczy się później” albo “nie będzie mu potrzebny, bo teraz mieszka tutaj”. Spotkałem jeden i drugi przypadek i muszę przyznać, że napawa mnie smutkiem. A to dlatego, że wiem (i potwierdzają to liczne naukowe badania), że jeśli się z dzieckiem od małego nie rozmawia w danym języku to nie tylko nigdy nie będzie nim operować na poziomie języka ojczystego, ale raczej w ogóle nie będzie chciało w tym języku mówić ze swoimi rodzicami z różnych powodów. Nawet jeśli rodzice znają język którego dziecko się uczy na zaawansowanym poziomie komunikacja między nimi nie będzie płynna a z czasem wręcz może się pogorszyć. Poza tym język to nie tylko gramatyka i fleksja, ale też kontekst społeczny i kultura cywilizacji, która ten język wytworzyła. Jeśli kultura jest podobna, jak w przypadku polskiej i kanadyjskiej to nie ma większego problemu (choć i tu bym dyskutował, bo wielu słowiańskich konceptów kulturowych nie da się łatwo przeszczepić na anglo-kanadyjski grunt). Kiedy kultury są od siebie odległe, na przykład jeśli rodzice dorastali w Chinach albo Korei a dziecko wyrasta w Kanadzie, brak wspólnej płaszczyzny językowej prowadzi do wielu nieporozumień i komunikacyjnej blokady. Da się skomunikować, ale bardzo trudno przekazać kontekst, niuanse i delikatne odcienie kulturowej mozaiki. Każdy kto uczy się jakiegoś języka jako dorosły wie o czym mówie, bo sama znajomość na przykład hiszpańskiego albo tureckiego wcale nie otwiera nam drzwi do kultury Meksyku albo Turcji. W skrajnych przypadkach rodzice i dzieci mogą z czasem stracić możliwość porozumiewania się – pamiętam artykuł w jednej z kanadyjskich gazet, opisujący kobietę w średnim wieku, która musiała się porozumiewać ze swoją matką przez tłumacza, bo matka, której językiem ojczystym był mandaryński chiński i która angielski zawsze znała na średniozaawansowanym poziomie zachorowała a jej angielski zanikł zupełnie. Tamten artykuł mnie przygnębił, bo wyobraziłem sobie co muszą czuć ludzie, którym się coś takiego przydarzyło.

W społeczeństwie krąży sporo mitów na temat dwu- i wielojęzycznośći u dzieci. Najczęściej spotykane to przekonanie, że dzieci dwujęzyczne będą skonfundowane, że zaczną późno mówić, że będą mieszać języki i żadnego dobrze nie poznają, wreszcie, że będą mniej inteligentne niż rówieśnicy monogloci. Niestety mity trzymają sie dobrze i są powszechnie spotykane nawet wśród wykształconych rodziców, w tym niektórych lekarzy. Tymczasem wszystkie badania na ten temat potwierdzają, że jest odwrotnie: dzieci znające od dziecka przynajmniej dwa języki o wiele łatwiej radzą sobie z nauką, łatwiej się uczą nowych języków, cechuje je bardziej twórcze myślenie i doskonale przestawiają się z jednego kodu językowego na inny. Jednym słowem, nie ma żadnego naukowo potwierdzonego dowodu na to, że dwujęzyczność w jakikolwiek sposób szkodzi za to wiele wskazuje na to, że zdecydowanie pomaga w rozwoju i wzbogaca intelektualny, kulturowy, naukowy i rozwojowy potencjał dziecka.

Staram się zawsze namawiać ludzi wokół, żeby poświecili czas na nauczenie dzieci swoich języków. Niestety łatwo się zdeklarować, że się to zrobi, ale otoczenie, nieubłagana erozja języka której wszyscy na stałe otoczeni innym kontekstem językowym podlegają i brak konsekwencji często zadanie utrudniają. Łatwo przecież powiedzieć, że będziemy do swojego dziecka mówić tylko po polsku, ale szybko się okazuje, że przy najlepszych chęciach to po prostu nierealne. Podam kilka przykładów dlaczego. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzą do nas znajomi, ktorzy po polsku nie mówią (zakładam, że nie mieszkamy i nie funkcjonujemy w getcie kulturowym). Jeśli ze znajomymi będziemy mówić po angielsku a z dzieckiem po polsku to skończy się na tym, że nikt z nikim nie będzie rozmawiał, poza tym byłoby to dosyć niegrzeczne wobec gości. Kiedy dzieci idą do przedszkola albo szkoły to pojawia się problem (dla nas póki co teoretyczny) odrabiania zadań domowych. Czy będę swoim dzieciom tłumaczyć matematykę albo chemię po polsku? Wątpie, bo po pierwsze mój polski leksykon matematyczno-chemiczny całkiem się rozwiał, po drugie więcej czasu byśmy stracili na tłumaczeniu w tę i wewtę niż nad zrobieniem zadania. Jak widać, nie jest łatwo.

