Majowa plucha i lektury na lato.


No i mamy klasyczną torontońską aurę. Zwykle od poniedziałku do piątku jest słonecznie i ciepło, po czym kiedy zbliża się piątkowy wieczór matka natura/bogowie/kosmici/spiskowcy nasyłają nad naszą część Ontario chmury, wiatry, ulewy i fale zimnego powietrza. Właściwie tak właśnie to wygląda, mniej lub bardziej regularnie, od kilku dobrych tygodni. Czasem oczywiście natura/bogowie/kosmici/spiskowcy robią wyjątki od reguły i akurat ten tydzień jest cały nad wyraz nieprzyjemny. Może to dlatego, że mieliśmy wyjątkowo ciepły kwiecień, więc żeby nie było nam za dobrze maj jest zimy, nieprzyjemny i paskudny. Kilka minut temu próbowałem wypuścić naszego psa do ogrodu, ale po kilku krokach w deszczu zrobił w tył zwrot, popatrzył się na mnie z wyrzutem i popędził do domu, żeby móc dalej spać. Jak wiadomo w czasie deszczu psy się nudzą a nasz do tego zwykle chrapie głośno i śpi głęboko, rozkoszując się swoimi pieskimi snami.

Oczywiście nie poddajemy się żywiołom i dzielnie stawiamy opór aurze. Dzisiaj na przykład rozgrzewamy się winem, a wcześniej herbatą. Poza tym od prawie dwóch miesięcy staram się jakoś ogarnąć drewno i narzędzia w moim piwnicznym warsztacie. Zwykle wprawia mnie to w pozytywny nastrój. O tym jednak może w innym wpisie.
***
Zaczyna się sezon wizytowo-rewizytowy. Jakiś czas temu moja siostra i szwagier wrócili z Polski. Z powodu islandzkiego wulkanu ich wakacje przedłużyły się o tydzień, co w sumie było całkiem miłą niespodziewajką. Niebawem za wielką wodę poleci M., potem będziemy mieć gości właściwie aż do jesieni. Mam nadzieję, że wulkan nie będzie się za bardzo awanturował i wszystkie wizyty odbędą się zgodnie z planem.
***
Robię sobie listę lektur na lato. Zwykle wracam do klasyków, czasem tych z dzieciństwa, a często sięgam po coś na co od dawna mam ochotę i jakoś nigdy mi się nie udało dotrzeć. Ostatnie dwa miesiące spędziłem w towarzystwie książek o drewnie, robieniu mebli, narzędziach i tak dalej. Na półce mam ponad czterdzieści (!) tytułów z naszej biblioteki miejskiej i kilka innych, które kupiłem tu i ówdzie. Ale powoli czas wrócić do literatury. Nie wiem czy również miewacie takie wakacyjno-letnie ciągi literackie, ale mnie zawsze to dopada, choć język, styl i gatunek zależą od mojego nastroju. Kilka lat temu wzięło mnie na przykład na dwie części doskonałych opowiastek kryminalnych Jiřího Marka. Najpierw przeczytałem “Panoptikum grzesznych ludzi”, którą to książkę zupełnie przypadkiem znalazłem kiedyś w jakichś dziwnych okolicznościach, których już teraz zupełnie nie pamiętam. Doskonała lektura, a polski przekład jest bardzo przyzwoity, to takie kryminały w starym stylu. Potem pobiegłem do mojej biblioteki uniwersyteckiej i wypożyczyłem inny tom po czesku (Panoptikum Města pražského) i pochłonąłem go w ciągu kilku dni. To mi przypomina stare dzieje kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Alexandra Dumas’a… To był rok bodajże 1985 albo tak jakoś. W bibliotece miejskiej mieliśmy “Trzech muszkieterów”. Wziąłem sobie tę książke do dziadków do Stonavy. No i oczywiście po kilku dniach skończyłem, z wypiekami na czole i policzkach. Ale nie miałem drugiej części a do dziadków pojechałem na kilka tygodni, więc nie za bardzo wiedziałem co mam robić. Byłem zapisany, dosyć nieformalnie, do niestniejącej już biblioteki w nieistniejących Łąkach nad Olzą (Louky nad Olší – swoją drogą wstyd, że w Wikipedii nie ma wpisu na ten temat po polsku…). Bibliotekę prowadziła dobra koleżanka moich dziadków, Pani Wanda. Pojechałem więc na rowerze babci do biblioteki z nadzieją na dalszy tom. Okazało się, że owszem, mają drugą częśc, ale tylko po czesku, bo po polsku akurat ktoś wypożyczył. Machnąłem ręką i wziąłem. W domu zaraz się zabrałem do lektury i poszło mi dosyć gładko, z czego oczywiście byłem bardzo zadowolony, bo do tej pory po czesku czytywałem głównie bajki i książki “dla dzieci”. Kiedy czytałem drugą częśc zupełnie przypadkiem znalazłem na strychu w szafie z książkami (u dziadków na strychu była fantastyczna szafa z książkami) trzecią część opowieści o muszkieterach, co ciekawe również po czesku. Ciekawe o tyle, że w domu dziadków większość książek była po polsku. Po skończeniu “Dwudziestu lat później” zabrałem się więc za “Vice-hrabiego…”, ale jakoś mnie znudziła, bo oczywiście spodziewałem się tych samych bohaterów a tu wszystko się pozmieniało. Nie miałem serca do tej trzeciej części i do tej pory jej nie przeczytałem, za to popędziłem z powrotem do Pani Wandy i za jej rekomendacją wypożyczyłem sobie “Hrabě Monte-Christo” czyli rzecz jasna “Hrabiego Monte Christo”, znów po czesku. Oj co to była za lektura. Jeszcze większe wypieki na twarzy, nieprzespane noce i intryga rozwijająca się szybko na kartach powieści. Do tej pory pamiętam jaką frajdę mi sprawiał ten grubaśny tom. Od tamtej pory nie czytałem go ani razu w żadnym języku, ale właśnie zacząłem sobie robić listę książek na lato i to jedna z pozycji na mur beton. Tyle, że tym razem po angielsku, czyli “Count of Monte Cristo,” bo nie mam dostępu do czeskiej wersji. Jeśli kiedyś nauczę się dobrze francuskiego to głównie dla tej książki. Nie uważam twórczości Dumasa za wybitną literaturę, ale muszę przyznać, że Monte Christo to mistrzowska opowieść o zemście. Ciekawe jak mi się ją po dwudziestu z hakiem latach będzie czytać…

