Majowa plucha i lektury na lato.


No i mamy klasyczną torontońską aurę. Zwykle od poniedziałku do piątku jest słonecznie i ciepło, po czym kiedy zbliża się piątkowy wieczór matka natura/bogowie/kosmici/spiskowcy nasyłają nad naszą część Ontario chmury, wiatry, ulewy i fale zimnego powietrza. Właściwie tak właśnie to wygląda, mniej lub bardziej regularnie, od kilku dobrych tygodni. Czasem oczywiście natura/bogowie/kosmici/spiskowcy robią wyjątki od reguły i akurat ten tydzień jest cały nad wyraz nieprzyjemny. Może to dlatego, że mieliśmy wyjątkowo ciepły kwiecień, więc żeby nie było nam za dobrze maj jest zimy, nieprzyjemny i paskudny. Kilka minut temu próbowałem wypuścić naszego psa do ogrodu, ale po kilku krokach w deszczu zrobił w tył zwrot, popatrzył się na mnie z wyrzutem i popędził do domu, żeby móc dalej spać. Jak wiadomo w czasie deszczu psy się nudzą a nasz do tego zwykle chrapie głośno i śpi głęboko, rozkoszując się swoimi pieskimi snami.

Oczywiście nie poddajemy się żywiołom i dzielnie stawiamy opór aurze. Dzisiaj na przykład rozgrzewamy się winem, a wcześniej herbatą. Poza tym od prawie dwóch miesięcy staram się jakoś ogarnąć drewno i narzędzia w moim piwnicznym warsztacie. Zwykle wprawia mnie to w pozytywny nastrój. O tym jednak może w innym wpisie.
***
Zaczyna się sezon wizytowo-rewizytowy. Jakiś czas temu moja siostra i szwagier wrócili z Polski. Z powodu islandzkiego wulkanu ich wakacje przedłużyły się o tydzień, co w sumie było całkiem miłą niespodziewajką. Niebawem za wielką wodę poleci M., potem będziemy mieć gości właściwie aż do jesieni. Mam nadzieję, że wulkan nie będzie się za bardzo awanturował i wszystkie wizyty odbędą się zgodnie z planem.
***
Robię sobie listę lektur na lato. Zwykle wracam do klasyków, czasem tych z dzieciństwa, a często sięgam po coś na co od dawna mam ochotę i jakoś nigdy mi się nie udało dotrzeć. Ostatnie dwa miesiące spędziłem w towarzystwie książek o drewnie, robieniu mebli, narzędziach i tak dalej. Na półce mam ponad czterdzieści (!) tytułów z naszej biblioteki miejskiej i kilka innych, które kupiłem tu i ówdzie. Ale powoli czas wrócić do literatury. Nie wiem czy również miewacie takie wakacyjno-letnie ciągi literackie, ale mnie zawsze to dopada, choć język, styl i gatunek zależą od mojego nastroju. Kilka lat temu wzięło mnie na przykład na dwie części doskonałych opowiastek kryminalnych Jiřího Marka. Najpierw przeczytałem “Panoptikum grzesznych ludzi”, którą to książkę zupełnie przypadkiem znalazłem kiedyś w jakichś dziwnych okolicznościach, których już teraz zupełnie nie pamiętam. Doskonała lektura, a polski przekład jest bardzo przyzwoity, to takie kryminały w starym stylu. Potem pobiegłem do mojej biblioteki uniwersyteckiej i wypożyczyłem inny tom po czesku (Panoptikum Města pražského) i pochłonąłem go w ciągu kilku dni. To mi przypomina stare dzieje kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Alexandra Dumas’a… To był rok bodajże 1985 albo tak jakoś. W bibliotece miejskiej mieliśmy “Trzech muszkieterów”. Wziąłem sobie tę książke do dziadków do Stonavy. No i oczywiście po kilku dniach skończyłem, z wypiekami na czole i policzkach. Ale nie miałem drugiej części a do dziadków pojechałem na kilka tygodni, więc nie za bardzo wiedziałem co mam robić. Byłem zapisany, dosyć nieformalnie, do niestniejącej już biblioteki w nieistniejących Łąkach nad Olzą (Louky nad Olší – swoją drogą wstyd, że w Wikipedii nie ma wpisu na ten temat po polsku…). Bibliotekę prowadziła dobra koleżanka moich dziadków, Pani Wanda. Pojechałem więc na rowerze babci do biblioteki z nadzieją na dalszy tom. Okazało się, że owszem, mają drugą częśc, ale tylko po czesku, bo po polsku akurat ktoś wypożyczył. Machnąłem ręką i wziąłem. W domu zaraz się zabrałem do lektury i poszło mi dosyć gładko, z czego oczywiście byłem bardzo zadowolony, bo do tej pory po czesku czytywałem głównie bajki i książki “dla dzieci”. Kiedy czytałem drugą częśc zupełnie przypadkiem znalazłem na strychu w szafie z książkami (u dziadków na strychu była fantastyczna szafa z książkami) trzecią część opowieści o muszkieterach, co ciekawe również po czesku. Ciekawe o tyle, że w domu dziadków większość książek była po polsku. Po skończeniu “Dwudziestu lat później” zabrałem się więc za “Vice-hrabiego…”, ale jakoś mnie znudziła, bo oczywiście spodziewałem się tych samych bohaterów a tu wszystko się pozmieniało. Nie miałem serca do tej trzeciej części i do tej pory jej nie przeczytałem, za to popędziłem z powrotem do Pani Wandy i za jej rekomendacją wypożyczyłem sobie “Hrabě Monte-Christo” czyli rzecz jasna “Hrabiego Monte Christo”, znów po czesku. Oj co to była za lektura. Jeszcze większe wypieki na twarzy, nieprzespane noce i intryga rozwijająca się szybko na kartach powieści. Do tej pory pamiętam jaką frajdę mi sprawiał ten grubaśny tom. Od tamtej pory nie czytałem go ani razu w żadnym języku, ale właśnie zacząłem sobie robić listę książek na lato i to jedna z pozycji na mur beton. Tyle, że tym razem po angielsku, czyli “Count of Monte Cristo,” bo nie mam dostępu do czeskiej wersji. Jeśli kiedyś nauczę się dobrze francuskiego to głównie dla tej książki. Nie uważam twórczości Dumasa za wybitną literaturę, ale muszę przyznać, że Monte Christo to mistrzowska opowieść o zemście. Ciekawe jak mi się ją po dwudziestu z hakiem latach będzie czytać…

