Zapiski z frontu

ResVaria   April 11, 2016   10 Comments on Zapiski z frontu

***
Już kwiecień a my pędzimy na złamanie karku. Do przodu, do weekendu, do wiosny.
***
Ot paradoks, za oknem zima, której nie było, a która za licho nie chce się skończyć. Wiem, że kwiecień plecień, ale czy naprawdę prawie cały śnieg tej zimy musiał spaść w marcu i kwietniu? Oczywiście natura uwielbia płatać figle, więc mieliśmy tydzień prawdziwie słonecznej wiosny. Skończyło się burzą śnieżną.
***
PSX_20160406_104330
***
Z cyklu syzyfowe prace – na naszym strychu po raz kolejny zagościły wiewiórki a między ścianami domu myszy. Klimat nieprzewidywalny, więc gryzonie szukają najlepszych kryjówek w stabilniejszych przestrzeniach. Przyjechał specjalista od odczynania uroków nad wiewiórkami i za czterysta dolarów zamontował na rynnie antywiewiórkową instalację z blachy i siatki blaszanej. Zwykle robię takie rzeczy sam, ale nasz dach jest na tyle wysoki i stromy, że się nie piszę. Póki co spokój, ale coś mi mówi, że to jedynie przerwa w meczu. Z myszami idzie nam gorzej. Zagnieździły się paskudy nad sufitem w przedpokoku i wyłażą w nocy ze szpar w ogrzewaniu. Uszczelniłem wszystko i może w końcu będziemy mieć spokój, ale zwycięstwa nie ogłaszam… Na dodatek przegryzły w ścianie kabel (który zamontowałem dwa lata temu) od wyłacznika do lampy na suficie. Wybiło bezpiecznik, więc pewnie któraś mysz miała nieprzyjemny kontakt z prądem, ale żeby to naprawić muszę wymienić kabel na nowy. A to oznacza kolejną dziurę w ścianie, którą potem trzeba będzie załatać… Oj Syzyf Syzyf…
***
PSX_20160317_142634
***
Jak przystało na małą Kanadyjkę, nasze starsze dziecko uczyło się jeździć na łyżwach. Przez ponad dwa miesiące chodzili ze szkołą na lodowisko na godzinę. Ja chodziłem z nią, bo na początku nie bardzo potrafiła się sama utrzymać. Pod koniec się rozkręciła i zaczęło się jej podobać, więc mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie łatwiej. Przy okazji – czy wiecie jaki jest ulubiony pojazd kanadyjskich dzieci? Zamboni:) Jak kto nie wie co to to niech sobie poszuka. Po polsku podobno nazywa się rolba (!?).
***
Żeby całkiem nie zwariować z braku czasu i nadmiaru obowiązków odreagowujemy się gotowaniem. Nabyliśmy sobie bardzo solidny duży rondel z emaliowanego żeliwa i szalejemy. Od dłuższego czasu nasz jadłospis to głównie dania włoskie, azjatyckie i czasem francuskie. I dobre czerwone wino. Slow food – no hassle. Smacznego.
***
Rynek nieruchomości w mieście zachowuje się jakby się naćpał jakichś sterydów. Kilka tygodni temu szeregowiec przy naszej ulicy sprzedał się za ponad 700 tysięcy dolarów. Fakt, że ładnie odnowiony, ale siedem stów za szeregowiec z ogrodem wychodzącym na parking sklepowy??? Przy samej ulicy??? Okazuje się, że nasza dzielnica, która do tej pory była z tych “z potencjałem” nagle zamieniła się w najbardziej gorącą dzielnicę w mieście. Dla nas to i dobrze i źle. Dobrze, bo domy w okolicy poszły tak w górę, że nasz powinniśmy bez problemu sprzedać za sensowne pieniądze. Niedobrze, bo na rynku jest tak mało domów, że kupowanie czegokolwiek oznacza wojnę podjazdową z kilkunastoma chętnymi. A to nie koniec. Coraz częściej sie pisze, że Toronto się manhatanizuje i że domy to już raczej tanie nigdy nie będą. Ciekaw jestem bardzo gdzie będą w takim razie mieszkać nasze dzieci? Czy ludzie zaczną się wynosić za miasto? Tylko gdzie, na przedmieściach Toronto też jest szał cenowy i wojny. Wszystko napędza oczywiście imigracja i sami się do tego zjawiska w małym stopniu przyłożyliśmy. Po prostu w Toronto coraz więcej ludzi chce mieszkać i prognozy mówią o 7 milionach mieszkańców w 2030… Przypomnę, że teraz jest nas niecałe 3 miliony. Wszyscy ci ludzie będą gdzieś musieć mieszkać, więc ceny szybują pod księżyc.
***
Zastanawiamy się coraz częściej nad tym co dalej. Czego tak naprawdę chcemy. Praca w biurze przez cały dzień jest owszem, wygodna, ale oboje czujemy, że na dłuższą metę to nie dla nas. Własny biznes? Jak tak to co? Gdzie? Raczej się z Toronto nie wyniesiemy, bo są tu moi rodzice i rodzina siostry, ale zastanawiamy się usilnie nad przeprowadzką i zmianą pracy. Wiemy, że dzieci nas potrzebują i że przynajmniej jedno z nas powinno móc odbierać je szybciej z przedszkola. Tylko jak to zrobić? Jak nie dać się zwariować kiedy świat wokół pędzi jak szalony? Coraz więcej ludzi wypisuje się z wyścigu, bo mają inne priorytety. My oboje też wolimy wolniej, spokojniej i bardziej jakościowo, tylko musimy wymyślić z czego zapłacić rachunki… Nasze dzieci są jeszcze bardzo małe a już świat dużo od nich oczekuje. Program w przedszkolu mojej córki (i wszystkich przedszkolach Ontario) jest tak napięty, że często narzeka, że muszą pędzić do przodu tak, że nawet nie zdąży zjeść lunchu do końca. Boli mnie to, bo wiem, że to nie ma sensu. Jest pewna grupa rodziców, którzy pchają do przodu jak się da, nie patrząc na koszty, myśląc, że ich dzieci będą genialne, bo pchali i popychali. Ja się na to nie piszę i głośno protestuję. Ale panie nauczycielki muszą zrealizować program… Kółko zamknięte.
***
Jest dobrze, ale łatwo nie jest. Dlatego dalej szukamy…
***
PSX_20160406_161048(1)