Na mojej liście poza Dumas wpisałem coś Pilcha (Narty Ojca Świętego? Moje pierwsze samobójstwo?), Krajewskiego (“Śmierć w Breslau” i dalsze części), Stasiuka (“Jadąc do Babadag”), Dehnela (“Lala”) i… Sherlocka Holmes’a. Dobrze zapowiada się też najnowszy Škvorecký, który żeby było zabawnie, mieszka od lat w Toronto. Dosyć eklektycznie i dosyć nietypowo, bo od lat czytam głównie po angielsku, ale chyba mam teraz potrzebę sięgnięcia do “źródeł” (stąd Dumas i Doyle) i do książek w jakichś słowiańskich językach, żeby całkiem nie zatracić językowego wyczucia, co niestety każdej osobie na emigracji prędzej lub później grozi. Od jakiegoś czasu chodzi też za mną Singer, tyle, że nie za bardzo wiem w jakim języku go czytać. Mam wrażenie, że angielskie przekłady są uproszczone (przynajmniej takie czytałem opinie), po polsku wydawał mi się nudny a jidysz nie znam. Wpadło mi do głowy, żeby się dla Singera nauczyć czytać w jidysz. Nie wydaje mi się to bardzo trudne, bo w końcu jidysz podobny jest do niemieckiego, ale moja doba musiała by mieć chyba 60 godzin. Może kiedyś. Ktoś ma jakieś doświadczenia z Singerem albo jidysz? Proszę o rekomendacje.
***
Skoro już o pisarzach mowa, to wpadła mi jakiś czas temu do ręki książka Olgierda Budrewicza “Z Polską w sercu – opowieści o ludziach niezwykłych.” To seria reportaży-wywiadów Budrewicza z ciekawymi Polakami, którzy z takich czy innych względów znaleźli się na emigracji, ale nie tylko. Wśród rozmówców znalazł się między innymi właśnie Isaac Bashevis Singer. Bardzo ciekawa rozmowa i niezwykle ciekawa postać pisarza wyłania się z reportażu Budrewicza. Zafascynowało mnie to, że człowiek, który całą młodość spędził w Polsce, doskonale znał polski i wielokrotnie pisał o Polsce z nostalgią właściwie niczego po polsku nie napisał. Podobnie sprawa się miała z Franzem Kafką, który również świetnie znał czeski i wychował się w Pradze, ale pisał tylko po niemiecku. Wracam jednak do Budrewicza – gorąco polecam, bo ludzie z którymi rozmawiał to naprawdę niezwykle ciekawe postacie. Chyba będę musiał przeczytać całość.
***
Wspomniałem wyżej Sherlocka Holmesa. Ci którzy mnie znają prywatnie wiedzą, że od “zawsze” jestem wielkim miłośnikiem kryminałów. Z Holmes’em zetknąłem się jeszcze w szkole podstawowej a podczas jednej z wizyt u Pani Wandy w łęckiej bibliotece wypożyczyłem sobie “Psa Baskervillów”, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza, że dom moich dziadków, jak wiele starych domów, potęgował atmosferę grozy. Później nie wracałem już do twórczości A. Conan Doyle’a i nigdy nie czytałem go po angielsku, ale ostatnio coś mnie naszło na powtórkę. Poniekąd, ale tylko do pewnego stopnia, to wpływ filmu, który obejrzeliśmy kilka dni temu. Muszę przyznać, że choć bardzo lubię to co robi Guy Ritchie i “Snatch” widziałem chyba z dziesięć razy, wydawało mi się, że jego Holmes będzie kiepski, może to wina migawek, które obejrzałem w internecie. Bardzo przyjemnie się rozczarowałem, bo film jest nie tyko bardzo ładnie zrobiony (wiktoriański Londyn jest naprawdę wspaniały) ale do tego reżyser i aktorzy podeszli do literackiego klasyka ze zdrowym dystansem, co bardzo odświeżyło całość. Jeśli ktoś nie widział to bardzo polecam, dialogi są zabawne, jak zwykle u Ritchiego, aktorzy mają widoczną frajdę z tego co robią a sam scenariusz też niczego sobie. I jeszcze doskonała muzyka, w tym kilka bardzo fajnych kawałków jak ten…



…i kilka soczystych irlandzkich kawałków The Dubliners, ot choćby to…


Ten film na pewno znajdzie się w naszej kolekcji. A teraz oczywiście mam ochotę przeczytać całego Doyle’a od deski do deski…
***
Na zakończenie chciałem się z Wami podzielić dosyć nową piosenką Voo Voo, tym razem z muzykami z Ukrainy. Mnie się podoba, jak większość twórczości Waglewskiego. Podziwiam jego eklektyzm. Tym którzy nie znają kto zacz przypominam “Kolegów” i “Kasztanki“, do posłuchania w linkach.