Na mojej liście poza Dumas wpisałem coś Pilcha (Narty Ojca Świętego? Moje pierwsze samobójstwo?), Krajewskiego (“Śmierć w Breslau” i dalsze części), Stasiuka (“Jadąc do Babadag”), Dehnela (“Lala”) i… Sherlocka Holmes’a. Dobrze zapowiada się też najnowszy Škvorecký, który żeby było zabawnie, mieszka od lat w Toronto. Dosyć eklektycznie i dosyć nietypowo, bo od lat czytam głównie po angielsku, ale chyba mam teraz potrzebę sięgnięcia do “źródeł” (stąd Dumas i Doyle) i do książek w jakichś słowiańskich językach, żeby całkiem nie zatracić językowego wyczucia, co niestety każdej osobie na emigracji prędzej lub później grozi. Od jakiegoś czasu chodzi też za mną Singer, tyle, że nie za bardzo wiem w jakim języku go czytać. Mam wrażenie, że angielskie przekłady są uproszczone (przynajmniej takie czytałem opinie), po polsku wydawał mi się nudny a jidysz nie znam. Wpadło mi do głowy, żeby się dla Singera nauczyć czytać w jidysz. Nie wydaje mi się to bardzo trudne, bo w końcu jidysz podobny jest do niemieckiego, ale moja doba musiała by mieć chyba 60 godzin. Może kiedyś. Ktoś ma jakieś doświadczenia z Singerem albo jidysz? Proszę o rekomendacje.
***
Skoro już o pisarzach mowa, to wpadła mi jakiś czas temu do ręki książka Olgierda Budrewicza “Z Polską w sercu – opowieści o ludziach niezwykłych.” To seria reportaży-wywiadów Budrewicza z ciekawymi Polakami, którzy z takich czy innych względów znaleźli się na emigracji, ale nie tylko. Wśród rozmówców znalazł się między innymi właśnie Isaac Bashevis Singer. Bardzo ciekawa rozmowa i niezwykle ciekawa postać pisarza wyłania się z reportażu Budrewicza. Zafascynowało mnie to, że człowiek, który całą młodość spędził w Polsce, doskonale znał polski i wielokrotnie pisał o Polsce z nostalgią właściwie niczego po polsku nie napisał. Podobnie sprawa się miała z Franzem Kafką, który również świetnie znał czeski i wychował się w Pradze, ale pisał tylko po niemiecku. Wracam jednak do Budrewicza – gorąco polecam, bo ludzie z którymi rozmawiał to naprawdę niezwykle ciekawe postacie. Chyba będę musiał przeczytać całość.
***
Wspomniałem wyżej Sherlocka Holmesa. Ci którzy mnie znają prywatnie wiedzą, że od “zawsze” jestem wielkim miłośnikiem kryminałów. Z Holmes’em zetknąłem się jeszcze w szkole podstawowej a podczas jednej z wizyt u Pani Wandy w łęckiej bibliotece wypożyczyłem sobie “Psa Baskervillów”, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza, że dom moich dziadków, jak wiele starych domów, potęgował atmosferę grozy. Później nie wracałem już do twórczości A. Conan Doyle’a i nigdy nie czytałem go po angielsku, ale ostatnio coś mnie naszło na powtórkę. Poniekąd, ale tylko do pewnego stopnia, to wpływ filmu, który obejrzeliśmy kilka dni temu. Muszę przyznać, że choć bardzo lubię to co robi Guy Ritchie i “Snatch” widziałem chyba z dziesięć razy, wydawało mi się, że jego Holmes będzie kiepski, może to wina migawek, które obejrzałem w internecie. Bardzo przyjemnie się rozczarowałem, bo film jest nie tyko bardzo ładnie zrobiony (wiktoriański Londyn jest naprawdę wspaniały) ale do tego reżyser i aktorzy podeszli do literackiego klasyka ze zdrowym dystansem, co bardzo odświeżyło całość. Jeśli ktoś nie widział to bardzo polecam, dialogi są zabawne, jak zwykle u Ritchiego, aktorzy mają widoczną frajdę z tego co robią a sam scenariusz też niczego sobie. I jeszcze doskonała muzyka, w tym kilka bardzo fajnych kawałków jak ten…