Ja sam nie jestem, nad czym niestety ubolewam, dwujęzyczny, ale od małego miałem kontakt z ludźmi którzy są, jak mój kuzyn z Serbii czy kuzyn i częśc rodziny w Czechach. Musze dodać, że im było i jest o wiele trudniej niż komuś kto poznaje dwa języki mniej spokrewnione niż polski i jakiś inny słowiański, bo czeskie albo serbskie słowa i końcówki fleksyjne zdradzieko się wdzierają do rozmowy. W tyn kontekście dygresja na temat. Niektórym się wydaje, że osoba dwujęzyczna, albo operująca na wysokim poziomie kilkoma językami automatycznie jest niejako tłumaczem na zawołanie. Nic bardziej błędnego. Sztuka przekładu to zupełnie inna para kaloszy i nie można wymagać, że osoba dwujęzyczna zastąpi tłumacza a często będzie jej szło gorzej niż tłumaczowi, który dwujęzyczny nie jest.

Po co dziecku dwu- albo wielojęzyczność? Zakładamy, że nigdy nie będzie mieszkać w kraju, w którym się drugim językiem mówi i tak dalej. Częściowej odpowiedzi udzieliłem powyżej pisząc o pozytywnym wpływie dwujęzyczności na rozwój dziecka. Poza tym, czy w dzisiejszym świecie ciągłych zmian, globalizacji i kurczących się granic możemy być pewni, że nasze dzieci nie wyjadą na dłużej lub krócej za granicę? My sami też przecież wyjechaliśmy, więc nie wiadomo jak będzie z naszym potomstwem za lat dwadzieścia kilka.

Największą zaletą wychowania dziecka dwujęzycznie jest moim zdaniem to, że niejako za darmo (nie do końca, ale to inny temat) wprowadzamy go w zupełnie inny świat i dajemy my narzędzie, z którym jeśli będzie chciało (to też teman na inny wpis) może wiele zrobić i osiągnąć. Dla mnie dwujęzyczność jest jednym z najcenniejszych darów jakie rodzice mogą dać swom dzieciom. Może brzmi górnolotnie, ale wydaje mi się, ze naprawdę tak właśnie jest.

Tyle teorii, ale jak się za to zabrać i co zrobić, żeby nie utknąć na manowcach? To temat na inny wpis, w ktorym podzielę się z Wami naszymi dotychczasowymi doświadczeniami.

*******
Poniżej dziewczynka, trochę starsza od naszej córki, która automatycznie przełącza się między dwoma językami, w tym przypadku japońskim i angielskim:

Park Narodowy Point Pelee

img166-Edit
Głównym celem naszych wakacji był Park Narodowy Point Pelee. Ten południowy kraniec Kanady do pewnego stopnia przypomina półwysep Hel, choć oczywiście jest na jeziorze. Na końcu coraz węższego pasa lądu są ruchome wydmy i bardzo silne prądy przewalających się nad nimi wód jeziora Erie. Wydmy zmieniają się w zależności od pory roku i poziomu wody w jeziorze, ale piaszczysta mielizna ciągnie się zdradziecko tuż pod taflą jeziora kilka kilometrów w głąb, co w przeszłości prowadziło do wielu tragedii. Samo jezioro Erie ma opinię bardzo trudnego w nawigacji a jego dno usiane jest wrakami większych i mniejszych statków. Na Point Pelee tonęli też często ludzie. Dzisiaj jest tam absolutny zakaz nie tylko pływania ale i wchodzenia do wody, bo prądy są na tyle silne i zdradzieckie, że podobno potrafią wciągać nawet tych, którzy tylko moczą nogi. Szczerze mówiąc, widząc jakie tam są fale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że ktoś chciałby tam z własnej woli pływać, bo ta woda wyraźnie wysyła sygnał: “niebezpieczeństwo!”. Za to pięknie wygląda, jak wiele niebezpiecznych miejsc (zdjęcia będą).