W poszukiwaniu tożsamości




Nie będzie wielką przesadą jeśli napiszę, że odkąd sięgam pamięcią zawsze miałem kłopoty z tożsamością. Nie tylko swoją ale całej rodziny. Mój pradziadek ze strony mamy (ojciec dziadka) pochodził spod Krakowa, a prababka z Zaolzia. Oba miejsca w tamtych czasach wchodziły w skład państwa Habsburgów i moja prababcia niejednokrotnie opowiadała mi przed snem historię o tym jak kiedyś Cysorz Franciszek przejyżdoł koło ich domu. Prababcia zawsze mówiła o austro-węgierskiej przeszłości z wyraźnym afektem a dziadek, jej syn, miał w swojej kolekcji monet fusate korony czyli ciężkie srebrne korony z Franciszkiem Józefem, który wyglądał na nich tak dostojnie, że w moim dziecięcym umyśle narodził się podświadomy szacunek do monarchii. W jakimś stopniu tkwi to we mnie do dzisiaj, bo zdecydowanie przedkładam kraje w których głową państwa jest konstytucyjny monarcha nad te które mają prezydenta. Nie oznacza to bynajmniej, że jestem konserwatywny, wręcz odwrotnie, ale o tym może innym razem. Pozwólcie, że teraz wróce do moich przodków.

Tak więc dziadkowie ze strony mamy mieszkali na Zaolziu i jak cała reszta rodziny, byli ze swojej zaolziańskiej tożsamości bardzo dumni. Choć byli (i są) obywatelami Czech a poprzednio nieboszczki Czechosłowacji, jak spora częśc mieszkańców Zaolzia w domu wszyscy bez wyjątku używali zaolziańskiej odmiany śląskiego. Z kolei dziadkowie ze strony taty byli Ślązakami z Górnego Śląska, chóc mój dziadek urodził się w zagłębiu Ruhry i spora częśc jego rodziny od lat mieszka w Niemczech. Zarówno babcia jak i dziadek mówili tylko i wyłącznie po śląsku albo jeśli trzeba było (zwłaszcza dziadek) niemiecku, polski był dla nich językiem “Goroli” czyli ludzi napływowych spoza Śląska. Żona brata mojego dziadka, Franciszka, znała polski na tyle słabo, że liczyć i modlić się potrafiła tylko i wyłącznie po niemiecku. Kiedy byłem mały dosyć często do nas przyjeżdżała i dzięki niej poznałem niemieckie liczebniki. Jak widać, z grubsza ujmując moja rodzina pochodzi z pruskiej albo habsburskiej części Śląska.

Kiedy zacząłem chodzić do szkoły bardzo szybko zauważyłem, że w klasie część ludzi mówi po śląsku, część po polsku a ja nie potrafię się do żadnej grupy zaliczyć. Poniekąd dlatego, że choć z zaolziańska częścią rodziny rozmawialiśmy zawsze “po naszymu” a z dziadkami po polskiej stronie granicy po śląsku, moi rodzice ze mną i z siostrą zawsze starali się rozmawiać literacką polszczyzną. Przez to dla kolegów z klasy byłem podejrzanym typem, a do tego mój śląski w wersji zaolziańskiej od zawsze był lepszy niż ten w wersji górnośląskiej. Byłem więc rodzajem zwierza, które nie podlega łatwej klasyfikacji, zwłaszcza, że poza językiem bardzo szybko odkryłem inne różnice. W przeciwieństwie do wszystkich innych osób w klasie nie byłem ani katolikiem ani protestantem, co na tradycyjnie dosyć pobożnym Śląsku dla mnie i mojej siostry dosyć często było powodem mniejszych lub większych tarapatów. Ludzie z mojego otoczenia nie chcieli wierzyć, że nikt w mojej rodzinie nie chodzi do kościoła i wszyscy myśleli, że to pewnie dlatego, że moja mama jest “Czeszką”. Tak, dla większości ludzi z polskiego Śląska i reszty Polski Zaolziacy to Czesi, choć sami zainteresowani byliby niezmiernie zdziwieni i to bynajmniej nie pozytywnie, słysząc takie słowa. No ale skoro jeździłem do dziadków do Czechosłowacji to przecież musiało oznaczać, że jestem w połowie Czechem. Paradoksalnie im jestem starszy tym bardziej zgadzam się z tą “łatką”. Z biegiem czasu zdałem sobie bowiem sprawę, że tak właśnie jest: językowo czuję się Polakiem ale kulturowo o wiele więcej łączy mnie z Czechami niż z Polską. Dorastaliśmy z siostrą na czeskich bajkach, uwielbiamy czeskie książki, widzieliśmy więcej filmów czeskich niż polskich, słuchamy czeskiej muzyki i oboje z siostrą (M. też złapała bakcyla) bardzo lubimy “czeskie klimaty” czyli piwo przy żywej muzyce i ludziach rodem z powieści Hrabala. Niestety nasz czeski nie jest na tyle dobry, żeby móc uchodzić za Czechów, pozostaje nam kolejna namiastka, ale co tam. Poza tym kiedy większość moich kolegów fascynowała się samochodami i motorami ja wolałem książki. Mój dziadek był redaktorem w pewnym ostrawskim dzienniku i miesięczniku kulturalnym, przez co od młodości miałem kontakt z dużą ilością prasy. Dziadkowie regularnie chodzili do teatru a poza tym sami należeli do różnych miejscowych grup artystycznych, dorastałem więc w domu gdzie na codzień rozmawiało się o książkach i kulturze, jakże odmiennym od większości domów w moim rodzinnym mieście, gdzie od pokoleń życie toczyło się powolnym, tradycyjnym rytmem w centrum którego znajdowała się kopalnia węgla. Proszę mnie źle nie zrozumieć, mam sporo szacunku dla górniczych tradycji Śląska ale zawsze, może niesłusznie, denerwowałem się na niechęć sporej części Ślązaków do książek. Niestety nie miałem kolegów z którymi mógłbym sobie porozmawiać o zapachu terpentyny i albumach z malarstwem (siostra mojej mamy jest artystką malarką), górach albo muzyce jakiej słuchałem na gramofonie mojego wujka (brat mamy był nie tylko górołazem ale też molem książkowym i melomanem).