…i kilka soczystych irlandzkich kawałków The Dubliners, ot choćby to…


Ten film na pewno znajdzie się w naszej kolekcji. A teraz oczywiście mam ochotę przeczytać całego Doyle’a od deski do deski…
***
Na zakończenie chciałem się z Wami podzielić dosyć nową piosenką Voo Voo, tym razem z muzykami z Ukrainy. Mnie się podoba, jak większość twórczości Waglewskiego. Podziwiam jego eklektyzm. Tym którzy nie znają kto zacz przypominam “Kolegów” i “Kasztanki“, do posłuchania w linkach.



Coś się kończy, coś się zaczyna…


Cos sie konczy cos sie zaczyna

Smok pożerający swój własny ogon symbolizuje ciągłą zmienność we wszechświecie.

Każdy, kto zdecydował się na emigrację prędzej czy później musi się zmierzyć z problemami egzystencjalnymi. Kiedy wyjeżdżamy czas nie staje w miejscu, ludzie których znamy zakładają rodziny, rozchodzą się, mają dzieci, chorują i starzeją się razem z nami. Wydaje nam się, że mamy jakąś namiastkę kontroli nad swoim życiem a poza tym staramy się uczestniczyć na bieżąco, na tyle na ile pozwalają dzielące nas oceany i granice, w życiu naszych bliskich po “tamtej” stronie. Niestety los płata figle i czasem dzwoniący o nietypowej porze telefon przynosi złe wieści, uświadamiając nam, że nie mamy żadnego wpływu na to co się dzieje z nami albo z naszymi rodzinami za wielką wodą. Telefon zadzwonił we wtorek rano…

