Święta bezświętne



Zajączki własnoręcznie zrobiła moja mama:)

Mamy środę wieczór, podobno była Wielkanoc? Ależ ten czas ucieka… Ponieważ jesteśmy z M. z tych niereligijnych to zawsze mamy problemy z obchodzeniem Wielkanocy. W odróżnieniu od Bożego Narodzenia, które można obchodzić na zasadzie świąteczne potrawy, choinka, podarki, bycie razem i atmosfera rodzinna, Wielkanoc z racji swojego przesłania jest jakby cięższego kalibru i nie za bardzo wiadomo co z tym zrobić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Wielkanoc to w sumie zaadoptowane pogańskie święta przesilenia wiosennego i pisanki, bazie a także Śmigus Dyngus to pogańskie rytuały w nowym opakowaniu, ale nie zmienia to faktu, że jakoś zawsze w czasie Wielkanocy czuję się mniej świątecznie niż zimą, choć podoba mi się pomysł świętowania odradzającej się przyrody (dla jednych) albo odradzającego się Chrystusa (dla innych).

W sumie należy z kronikarskiego poczucia obowiązku podkreślić, że tegoroczne święta były nietypowe, bo nad kościołem katolickim zebrały się czarne chmury a w Ontario przyroda spłatała wszystkim prawdziwego figla i zafudnowała nam kilka dni upalnej pogody. Trawa sie zazieleniła, zakwitły forsycje i tulipany a w naszym ogrodzie pojawiły się pierwsze kwiaty – małe granatowe, nazwy oczywiście nie pamiętam. Wracając do chmur nad kościołem — postanowiłem z ciekawości spojrzeć do polskich wiadomości w internecie, żeby zobaczyć czy i co piszą. I jakież było moje zdziwienie, bo tutejsza prasa i telewizja od kilku tygodni huczą o paskudnym chowaniu pod watykańskie dywany licznych przypadków molestowania dzieci przez księży, tymczasem w polskich wiadomościach temat jakby nie istniał. Smutne, ale chyba niczego innego się nie spodziewałem.

Wracam jednak do świąt-nieświat. Wielki Piątek (Good Friday) jest w Kanadzie świętem federalnym, więc mieliśmy wolne. Wypiliśmy sobie pierwszą w tym roku kawę na świeżym powietrzu a potem Magda wykorzystała letnią pogodę, żeby zrobić w ogrodzie wiosenne porządki.Na podobny pomysł wpadła większość naszych sąsiadów, więc w ogrodach było dosyć gwarno, zwłaszcza, że nasz sąsiad J. od czwartku zaczął budować w swoim ogrodzie szopę. Ja miałem dużą ochotę zabrać się za zrobienie ławy stolarskiej, ale niestety miałem do napisania dwie ostatnie prace na koniec semestru, więc prawie cały piękny dzień przesiedziałem przed komputerem. Po południu wzięliśmy psa na spacer do parku i oboje się przewietrzyliśmy. Za to wieczorem dla odmóżdżenia obejrzeliśmy sobie odcinek Ally McBeal, bo moja siostra pożyczyła nam cały pierwszy sezon. Kiedyś tam jeszcze w Polsce obejrzałem ze trzy cztery odcinki ale teraz wydaje mi się to o wiele bardziej zabawne, bo zupełnie inaczej się to odbiera w realiach kanadyjskich, zwłaszcza kiedy ma się żonę, która pracuje w dużej firmie prawniczej:)

W sobotę rano pojechaliśmy do polskiego sklepu po żurek, trochę kiełbasy, pasztet drobiowy i chleb. Pasztet był pyszny. Kiełbaski kupiliśmy na wieczór, bo mieli do nas przyjśc znajomi, których poznaliśmy pod koniec zeszłego roku, swoją drogą przez tego bloga. Oboje są przesympatycznymi ludźmi ale są bardzo zajęci, więc osatnio widzieliśmy się podczas poprzednich świat…

Przymierzałem się do upieczenia pecynka, jak w zeszłym roku, ale jakoś się nie mogłem zebrać i skończyło się na drożdzowej chałce z szafranem. Kiedy wieczorem przyszli A&M upiekliśmy kiełbaski na grillu i gadaliśmy przy piwie do późna. Tak minęła sobota. W niedzielę musiałem dalej pisać nieszczęsne eseje, ale chciałem jak najszybciej skończyć, więc postanowiłem się sprężyć. M. sobie czytała a wieczorem zrobiliśmy kwaśny śląski żurek z podsmażaną kiełbasą, tłuczonymi ziemniakami, podpieczonym bekonem i cebulą. Mniam… Dobre, ale ciężkie, w sam raz od święta.

No i tak nam minęła Wielkanoc. Nie było specjalnych potraw, za to mieliśmy trochę ciekawych dekoracji, w tym ręcznie zrobione przez moją mame, która specjalizuje się w takich cimcilimci, jak sama to nazywa, i zawsze można na nią liczyć w kwestii zaopatrzenia świątecznego (dziękuję!).