Kiedy byłem starszy odkryłem, że nie jesteśmy z siostrą sami. W liceum poznałem sporo różnej maści niedopasowanych. Ktoś miał ojca Francuza a matkę z tradycyjnej protestanckiej śląskiej rodziny, kto inny tak jak ja pochodził z rodziny o długich tradycjach agnostycznych, jeszcze kto inny był gejem i dopiero szukał swojej drogi. Nagle okazało się, że jest wielu takich jak my z siostrą. To było pierwsze odkycie po którym przyszło następne, mianowicie takie, że większość z nich miała zamiar wyjechać, bo tak jak my nie potrafili się odnaleźć, choć byli i tacy jak mój przyjaciel z lat młodzieńczych, który do dziś powoli i systematycznie walczy z twardą śląską materią i zmienia rzeczywistość wokół siebie.

Kiedy zamieszkałem w Krakowie chciałem próbowałem się odnaleźć w tamtejszej kulturze ale choć samo miasto zawsze bardzo mi się podobało od miejscowych oddzielała mnie niewidzialna bariera. Przeszkadzała mi religijność, w moim przekonaniu zbyt wielka, tego miasta i konserwatyzm społeczny jego mieszkańców. I zbiorowa zmowa milczenia nad dawnym żydowskim Kazimierzem, który wtedy był w opłakanym stanie. W Krakowie poznałem M., której ojciec jest ze Śląska a mama z Tarnowa. M. też nigdy do końca nie czuła się w Krakowie u siebie, choć to jej rodzinne miasto. Razem było nam łatwiej.

Kiedy pokazałem M. „moje” Zaolzie była wstrząśnięta, bo nagle odkryła, że kilkanaście kilometrów od granicy istnieje kultura o istnieniu której nie miała zupełnie pojęcia. O której nie ma pojęcia do dziś większość Polaków. Od samego początku moja zaolziańska rodzina, na czele z dziadkiem, traktowała M. jak część swojej własnej rodziny, przez co M. bardzo polubiła częste wyjazdy do Stonawy, Karwinej i okolic. Czuła się tam bardzo swojsko, odkryła też na nowo Śląsk skąd pochodzi jej ojciec a ja poznałem okolice Tarnowa i tamtejszy, jakże inny od śląskiego rytm życia.

W Krakowie zaprzyjaźniliśmy się z E. i G., parą tureckich Niemców z Berlina. Podobnie jak my mieli problemy z tożsamością. Choć większość życia spędzili w Berlinie i ich pierwszym językiem jest niemiecki a nie turecki nie do końca potrafią się w berlińskiej rzeczywistości odnaleźć. Zbyt niemieccy dla Turków, zbyt tureccy dla Niemców. To był, poza studiami w UJ jeden z powodów dla których przyjechali do Krakowa. Mieli nadzieję, że Kraków okaże się dla nich łaskawszy i znajdą tam swoje miejsce, ale choć bardzo zżyli się z miastem i nieźle poznali język (E. nawet lepiej niż nieźle) to nie czuli się u siebie. Wieczorami sączyliśmy w czwórkę piwo na krakowskim Kazimierzu i snuli plany na przyszłość. Wiedzieliśmy, że chcemy wyjechać, odnaleźć swoje miejsce i zobaczyć jak się żyje gdzie indziej. Może Czechy albo Turcja, może Berlin, może Kanada…?

Skończyliśmy studia i nadszedł czas rozstań, E&G wyjechali do Tokio a M. i ja do Ankary.
Ankara była kolejnym przystankiem w drodze do znalezienia swojego miejsca i tożsamości. Ponad trzy lata w Azji Mniejszej uświadomiły nam, że choć Turcy są bardzo miłymi ludźmi i fascynuje nas ich język, muzyka i kultura to nie jest to miejsce w którym czujemy się u siebie. Polska miała właśnie wejść do Unii, braliśmy nawet udział w referendum w tej sprawie w polskiej ambasadzie w Ankarze. Miałem nadzieję, że może w Wielkiej Brytanii wreszcie znajdziemy miejsce dla siebie. Tymczasem zupełnie niespodziewanie na horyzoncie pojawiło się Toronto…

Wyjechaliśmy z M. do Kanady i zamieszkali w Toronto. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że wreszcie mieszkam w miejscu gdzie mogę być sobą i czuć się częścią otaczającego mnie świata. Coraz częściej zacząłem myśleć o tożsamości i tym kim tak naprawdę jestem. Polakiem? Ślązakiem? Zaolzianinem? Czechem? Hybrydą? Musze przyznać, że do tej pory nie wiem i pewnie dlatego lubię mówić o sobie, że jestem Ślązakiem z obu stron niestniejącej już granicy albo Europejczykiem, choć zdaję sobie sprawę, że pierwsze określenie dla wielu ludzi jest niejasne a drugie wydaje mi sie zbyt ogólne. Może kanadyjski paszport rozwiąże mój dylemat, w końcu w Toronto ponad połowa mieszkańców urodziła się poza Kanadą…

Póki co staram się cieszyć otaczającą nas kanadyjską rzeczywistością i wydaje mi się, że znalazłem swoje miejsce, spokój duszy i przeznaczenie. Mimo to często wracam myślami i wspomnieniami do Zaolzia i nieco rzadziej do Śląska. Sporo rozmawiałem o swoich przemyśleniach z M. i z pewną bardzo mi kiedyś bliską osobą z mojego rodzinnego miasta, ktora teraz mieszka na południu Stanów. Jednak to właśnie w ResVaria przelewam swoje myśli na “papier”. Z założenia miał to być rodzaj notatnika o codziennym życiu w Toronto ale kiedy patrzę na to co tu napisałem to widzę, że coraz więcej piszę o Zaolziu i Śląsku a coraz mniej o Toronto. No cóż, może tak ma być.