Point-Pelee-National-Park-Map

Park narodowy jest dosyć spory. Główna droga parku prowadzi od wjazdu na południe wzdłuż zachodniego brzegu półwyspu. Trudno uwierzyć, że woda po obu stronach to to samo jezioro. Po wschodniej stronie są niekończące się mokradła w których ma raj ptactwo wodne, po zachodniej jest albo wąski pas plaży (gdzie niegdzie) albo dosyć ostry brzeg i głęboka woda. Nie ma żadnych mokradeł i jest piękny widok na całe jezioro Erie. Widać też zarys wyspy Pelee, do której jak wspominałem w innym wpisie można dopłynąć promem.

Na terenie parku jest kilka bardzo różnych stref roślinnych. Poza wspomnianymi mokradłami jest sawanna, las karoliński i wydmy. Każde z nich ma swoją własną typową faune i florę, choć ptaki i motyle widać wszędzie. Nie widzieliśmy kolibrów, ale jest ich tam podobno sporo. Wierzę, bo kolibry zaglądają czasem do Toronto i południowo-wschodniego Ontario i sami widzieliśmy kilka razy, w tym w naszym ogrodzie. Za to było mnóstwo motyli różnych gatunków, piekne ptaki, węże, żółwie wodne (łatwo się płoszą, więc tylko słyszeliśmy jak wskakują do wody), ważki i inne. Część z sawanną jest chwilowo odnawiana, więc nie widzieliśmy, ale widziałem na zdjęciach, że rosną tam opuncje i inne kaktusy. Odnawiana dlatego, że do utrzymania sawanny potrzebne są pożary. Onegdaj kontrolowane pożary wzniecali Indianie i sawannę można było spotkać w kilku miejscach w południowym Ontario. Po tym jak miejsce Indian zajęli farmerzy pożary stały się zbyt niebezpiecznym rozwiązaniem, więc większość ontaryjskiej sawanny zarosła i ta w parku jest jednym z dwóch bodajże miejsc gdzie można tę formację roślinną w Ontario zobaczyć.

img161-Edit

W parku jest sporo miejsc widokowych po obu stronach półwyspu i kilka szlaków. Do szlaku na czubku nie da się dojechać swoim samochodem. Trzeba zostawić auto na parkingu koło centrum informacyjnego i albo przejść do szlaku piechotą albo pojechać parkowym kolejko-autobusem. Da się wrzucić na to wózek, więc sprawa ułatwiona. Dodam, że na końcu są wydmy po których nawet wózek z dużymi kołami nie przejedzie. Na wydmach rosną różne dzikie kwiaty i lataja piękne motyle. I oczywiście szumią fale jak nad morzem, bo też Erie ma więcej wspólnego z morzem niż z jeziorem.

Drugim szlakiem który zdecydowanie warto zobaczyć to kilkukilometrowy pomost z bali drewnianych przez środek mokradeł. Myśleliśmy, że będą tam komary, ale nic nas nie pogryzło, pewnie dlatego, że lata tam mnóstwo ptaków, w tym całe zastępy jaskółek, które skutecznie wyłapują drobne owady. Myślę, że warto tam pojechać wiosną albo jesienią, żeby zobaczyć ptasie migracje, ale nawet latem jest bardzo ciekawie. Na początku szlaku jest kilkupiętrowa drewniana wieża widokowa z której teren mokradeł widać z bardzo ciekawej perspektywy. Na miejscu można też wynająć canoe i popłynąć przez mokradła samemu. Niestety z niemowlakiem się nie da, więc musieliśmy to odłożyć na później.

Jest tam jeszcze kilka innych szlaków na które nie starczyło nam czasu. Na niektóre nie da się wejść z wózkiem, choć zapowiadają się bardzo ciekawie i na pewno musimy tam wrócić.

Przyjaciele – gatunek zagrożony wymarciem

Zbliżają się moje czterdzieste urodziny – cezura, która skłania do przemyśleń i refleksji. Z tej okazji trochę wpisów na tematy, ktore mnie nurtują, zajmują, irytują, ciekawią albo męczą. Dzisiaj temat rzeka: przyjaźnie.
***
Nie przepadam za górnolotnymi słowami, sztywnymi definicjami i wyświechtanymi łatkami. Mimo to muszę się zgodzić z tym, że kiedy się kończy czterdzieści lat nie jest to co prawda powód do rozpaczy, ale za młodzież też się już raczej trudno uważać. Czterdzieści lat nie minęło co prawda “jak jeden dzień”, ale dni pędzą jak szalone. Kiedy ma się, tak jak my, małe dzieci, świadomość tego, że czasy bycia beztroskim studentem minęły dosyć się wyostrza, przynajmniej w naszym wypadku. Co tu ukrywać, po całym dniu bycia dobrym rodzicem/mężem/żoną/pracownikiem człowiek zaczyna marzyć o tym, żeby spokojnie pogadać, poczytać coś dobrego albo spędzić wieczór w inny zajmujący sposób. Czasem ma się człowiek ochotę spotkać ze znajomymi albo przyjaciółmi. Niestety, okazuje się, że to wcale nie takie łatwe.

Po pierwsze znajomi i przyjaciele mają swoje życie i są zabiegani tak samo jak my, albo bardziej. Po drugie z jakiegoś powodu, chyba przez złośliwość losu, składa się tak, że ci, z którymi najchętniej byśmy się spotkali najczęściej mieszkają bardzo daleko od nas. Albo mieszkają po drugiej stronie miasta i da się ich odwiedzić tylko w weekend. Albo mieszkają nie tak daleko, ale nie mają dla nas czasu. No i klapa. Nagle się okazuje, że człowiek się nie ma z kim umówić, bo każdy gdzieś pędzi.

Sfrustrowani chwytamy się sposobów na zdobycie nowych znajomych, ale to sprawa niełatwa. Ci z którymi chcielibyśmy się zakolegować i ewentualnie zaprzyjaźnić najczęściej: a) mają już swoich własnych znajomych i nie są przygotowani na to, żeby się otworzyć na kogoś nowego, b) nie chcą się przyjaźnić z parą z małymi dziećmi, c) sprawiają wrażenie, że bardzo się chcą zaznajomić a potem im przechodzi – kilka miesięcy temu spotkał nas ten przypadek: pewna Turczynka ochoczo zebrała nasze namiary i na tym się skończyło. Na emaila nie odpowiedziała…, d) są na zupełnie innym etapie życia niż my, więc mają zupełnie inne priorytety, styl życia i potrzeby, e) lubimy się ale oni się wyprowadzają f) właśnie przechodzą przez kryzys związku/osobowości/itp. g)mają piętnaście innych powodów albo po prostu nie mają ochoty na spotkania… Coś pominąłem?

No i masz babo placek. Jak poznać nowych ludzi? Dla nas jest to tym trudniejsze, że oboje jesteśmy introwertykami. Ludzie, z którymi się dobrze dogadujemy to najczęściej również introwertycy, więc sami rozumiecie, że poznanie się i oswojenie nie jest łatwe.

A Wy? Ilu sami macie dobrych przyjaciół i znajomych? A może macie jakieś pomysły? Jakie macie doświadczenia w szukaniu nowych znajomych? Jakie problemy?

Powinienem dodać, że dzięki temu blogowi poznaliśmy kilka bardzo miłych osób. Niestety w większości wypadków albo mieszkają daleko, albo nie mają czasu. Przyjaźnie na odległość są miłe, ale nie zastąpia wspólnego wypadu za miasto albo wyjścia do pubu na piwo czy spotkania na kolację.