Od kilku tygodni z radością ale też sporą dozą stresu czekaliśmy na ślub mojej siostry. A. podczas swojej kolejnej wizyty u nas poznała E., bardzo miłego Kanadyjczyka o koreańskich korzeniach. Postanowili zamieszkać ze sobą i się pobrać, co bardzo nas ucieszyło, bo zawsze chciałem, żeby moja siostra mieszkała w Kanadzie. Nie wiem czy każdy starszy brat tak ma, ale dla mnie ślub mojej siostry był dosyć dużym emocjonalnym wyzwaniem. Nie za bardzo potrafię to wytłumaczyć, ale chyba polega to na tym, że podświadomie poczułem upływ czasu i musiałem stawić czoła nowej rzeczywistości. Poza tym przez te wszystkie lata w Toronto wypracowaliśmy sobie z M. nasze własne ścieżki i pojawienie się A. dużo w naszej codzienności zmieniło, z dnia na dzień nasza mała rodzina powiększyła się znacznie.

We wtorek rano, dzień przed ślubem szedłem zanieść garnitur do czyszczenia kiedy zadzwonił telefon. M. załamanym głosem powiedziała mi, że przed chwilą dzwonił do niej mój tato ze złą wiadomością. Na stokach Mount Everestu zmarł w nocy młodszy brat mojej mamy, Wiesław, wieczny optymista i bardzo mi bliski wujek. (Na końcu znajdziecie linki do artykułów prasowych po polsku i angielsku). Odkąd sięgam pamięcią Wiesław włóczył się po górach i za każdym razem po kolejnej wyprawie snuł plany następnej. Był na tyle barwną osobowością, że przymierzam się do specjalnego wpisu o nim ale to musi poczekać, bo póki co wszyscy czujemy się jakbyśmy dostali młotkiem w głowę.

Wczoraj udało nam się wszystkim jakoś zebrać w sobie i moja siostra szczęśliwie wyszła za mąż. Od samego początku miało być bardzo skromnie i bez imprezy, tak też się stało. Była cudowna pogoda.

Kilka dni a tak wiele emocji. Początek, koniec, bezradność, radość, smutek i gorycz, wszystko naraz się miesza i kotłuje. Najgorsze jet to, że w takich sytuacjach nie da się zupełnie nic zrobić. Uświadamiam sobie po raz kolejny jak kruchymi istotami jesteśmy i jak mało od nas zależy. Coś się kończy, coś się zaczyna a my z każdym nowym dniem musimy się starać przeżyć najlepiej czas jaki nam jest dany i doceniać to co mamy…
——–
Linki do artykułow z prasy:
po polsku
po angielsku



Dlaczego kocham Schengen


Pojechałem sobie obejrzeć granicę, której już nie ma. Muszę w tym miejscu wyznać, że na tę chwilę cieszyłem się od dawna. Dlaczego się cieszyłem napiszę pod spodem, teraz czas na zdjęcię granicy bez opuszczonych szlabanów i idiotów w mundurach…

granica

A jeszcze nie tak dawno nie mógłbym nawet zrobic takiego zdjęcia, bo na każdym przejściu straszyła tabliczka ‘fotografowanie surowo wzbronione’, tak jakby zdjęcie granicy miało się przyczynić do upadku socjalistcznego państwa… Pora jednak wyjaśnić przyczyny mojej bez-granicznej radości…