Kiedy robię bilans to wydaje mi się, że na całej mojej rodzinie Zaolzie odcisnęło o wiele większe piętno niż polska część Śląska. I czasem zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym urodził się nieco wcześniej. I jak, wbrew pozorom bardzo urozmaiconym terenem jest cały Śląsk. Bardzo ładnie opisuje to w swojej balladzie Jaromír Nohavica. Myślę, że ta krótka piosenka oddaje bardzo dokładnie to co telepie się w mojej duszy od dzieciństwa, pozwolę więc ją sobie zaprezentować, wraz z moim nieco pospiesznym tłumaczeniem z czeskiego.
A więc Těšínská / Cieszyńska, kwintesencja mojego poszukiwania tożsamości…


Gdybym urodził się przed stu laty
w tym mieście
w ogrodzie Larischa zrywałbym kwiaty
swojej kobiecie

Moją narzeczoną byłaby córka szewca
z domu Kamińskich, skadś ze Lwowa
kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu
w domu Żyda Kohna
najładniejszym ze wszystkich cieszyńskich klejnotów
byłaby ona

Mówiłaby po polsku i trochę po czesku
kilka słów po niemiecku i śmiała by się ładnie
Raz na sto lat zdarza się cud
zdarza się cud

Gdybym się urodził przed stu laty
byłbym introligatorem
pracowałbym u Prohazki od piątej do piątej
i brałbym za to siedem złotych.

Miałbym piękną żonę i troje dzieci
byłbym zdrów i miałbym około trzydziestki
całe długie życie przed sobą
cały piękny dwudziesty wiek

Gdybym się urodził przed stu laty
w innej epoce
w ogrodzie Larischa zrywałbym kwiaty
moja kochana tobie

Tramwaj by jeździł przez rzekę na górę
słońce by podnosiło graniczny szlaban
a z okien pachniałby
świąteczny obiad

Wieczorem u Mojżesza rozbrzmiewałaby
pradawna melodia
byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć
za domem płynęłaby rzeka

Widzę to jak dziś, szczęśliwego siebie
żonę i dzeci i cieszyńskie niebo
tyle, że człowiek nigdy nie wie
co go czeka.


(słowa, muzyka: Jaromír Nohavica, tłum. moje)
Tekst piosenki po czesku znajdziecie tutaj. Jest tam też inny polski przekład, ale bardziej literacki a mnie chodziło o treść, więc pozwoliłem sobie wstawić własny.



Coś się kończy, coś się zaczyna…


Cos sie konczy cos sie zaczyna

Smok pożerający swój własny ogon symbolizuje ciągłą zmienność we wszechświecie.

Każdy, kto zdecydował się na emigrację prędzej czy później musi się zmierzyć z problemami egzystencjalnymi. Kiedy wyjeżdżamy czas nie staje w miejscu, ludzie których znamy zakładają rodziny, rozchodzą się, mają dzieci, chorują i starzeją się razem z nami. Wydaje nam się, że mamy jakąś namiastkę kontroli nad swoim życiem a poza tym staramy się uczestniczyć na bieżąco, na tyle na ile pozwalają dzielące nas oceany i granice, w życiu naszych bliskich po “tamtej” stronie. Niestety los płata figle i czasem dzwoniący o nietypowej porze telefon przynosi złe wieści, uświadamiając nam, że nie mamy żadnego wpływu na to co się dzieje z nami albo z naszymi rodzinami za wielką wodą. Telefon zadzwonił we wtorek rano…

Od kilku tygodni z radością ale też sporą dozą stresu czekaliśmy na ślub mojej siostry. A. podczas swojej kolejnej wizyty u nas poznała E., bardzo miłego Kanadyjczyka o koreańskich korzeniach. Postanowili zamieszkać ze sobą i się pobrać, co bardzo nas ucieszyło, bo zawsze chciałem, żeby moja siostra mieszkała w Kanadzie. Nie wiem czy każdy starszy brat tak ma, ale dla mnie ślub mojej siostry był dosyć dużym emocjonalnym wyzwaniem. Nie za bardzo potrafię to wytłumaczyć, ale chyba polega to na tym, że podświadomie poczułem upływ czasu i musiałem stawić czoła nowej rzeczywistości. Poza tym przez te wszystkie lata w Toronto wypracowaliśmy sobie z M. nasze własne ścieżki i pojawienie się A. dużo w naszej codzienności zmieniło, z dnia na dzień nasza mała rodzina powiększyła się znacznie.

We wtorek rano, dzień przed ślubem szedłem zanieść garnitur do czyszczenia kiedy zadzwonił telefon. M. załamanym głosem powiedziała mi, że przed chwilą dzwonił do niej mój tato ze złą wiadomością. Na stokach Mount Everestu zmarł w nocy młodszy brat mojej mamy, Wiesław, wieczny optymista i bardzo mi bliski wujek. (Na końcu znajdziecie linki do artykułów prasowych po polsku i angielsku). Odkąd sięgam pamięcią Wiesław włóczył się po górach i za każdym razem po kolejnej wyprawie snuł plany następnej. Był na tyle barwną osobowością, że przymierzam się do specjalnego wpisu o nim ale to musi poczekać, bo póki co wszyscy czujemy się jakbyśmy dostali młotkiem w głowę.

Wczoraj udało nam się wszystkim jakoś zebrać w sobie i moja siostra szczęśliwie wyszła za mąż. Od samego początku miało być bardzo skromnie i bez imprezy, tak też się stało. Była cudowna pogoda.