10 thoughts on “Zapiski z frontu

  1. Alicja

    Wpis aż pulsuje pędem życia. Wszyscy tak pędza. Zastawiamy pułapki na samych siebie. Chyba utkwiliście w TO na dłuższa chwilę. A może warto rozważyć inne opcje? Jeżeli to niemożliwe, to może lepiej polecieć w zimie w tropiki i w ten sposób znosić miejskie trudy? Dla mnie życie w mieście to już mordęga niestety. Za to lubię być pod miastem, skad dojazd do miasta łatwy metrem. Lato wkrótce przyjdzie, zajrzyjcie do Waszych wawozów miejskich (ravines). Znajdź fascynujacy dom zbudowany na podręczniku do matematyki (który był jak najbardziej i moim podręcznikiem). Polecam przeczytanie o nim. “The house that math built…” ($23M czy coś takiego).
    Pozdrowienia,
    Alicjao

    Reply
    1. ResVaria Post author

      @Alicja – tak tak, znamy i lubimy wąwozy, owszem. Lubimy też plaże, do której mamy bardzo blisko, Scarborough Bluffs i Guildwood. Poza tym kiedy się zrobi cieplej będziemy jeździć, jak zwykle, za miasto na wycieczki. Z Toronto się nie wyniesiemy, bo dojazdy do pracy spoza miasta tutaj są zabójcze. Nie mamy zamiaru stać godzinami w korkach.