Uwaga pająki – jeszcze o wakacjach

Wracam do opowieści o wakacjach…

Domek, który wynajęliśmy na wakacje jest niedaleko Leamington. Do niedawna miasteczko słynęło z ogromnej fabryki Heinza, w której robiono keczup. Na początku tego roku Heinz postanowił się jednak wynieść, a fabrykę przejął kto inny i choć dalej będzie robić keczup i inne cuda z pomidorów to sporo osób straciło pracę. Mam nadzieję, że nie zaczniemy sprowadzać keczupu z Chin, w każdym razie jak zaczniemy to nie mam zamiaru go kupować. A wracając do pomidorów, to w Leamington i okolicach jest ich naprawdę sporo. Wzdłuż drogi ciągną się niekończące się farmy, szklarnie i stragany z pysznymi warzywami i owocami. Sam region reklamuje się jako kanadyjska stolica pomidorów i ma największe zagęszczenie szklarni w całej Ameryce Północnej przez co można w okolicach zaobserwować intersujące zjawisko, którego gdzie indziej w Kanadzie dotąd nie widziałem, mianowicie pracownicy sezonowi z Meksyku i Jamajki. Są to głównie mężczyźni a poznać ich łatwo po tym, że mkną na rowerach wzdłuż regionalnych dróg. W tamtej okolicy piechotą raczej się nie da niczego załatwić, więc jakiś środek transportu jest niezbędny a ludziom na czasowych wizach pracowniczych raczej się samochodów kupować nie opłaca. Trochę mi ich było żal, bo kilka razy była solidna burza i lało jak z cebra. W samym Leamington jest też sporo szyldów po hiszpańsku oraz konsulat Meksyku i meksykańskie restauracje, co odkryliśmy niestety dopiero przy wyjeździe. Może uda nam się zaliczyć następnym razem, bo wyglądały dosyć autentycznie.



Z Leamington i Kingsville pływają promy na Pelee Island, największą wyspę na Erie i najbardziej na południe wysunięty kawałek Kanady. Można się też przeprawić promem na drugą stonę do Sandusky w Ohio. Na wyspę Pelee płynie się z obu miasteczek półotorej godziny, więc to ładny kawałek od brzegu. Na pewno się tam wybierzemy, może w przyszłym roku, kto wie.

O samych miasteczkach mam niewiele do napisania, bo w zasadzie wpadaliśmy tylko na zakupy i to rzadko, więc niewiele widzieliśmy. Dewizą tych wakacji było “jak najmniej czasu spędzamy w samochodzie” i się udało. W zasadzie cały czas gdzieś łaziliśmy a dojazdy były krótkie. Za to pojechalismy trzy razy na przepysznąrybę z frytkami serwowaną z piętrowego autobusu. Knajpa nazywa się Birdie’s Perch (Po angielsku to gra słów i znaczy zarówno “Żerdka ptaszka” jak i “Okoń (Perch) ptaszka”) i znajduje się przy drodze do parku narodowego Półwyspu Pelee, więc trudno jej nie zauważyć. Serwują rybę prosto z jeziora Erie, na którym działa dosyć silna flota rybacka i jest to właśnie Yellow Perch. Dokładnego polskiego tłumaczenia nie znam, bo ryba żyje głównie w Wielkich Jeziorach, ale to coś pokrewnego z europejskim okoniem a kto miał okazję próbować okonia ten wie, że są to rarytasy niezwykłe. Do ryb dają robione na miejscu frytki z miejscowych ziemniaków. Ceny są nieco wyższe niż fish & chips w Toronto – $14,75 za “yellow perch cone and fries” czyli pięć kawałków – ale porcja jest spora i warta każdego centa a nawet więcej. Mniam…

Inną ciekawostką okolicy są pająki. Po drodze zauważyliśmy sporo tablic z reklamami typu “spider control” czyli spece od pająków. Trochę nas to zdziwiło, ale potem przestało. Pająki są absolutnie wszędzie, wszelkiem maści i wielkości. Nie jakieś tam monstra, ale jest ich po prostu dużo, nawet na plaży. Kilka razy pająki zaczynały budować na mnie swoją pajęczynę, bo stanąłem na chwilkę w miejscu…

Ciąg dalszy nastąpi… Będzie o burzach nad jeziorem, parku narodowym, mokradłach, ptakach i farmie z początku xix wieku…

Układanka czyli rodzinne wakacje

No i pojechaliśmy. Tym razem padło na jezioro Erie, czyli “ontaryjską riwierę.” Jak wiecie, albo nie wiecie, w Ontario są tysiące jezior i jeziorek, więc kto tylko może i lubi pędzi na północ albo wschód prowincji, bo tam jest najwięcej wody, komarów i typowej kanadyjskiej dziczy. Innymi słowy, jeśli się komuś marzy “Kanada pachnąca żywicą” to znajdzie odpowiednie klimaty trzy godziny na północ albo północny wschód od Toronto. Będzie las, komary i jeszcze więcej lasu. Sami bardzo to lubimy, ale pakowanie się z sześciomiesięcznym bobasem w zakomarzone rejony wydawało nam się mało atrakcyjne, więc pojechaliśmy na południowy zachód.