Dawno temu, kiedy jeszcze istniała Czechosłowacja a po Polsce jeździły syrenki, moja rodzina co miesiąc przeżywała ten sam stres: granica. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że większa część mojej rodziny mieszka na Zaolziu. Żeby odwiedzić moją prababcię, dziadków, wujków i ciotki, musiałem z rodzicami i siostrą przechodzić przez granicę. W tamtych czasach nie mieliśmy jeszcze samochodu, więc jeździliśmy pociągiem do Chałupek, skąd pieszo można było przejść do Bogumina (zwanego po czesku Bohumín a po niemiecku Oderberg) a stamtąd pociągiem do Karwinej* (wyjaśnienie odmiany poniżej) , Stonawy i okolic. Cała operacja była trudna i skomplikowana, ale najgorszą częścią była sama granica. Nigdy nie wiedzieliśmy co się nam tym razem przydarzy i czy nas wszystkich przepuszczą. Zaczynało się od samego wejścia na przejście. O ile w takim na przykład Cieszynie ruch pieszych odbywał się w miarę płynnie, to w Chałupkach obsługa granicy wpadła na pomysł, że należy podróżnych sprawdzać grupami. W tym celu przed wejściem zamontowano zamykaną elektrycznie bramkę z dzwonkiem. Od tego jak nacisnęło się nieszczęsny guzik, jak i tego kto usłyszał (lub nie) dzwonienie zależało bardzo często powodzenie całej akcji. Czasem bramka otwierała się od razu i można było podejść do okienka, ale najczęściej trzeba było czekać. Obsługa jadła, więc nie przepuszczali. Obsługa bawiła się pieczątką, więc nie przepuszczali. Obsługa miała zmianę składu, też nie przepuszczali. Obsługa oglądała w telewizji jakiś ważny mecz i wtedy też nie przepuszczali. A czasem obsługa wydzierała się na tego, kto odważył sie nacisnąć dzwonek i wtedy też nie przepuszczali. No ale czemu się dziwić, w końcu jak wiadomo z popularnego wśród mieszkańców pogranicza dowcipu z tamtych czasów, Polska Rzeczpospolita Ludowa i Czechosłowacka Republika Socjalistyczna były bratnimi krajami, a braci, w odróżnieniu od przyjaciół, się nie wybiera. Tak więc bratnia pomoc i współpraca miały się doskonale na papierze i w prasie, ale my spędzaliśmy całe godziny czekając na jakieś braterskie instynkty służb granicznych.



Spotkania po latach


W przyszłym roku minie piętnaście lat odkąd zdawaliśmy maturę. Piętnaście lat, prawie połowa mojego życia… Z tej okazji po raz pierwszy nasza klasa postanowiła się zorganizować i spotkać. Właśnie wróciłem ze spotkania i głowę mam pełną myśli.

W każdej zorganizowanej grupie są ludzie, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Nie inaczej jest z ludźmi, z którymi kiedyś chodziliśmy do klasy. Dzisiaj mieliśmy ułatwione zadanie, bo dzięki “naszej klasie” wiemy jak wyglądamy po latach. Przypominamy sobie nasze wspólne radości, porażki, żarty i tak powoli pojedyńcze kawałki układanki z przeszłości, których tak wiele zaginęło pod warstwami naszych kolejnych wcieleń, składają się w jakiś sensowniejszy kształt. Oczywiście obrazy są mocno wyidealizowane i zapominamy o kłótniach, sympatiach i innych sprawach, których teraz najchętniej byśmy się wyrzekli a które są normalnym elementem świata dojrzewających nastolatków. I jest miło, bo wspomnienia nas zbliżają, choć tak naprawde niewiele wiemy o sobie. Ale to dobrze, bo dzięki temu chcemy się choć trochę poznać mimo, że wielu z nas łączy tak naprawdę tylko dzieło przypadku. Oto znaleźliśmy się wszyscy w jednej klasie. Kochaliśmy się, darli z sobą koty, ignorowali, przyjaźnili, niecierpieli, obrażali, mijali i z wypiekami na twarzy czekali na kolejną dawkę nie do końca zdrowych emocji pod znakiem lekcji z tym czy tatmym nauczycielem. I teraz mamy co wspominać.

Spotkanie było bardzo miłe. Na początku czułem się nieco zagubiony wśród osób z którymi nie widziałem się od piętnastu lat. Ale potem wszystko potoczyło się coraz lepiej i udało mi się bardzo miło porozmawiać z tyloma ciekawymi ludźmi. A z wieloma innymi niestety nie zdążyłem zamienić nawet zdania, choć chciałem. Po jakimś czasie czułem się jakbym miał deja vu. Oto siedzimy razem, jak kiedyś. W parach, jak kiedyś. Wszystko jest inne, rozmawiamy o mężach, pracach, dzieciach i żonach, ale wciąż mamy przed sobą osoby sprzed lat i zapominamy na moment o tych nowych rolach i warstwach doświadczeń. No przynajmniej ja zapomniałem i wydawało mi się, że innni też. I tylko czekałem kiedy pojawią się nauczyciele z przeszłości. Już jutro wrócimy do swojej teraźniejszości i do obowiązków. Ale warto było. I bardzo Wam wszystkim dziękuję za to spotkanie. I dziękuję też tym wszystkim, którzy przez te lata co jakiś czas byli mniej lub bardziej obecni w moim życiu.