Kilka dni a tak wiele emocji. Początek, koniec, bezradność, radość, smutek i gorycz, wszystko naraz się miesza i kotłuje. Najgorsze jet to, że w takich sytuacjach nie da się zupełnie nic zrobić. Uświadamiam sobie po raz kolejny jak kruchymi istotami jesteśmy i jak mało od nas zależy. Coś się kończy, coś się zaczyna a my z każdym nowym dniem musimy się starać przeżyć najlepiej czas jaki nam jest dany i doceniać to co mamy…
——–
Linki do artykułow z prasy:
po polsku
po angielsku



Pecynek, szołdra i śmiergust


*********
Słowa kursywą pochodzą z gwary zaolziańskiej, czyli takiej wersji śląskiego jaką posługuje się moja rodzina na Zaolziu. Sami zaolziacy nazywają język, którym mówią na codzień “po naszymu“.
*********
Kiedy byłem małym chłopcem, uwielbiałem Wielkanoc. Do dziś w mojej pamięci tkwią tamte zapachy, smaki i tradycje oraz ludzie, którzy w większości już dawno odeszli.
Co ciekawe, nie pamiętam prawie nic z Wielkanocy w Polsce. Zdarzyło mi się ją tam spędzić tylko kilka razy i mam niewiele skojarzeń poza zwyczajowym ‘zajączkiem’, który w niedzielę Wielkanocną chowa w przydomowych śląskich ogródkach słodycze i drobne upominki dla dzieci. Biegaliśmy z siostrą po ogrodzie od jałowca do szopy i z powrotem, szukając śladów i sprawdzając czy zajączek nie zostawił przypadkiem czegoś dla nas w takiej, albo innej kryjówce. Ponieważ nikt w mojej rodzinie nie chodzi do kościoła nigdy nie było w naszym domu koszyczków ze święconką ani innych tradycji tego typu. Za to prawie wszystkie moje Wielkanocne wspomnienia wiążą się z Zaolziem.

Kiedy zjawialiśmy się u moich dziadków w pewnym uroczym miejscu między Czeskim Cieszynem i Karwiną, na stole zawsze były już jakieś wiosenne stroiki a ze starego elektrycznego piekarnika, zwanego w zaolziańskiej gwarze tromba dobiegał zapach świeżo pieczonego baranka. Babcia na górze czyli strychu trzymała starą żeliwną formę, która składała się z dwóch części. Po upieczeniu obu części w rzeczonej trombie babcia przystępowała do najtrudniejszego etapu. Należało tak wyjąć połówki baranka z formy, żeby nie ukruszył się mu nos i uszy, co wcale nie było łatwym zadaniem i babcia nieźle się nieraz denerwowała na przeciwne ciasto. Najczęściej jednak baranek wyskakiwał z formy w całości. Zwykle dzielnie z siostrą asystowaliśmy babci w tym procesie, bo oboje wiedzieliśmy, że jeśli baran wyjdzie z formy bez szwanku będziemy mogli pomóc babci w składaniu połówek. Pod czujnym okiem babci łaczyliśmy obie części baranka kremem, posypywali pudrem albo polewali czekoladą a na koniec zakładali barankowi oczy. Zakładanie oczu to był gwóźdź programu, bo jak wiadomo dopiero baranek z oczami to baranek „prawdziwy”, a nasz baranek oczy miał zawsze takie same, a mianowicie dwa ziarna kawy Standard. Był to w tamtych czasach jedyny dostępny rodzaj kawy na rynku czechosłowackim.

kawa

Po udekorowaniu baran lądował na stole w jadalni a w kuchni przygotowywano tymczasem następne rarytasy. Dosyć często babcia piekła na Wielkanoc doskonałe kołaczyki z serem albo makiem, zwane na Zaolziu kołoczki i wykazujące spore podobieństwo do tradycyjnych czeskich kołaczyków:

koloczki
(Jeśli ktoś chce przepis to służę, robi się je dosyć szybko. Zdjęcie M.)

Najważniejszą i najbardziej nietypową potrawą Wielkanocną były i są jednak na Zaolziu pecynek i szołdra.

pecynek
Pecynek w wersji nieco mniejszej. Zdjęcie robiła M.


Pecynek to rodzaj chleba z razowej mąki żytniej, w którym zapieka się kiełbasę, wędzoną szynkę, wędzony boczek albo inne dobra, przy czym każdy dom ma w tej dziedzinie swoje tradycje. W domu moich dziadków pieczeniem pecynka zajmował się najczęściej dziadek. Ponieważ pecynek powinien trochę poleżeć przed podaniem zwykle kiedy przyjeżdżaliśmy do dziadków gotowe bochny czekały już w spiżarce, zwanej w zaolziańskiej gwarze szpajzka. Z tego powodu nauczyłem się piec pecynek o wiele później, podpatrując mojego tatę, który w pewnym momencie postanowił zrobić dziadkowym wypiekom konkurencję. (Teraz to właśnie tato podtrzymuje tę starą wielkanocną tradycję kulinarną i muszę przyznać, że pecynek jego wypieku jest naprawdę doskonały.) W dużym skrócie wygląda to tak, że wyrośnięte ciasto dzieli się na dwie części. Pierwszą część wykłada się na dnie formy, na wierzchu układa się wzdłuż dłuższej krawędzi formy długie kawałki kiełbasy, szynki albo boczku, a następnie całość szczelnie zamyka drugą połową ciasta. Po upieczeniu pecynek kroi się jak normalny chleb, tyle, że kromki powinny być grubsze, żeby się nie łamał. Polecam, naprawdę doskonałe, o ile do środka włoży się wędliny dobrej jakości. Najlepsze są oczywiście wędliny wędzone w domu, ale porządne sklepowe też mogą być.