Jak widzę Atsaniki spędziły je w terenie, Aneta poleciała z mężem do Irlandii a reszta blogowiczów nie mam pojęcia jak, bo nie miałem czasu czytać…



Kilka słów o pogodzie i nie tylko


Mamy prawie połowę maja a na dzisiejszą noc zapowiadają przymrozki… Pogoda zmienia się zresztą cały czas jak w kalejdoskopie. W piątek było w ciągu dnia dosyć gorąco, więc urządziliśmy sobie z siostrą grilla w ogródku. Kiedy rozsiedliśmy się w towarzystwie naszego psa i wierzby płaczącej przy piwie i kiełbaskach na niebie zaczęły się zbierać chmury. Po chwili zerwał się wiatr i zaczęło padać. Przenieśliśmy się na werandę a kiedy koło dziesiątej dotarła do nas M. zdążyło się rozpogodzić. Do tego stopnia, że wróciliśmy do towarzystwa wierzby. W sobotę rano powitał nas grad wielkości ziaren grochu. Nad Toronto przeszła nawałnica, ale po chwili się rozpogodziło i pojechaliśmy z E. do Niagary. Po drodze pogoda zmieniała się co chwilę i wiał bardzo silny wiatr, nawet włączyli sygnały ostrzegawcze w miejscach gdzie autostrada Królowej Elżbiety przechodzi mostami nad jeziorem Ontario. Autem zarzucało i wyglądało na to, że będzie załamanie pogody. Nic z tego, w Niagarze świeciło słońce. E. poszła na amerykańską stronę, żeby wrócić do Kanady jako emigrant a my zwiedzaliśmy bardzo ładne ogrody, które z jakiegoś powodu do tej pory zawsze omijaliśmy, choć to poza samymi wodospadami jedno z najładniejszych miejsc. Nie chciało nam się przechodzić przez granicę z E. więc mieliśmy trochę czasu. Było tak ciepło i przyjemnie, że usiadłem sobie na mostku nad strumieniem w parku a M. buszowała z aparatem po okolicy polując na kwiatki, których różne kolory i gatunki nadstawiały się wygodnie do zdjęć. E. wróciła po niecałej godzinie już jako stała mieszkanka Kanady i zrobiliśmy sobie wszyscy całą serię zdjęć okolicznościowych z flagą kanadyjską w tle. Wszyscy razem w doskonałych nastrojach poszliśmy coś przekąsić a potem całą trójką pobiegliśmy do kasyna, bo mieliśmy zamiar przegrać po dziesięć dolarów na osobę. Poszło nam szybciej niż zwykle:)

Niedziela znowu była ciepła i przyjemna, choć rano wiało niemiłosiernie i M. zaczęła marznąć. Mieliśmy się spotkać na lunchu z A. i J., z którymi dosyć dawno się nie widzieliśmy. To ostatnia okazja przed latem, bo potem A. wybiera się na kilka miesięcy do Rosji przeprowadzać badania antropologiczne do swojej pracy doktorskiej. Po bardzo dobrym lunchu w japońskiej knajpie (polecam, all you can eat za $9.99 chętnie służę namiarami) J. zabrał mnie na krótką przejażdżkę swoim nowym motorem a A. i M. poszły do pobliskiej kawiarni, o której istnieniu z jakiegoś powodu nie wiedzieliśmy, choć istnieje od dawna i bardzo przypomina kawiarnie na krakowskim Kazimierzu. Mieli doskonałe cappuccino, mniam. Po kawie M. pojechała na przejażdżkę z J. na jego motorze a ja z A. poszliśmy z powrotem.

———–
Czas tak szybko biegnie, że nie nadążam z zaległą korespondencją i innymi sprawami. Miałem dosyć intensywny tydzień a zapowiada się jeszcze intensywniej. Postanowiłem zapisać się na zaoczny program magisterski z Information Studies, bo potrzebne mi to jest do pracy. Dowiedziałem się, że mnie przyjęli, z czego bardzo się ucieszyłem. Niestety oznacza to, że poza pracą i doktoratem od września będę miał całą furę innych zajęć. Postaram się póki co prowadzić bloga w miarę regularnie a później nie wiem, zobaczymy. Szczerze mówiąc mam też coraz większą ochote na ponowne pisanie bloga po angielsku, ale wtedy pewnie nie będę pisał po polsku, no zobaczymy. Zastanawiałem się też na wprowadzeniem sekcji “prywatnej”, może chronionej hasłem, żeby móc się dzielić z tymi z Was którzy czytają tego bloga regularnie tym co się u mnie dzieje. Nie wiem czy to dobry pomysł, mam pewne wahania. Zdaję sobie też sprawę z tego, że teraz czyta sobie kto chce a wielu czytelników się nie ujawnia. Może więc powinienem pozostać przy takiej formule jak teraz, bez haseł i bez zbyt wielu osobistych wycieczek. Sam nie wiem, musze to przemyśleć. Póki co pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników, tych jawnych i tych ukrytych, i życzę Wam pomyślnej wiosny!