Jezioro Erie, jak pisze dosyć znany autor książek o Ontario Ron Brown, jest “zapomnianym południowym wybrzeżem” (książka bardzo dobra, polecam wszystkim, którzy się chcą nad Erie wybrać). Wybrzeże Erie to zupełnie inna i bardzo ciekawa część Ontario. To kraina piaszczystych ciepłych plaż, winnic, lasów karolińskich, kolibrów i motyli oraz wszechobecnych farm warzywno-owocowych. Taka mała ontaryjska Kalifornia z surowszym klimatem. Choć najbardziej na południe wysunieta część, czyli wyspa Peele leży na tej samej szerokości geograficznej co północna Kalifornia to niestety jezioro zamarza i zimy są surowe.

Wynajęliśmy domek na samej plaży, na małym półwyspie Cedar Island niedaleko Kingsville. Domek okazał się być idealny dla nas i gdyby nie to, że lubimy jeździć w różne miejca to bym się zastanowił poważnie nad kupnem w przyszłości czegoś podobnego w tamtej okolicy, bo bardzo nam się podobało.

Udało nam się zapakować jakimś cudem do naszego auta (Kia Rondo) z dwuosobowym wózkiem, wędkami, sprzętem fotograficznym i wszystkimi przydatnymi i niezbędnymi gratami typu książki dla dzieci. Muszę przyznać, że coraz lepiej nam wychodzi upychanie naszego majdanu w aucie, ale chyba jednak będziemy musieli kupić minivana, bo nawet duża torba na dachu nie pomaga. Trochę się nakląłem upychając to wszystko gdzie się dało, bo miałem wrażenie, że za licho nie wejdzie.

M. wykazała się nadludzką cieprliwością przy pakowaniu. Ja kiedyś nie miałem z pakowaniem problemu, ale od dłuższego czasu przygotowywanie gratów na wakacje sprawia mi sporo trudności więc zwykle się kończy na tym, że ja pakuję samego siebie, apteczke, wędki, swoje aparaty i sprzęt turystyczny a M. całą resztę. Kiedy się jedzie z dzieckiem, które potrafi się zapluć kompletnie kilka razy dziennie tak jak nasz bobas to ta “reszta” jest dużym wyzwaniem. Zwłaszcza kiedy prognozy zapowiadają na cały tydzień pogodę w kratkę. I rzeczywiście było w kratkę, i to jak!

Jazda z Toronto do Kinsville to prosta sprawa, bo prawie do samego końca jest autostrada 401. Mimo to jedzie się ponad sześć godzin z przerwami. Całe szczęście nasze pociechy lubią jazdę, więc obyło się bez dramatów. Droga jest nudna, bo wzdłuż autostrady niewiele widać. Dopiero od zjazdu zaczyna być ciekawie. Pola, farmy, stragany ze świeżymi pomidorami… Ale o tym i innych sprawach następnym razem, bo już czas na mnie…

Reaktywacja bis. Tym razem bez zapowiedzi

Muszę wyznać, że rozprawienie się z poprzednim, niezbyt udanym wcieleniem RV sprawiło mi sporo przyjemności. Jakoś nie potrafiliśmy się do siebie przekonać. No trudno.
***
Tym razem bez zapowiedzi i wielkich planów, z których mi potem niewiele wychodzi. Będzie co będzie, nasze codzienne i długoterminowe priorytety się dosyć przeorały, więc sam jestem ciekaw jaki kształt przybierze ta wersja RV i jak długo się utrzyma.
***
Rodzicowanie jest bardzo przyjemną sprawą, ale mamy oboje bardzo mało czasu na nie-rodzicielskie zajęcia. Mimo to staramy się zajmować oboje czymś więcej niż pieluchy i gary. I może właśnie o tym będzie ten blog. Zobaczymy… W każdym razie wszystkich wiernych czytelników zachęcam do zaglądania, bo chyba okres suchoty piśmnienniczej mi się skończył…
***
A to jedna z pierwszych prób powrotu do robienia zdjęć na negatywie. Nasz park zimą.

park