Szołdry w domu moich dziadków się nie piekło, za to specjalizowały się w niej siostra mojego dziadka i siostra babci. Szołdra jest poniekąd podobna do pecynka, bo też wkłada się do niej szynkę albo kiełbasę, ale pomiędzy pecynkiem i szołdrą są zasadnicze różnice. Szołdrę piecze się z ciasta pszennego, często francuskiego, a pecynek z mąki żytniej. Poza tym w pecynku z zasady kładzie się obok siebie kilka różnych szynek i kiełbas, podczas gdy szołdra to jeden kawałek wędzonki albo kiełbasy otoczony o wiele cienszą warstwą ciasta niż pecynek. Pomimo pozornych podobieństw pecynek i szołdra zupełnie inaczej smakują. Do tego stopnia, że wiele znanych mi osób ma wyraźnie ustalone preferencje w tym temacie.

szoldra
Szołdra. Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.moraviasilesia.cz

Poza szołdrą, pecynkiem i barankiem na Wielkanocnym stole moich dziadków na Zaolziu można było znaleźć całą masę innych smakołyków. Na wiele dni przed świętami (zarówno Wielkiej Nocy jak i Bożego Narodzenia) babcia zabierała się za pieczenie ciasteczek, których robiła zwykle około dziesięciu albo i więcej rodzajów. Pamiętam doskonałe rogaliki orzechowe, ciasteczka z orzechów laskowych z lukrową polewą, koniczynki z orzechem laskowym, stożki z kokosu, składane ciasteczka z domową marmoladą ze śliwek w środku, ciasteczka z rumem…

Obiad wielkanocny był rytuałem samym w sobie, bo to jedna z niewielu okazji w roku kiedy całe życie rodzinne przenosiło się z kuchni do jadalni. Przed obiadem co roku powtarzaliśmy ten sam rytuał: liczyliśmy ilu nas jest po czym przez kwadrans dorośli dyskutowali żywiołowo o tym, czy należy rozciągnąć stół, czy też nie. My z siostrą byliśmy wielkimi zwolennikami rozciągania, bo przy stole siadało nas sporo a dzieciska zawsze miały najmniej prestiżowe miejsca, więc było nam trochę ciasno. Liczba domowników zmieniała się co roku, bo czasem brat mamy był, innym razem jechoł na gory (jechał się wspinać po górach). Najczęściej był jednak pełen komplet a więc prababka, babcia z dziadkiem, rodzice, brat i siostra mamy, moja siostra i ja, a więc spora gromadka. Z czasem rodzeństwo mamy założyło własne rodziny, więc skład znów się zmieniał, najczęściej na plus. Proszę się więc nie dziwić, że nalegaliśmy z siostrą na rozkładanie stołu. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego ten proces był otoczony taką niechęcia ze strony dorosłych, zwłaszcza, że stół rozkłądało się dosłownie w minutę, ale pewnie ów brak racjonalnego wytłumaczenia jest odpowiedzią samą w sobie. Tak więc zasiadaliśmy do wielkanocnego obiadu w komplecie, czasem przy stole rozłożonym a czasem nie. Sam obiad był bardzo prosty i tradycyjnie śląski a więc rosół z kury z makaronem i knedelkami z wątróbek, pieczony w trombie królik (najczęśćiej w wersji nadziewanej) i ziemniaki a czasem także czeskie knedliki. Na deser kompot, który z nieznanego mi do dzisiaj powodu pozwalano siostrze albo mnie przynosić z piwnicy dopiero po obiedzie. Było wesoło, gwarno i głośno. Wszyscy mówili naraz a nad stołem unosiła się pozytywna aura rodzinnego spotkania. Pamiętam zapachy, głosy i kolory, ale niestety nie da się tego przekazać…

Poniedziałek Wielkanocny, znany zwyczajowo w Polsce jako Śmigus-Dyngus a na Zaolziu jako Śmiergust był dla mnie tą najważniejszą częścią świąt. Moja siostra, czemu się nie dziwię, nie lubiła tego dnia i kiedy tylko mogła zaszywała się przed ludźmi.
Wczesnym rankiem po solidnym śniadaniu, na które tradycyjnie co roku był pecynek i jajecznica na boczku, albo z grzybami, o ile już zdążyły jakieś wyrosnąć, ucinaliśmy z tatą i wujkiem, o ile nie był akurat na gorach albo na szachcie, po gałązce jałowca, wyjmowaliśmy zakupione wcześniej butelki z wątpliwej jakości perfumami, wsiadaliśmy w samochód i zaczynali objazd po domach naszych licznych zaolziańskich krewnych. W każdym domu ten sam rytuał: kropimy perfumami wszystkie panie w domu po czym ‘suszymy’ im nogi korbaczami z jałowcowych gałązek. Potem koniecznie po kawałku pecynka albo szołdry, kawa i tradycyjne pytanie: kiery sam szoferuje. Wszyscy którzy wyglądają na pełnoletnich (według śląskich standardów) i nie prowadzą samochodu dostają po półce czyli po kieliszku czegoś mocniejszego. W każdym domu owa półka jest czym innym: tu serwują miodulę, tam fernet, gdzie indziej domową śliwowicę a jeszcze gdzie indziej becherovkę albo jeszcze co innego. Trzeba bardzo uważać, bo taka mieszanka potrafi być ciężka dla głowy.

Becherovka

Pojawiają się coraz to nowi śmiergustnicy, przy czym wielu z nich znam tylko z owych jednorazowych spotkań. Część mówi po naszymu, częśc zna tylko czeski, czasem pojawia się jakiś Słowak. Wszyscy doskonale się bawią, nikt nie jest agresywny, atmosfera jak z Hrabala. W każdym domu wymieniamy najnowsze plotki, dowiadujemy się co słychać u tego i tamtego, wszędzie chcą, żeby jeszcze zostać, ale przed nami jeszcze wiele kapliczek do odwiedzenia. Z częścią osób uda nam się spotkać w innych miejscach, bo w końcu wszyscy jesteśmy jakoś spokrewnieni, więc będziemy odwiedzać te same domy. Przed wyjściem dzieci dostają słodycze i banknoty*.
Po odwiedzeniu wszystkich ciotek, które odwiedzić należało wracamy do domu na obiad. Zawsze protestowałem, bo bardzo lubiłem takie łażenie po domach i nie chciało mi się wracać. Poza tym… nie byłem głodny, bo w każdym domu wciskano w nas kolejne porcje pecynka lub szołdry i ciasteczek. Jednak obiad poniedziałkowy był tradycją od której w domu dziadków nie było zwolnienia. Moje argumenty o tym, że przecież już jedliśmy nie robiły na dziadkach większego wrażenia. Ja cierpiałem podwójnie, bo na poniedziałkowy obiad Wielkanocny prawie zawsze było coś co uwielbiam a więc wędzone przez mojego dziadka (często przy mojej pomocy) kurczaki, pieczone później w trombie. Kto raz spróbował owego delikatesu ten wie, że nie da się tego smaku porównać z niczym innym. No więc owe kurczaki wjeżdżały na stół, na deser podawano baranka a ja nie byłem w stanie nic przełknąć, choć jedno i drugie bardzo lubiłem, bo cały żołądek wypełniały mi kolejne warstwy pecynka, szołdry i innych dóbr ze wszystkich domów, które owego dnia odwiedziliśmy. Sęk w tym, że nie dało się również odmówić ciociom i wujkom kiedy częstowali tymi domowymi smakołykami…

No i taką właśnie wiosenno, rodzinno-gwarną Wielkanoc z Zaolzia pamiętam. W tym roku, dla podtrzymania tamtych wspomnień upiekłem dwa pecynki i muszę przyznać, że wyszły całkiem nieźle, choć oczywiście nie da się ich porównać do tamtych zaolziańskich, pieczonych w starej elektrycznej trombie w domu moich dziadków.

———————————–
*Proszę sobie wyobrazić, że kiedy byłem dzieckiem ów wielkanocny ‘zarobek’ w czechosłowackich koronach był właściwie jedynym moim ‘dochodem’ w całym roku, poza okazjonalnym kieszonkowym od dziadków. Za ‘zarobione’ datki od ciotek i babć kupowałem potem czeskie książki, modele samolotów do sklejania i czeskie słodycze. Niektóre ciotki były niezwykle hojne i dawały mi po 500 koron, co w latach osiemdziesiątych było zawrotną sumą. Nawet za banknot stukoronowy można było w tamtych latach kupić kilka książek i całą furę słodyczy…
100 koron
Takie stukoronowe banknoty były w obiegu aż do początku lat dziewiędziesiątych czyli końca Czechosłowacji.



Dlaczego kocham Schengen


Pojechałem sobie obejrzeć granicę, której już nie ma. Muszę w tym miejscu wyznać, że na tę chwilę cieszyłem się od dawna. Dlaczego się cieszyłem napiszę pod spodem, teraz czas na zdjęcię granicy bez opuszczonych szlabanów i idiotów w mundurach…

granica

A jeszcze nie tak dawno nie mógłbym nawet zrobic takiego zdjęcia, bo na każdym przejściu straszyła tabliczka ‘fotografowanie surowo wzbronione’, tak jakby zdjęcie granicy miało się przyczynić do upadku socjalistcznego państwa… Pora jednak wyjaśnić przyczyny mojej bez-granicznej radości…

Dawno temu, kiedy jeszcze istniała Czechosłowacja a po Polsce jeździły syrenki, moja rodzina co miesiąc przeżywała ten sam stres: granica. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że większa część mojej rodziny mieszka na Zaolziu. Żeby odwiedzić moją prababcię, dziadków, wujków i ciotki, musiałem z rodzicami i siostrą przechodzić przez granicę. W tamtych czasach nie mieliśmy jeszcze samochodu, więc jeździliśmy pociągiem do Chałupek, skąd pieszo można było przejść do Bogumina (zwanego po czesku Bohumín a po niemiecku Oderberg) a stamtąd pociągiem do Karwinej* (wyjaśnienie odmiany poniżej) , Stonawy i okolic. Cała operacja była trudna i skomplikowana, ale najgorszą częścią była sama granica. Nigdy nie wiedzieliśmy co się nam tym razem przydarzy i czy nas wszystkich przepuszczą. Zaczynało się od samego wejścia na przejście. O ile w takim na przykład Cieszynie ruch pieszych odbywał się w miarę płynnie, to w Chałupkach obsługa granicy wpadła na pomysł, że należy podróżnych sprawdzać grupami. W tym celu przed wejściem zamontowano zamykaną elektrycznie bramkę z dzwonkiem. Od tego jak nacisnęło się nieszczęsny guzik, jak i tego kto usłyszał (lub nie) dzwonienie zależało bardzo często powodzenie całej akcji. Czasem bramka otwierała się od razu i można było podejść do okienka, ale najczęściej trzeba było czekać. Obsługa jadła, więc nie przepuszczali. Obsługa bawiła się pieczątką, więc nie przepuszczali. Obsługa miała zmianę składu, też nie przepuszczali. Obsługa oglądała w telewizji jakiś ważny mecz i wtedy też nie przepuszczali. A czasem obsługa wydzierała się na tego, kto odważył sie nacisnąć dzwonek i wtedy też nie przepuszczali. No ale czemu się dziwić, w końcu jak wiadomo z popularnego wśród mieszkańców pogranicza dowcipu z tamtych czasów, Polska Rzeczpospolita Ludowa i Czechosłowacka Republika Socjalistyczna były bratnimi krajami, a braci, w odróżnieniu od przyjaciół, się nie wybiera. Tak więc bratnia pomoc i współpraca miały się doskonale na papierze i w prasie, ale my spędzaliśmy całe godziny czekając na jakieś braterskie instynkty służb granicznych.