      Reply
  2. Kasia

    Zabawne, bo tez mna szamoca podobne dylematy. Nawet pomysl na biznes jakis tam sie rysuje ale ten CZAS. Nie da sie rzucic wszystkiego z dnia na dzien, rachunki trzeba z czegos placic. Zadziwiajace, ale nigdy chyba jeszcze nie bylam bardziej znuzona powtarzalnoscia i kolomyja dnia szarego. Pozdrowienia i powodzenia w poszukiwaniach.

    Reply
    1. ResVaria Post author

      @Kasia – dzięki! Sami nie wiemy jak to będzie… zawsze trawa zieleńsza po drugiej stronie. Jak się ma biznes to z kolei nielimitowany czas pracy, przynajmniej na poczatku. Tak źle i tak niedobrze:) Powodzenia!

      Reply
  3. Pelargonia

    Ciekawe przemyślenia. Dla mnie aż ezgotyczne, bo jako freelancer tęsknię właśnie do ustalonego rytmu, rutyny. Osobiście najbardziej lubię te szare tygodnie, kiedy siedzę przed kompem dzień w dzień osiem godzin i nic się nie zmienia 🙂 A potem przychodzi okres zmian, decyzje o kolejnych projektach – i w niczym się nie można połapać. Od jakiegoś czasu umawiam się do dentysty na przyziemne czyszczenie i autentycznie nie mogę wybrać dnia, bo nie jestem w stanie przewidzieć, czy i gdzie wtedy będę. To dziwne uczucie.

    A życie pędzi, oczywiście, dla każdego – i dla tych na etacie, i dla tych z wolnym zawodem.

    Reply
    1. ResVaria Post author

      @Pelargonio – każdy kij ma dwa końce i nawet przyzwyczajenia i upodobania, przynajmniej moje, się falowo zmieniają, natężają i wracają. Mnie zabija monotonia mojej pracy. Ale może się w końcu zmieni. Muszę jeszcze trochę wytrzymać.

      Reply
  4. evita_duarte

    Wpis bardzo bliski, bo choc z NY do Toronto daleko to jednak bardzo podobnie. My mamy mieszkanie bo na dom w mojej okolicy trzebaby wydac 2-3M, ale okazuje sie, ze teraz to i na mieszkanie nie bardzo byloby nas stac i jak mowisz, z jednej strony to cieszy, bo sprzeda sie wyzej, z drugiej ciezko tu zyc. Wszystko jest szybko, praca, dom, dziecko w przedszkolu pol dnia a chcialobysie zwolnic, spedzic z nim czas. Za dwa tygodnie przyjdzie nastepne i tez bedzie kolowrotek. Myslimy o przerowadzce zwlaszcza, ze rodziny tu nie mamy, wiec wiele nas nie trzyma. Pozdrawiam.

    Reply
    1. ResVaria Post author

      @Evita – trzymam kciuki za powodzenie w akcji numer dwa! Całe szczęście Toronto dalej jest jednak o wiele mniejsze niż NYC, więc mam nadzieję, że zachowa swój charakter i małe spokojne dzielnice. Kanadyjczycy zdecydowanie mniej (nie wszyscy oczywiście) pędzą niż Amerykanie, więc nadzieja jest…

      Reply
  5. Alicja

    Pamiętam, że planowaliście drzewo-tulipanowiec. Nie wiem, czy posadziliście, ale to nasze tutaj właśnie kwitnie i ja wręcz uwielbiam jego kwiaty. Kształt, kolor, nawet wielkość zupełnie jak tulipany – takie piękne kielichy. Zaletą tego drzewa jest to, że bardzo długo utrzymuje swoje liście w jesieni. Chyba tylko drzewo gingko dłużej je trzyma zanim opadną. Pozdrowienia.
    Alicja

    Reply
  6. Justyna

    ech, u mnie to samo. ja juz mam tak dosyc tego pedzacego NYC, ze moglabym sie stad wyprowadzic tak jak stoje… niestety, praca, dziecko w szkole, dom… i jeszcze zimny maj…

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *