Co robiłem kiedy mnie nie było


Hm hm… Z komentarzy w blogu i nie tylko wynika, że stara Res Varia jakoś prawie wszystkim bardziej do gustu przypadła niż nowy, krótki eksperyment. Kajam się więc i obiecuję, że przestanę się zajmować zmianami, a zamiast tego skupię się na pisaniu o różnych sprawach, tych z Kanady, Toronto, przeszłości, terażniejszości i tak dalej, jak do tej pory. Wyznam nieśmiało, że taka forma mnie samemu również najbardziej odpowiada, bo jednorodność zdecydowanie kłóci się z moim eklektyczno-rozbieganym charakterem. Dziękuję Wam wszystkim bardzo za komentarze, dobre słowo i to, że chce Wam się tutaj od czasu do czasu zaglądać.

Kiedy mnie nie było świat oczywiście nie stanął w miejscu. Kibicowaliśmy dzielnie kanadyjskim olimpijczykom, o czym pisała już Magda, pojechaliśmy do Ottawy, udało nam się pojeździć sporo na łyżwach i raz na biegówkach. Rozpoczęliśmy kolejny sezon grillowy w naszym ogrodzie, przymierzamy się do wiosennych porządków… Poza pracą chodze na zajęcia, piszę prace, czytam po raz kolejny Chandlera dla odreagowania, czyli życie na pełnych obrotach, jak zwykle. Nie wiem czy też lubicie kryminały, ale ja, kiedy mam fazę, uwielbiam wyżej wspomnianego Chandlera i Marthę Grimes. Kiedyś lubiłem Agatę Christie, ale chyba wyrosłem i teraz trochę mnie nudzi. Wydaje mi się, że wszyscy miłosnicy kryminałów znają Chandlera, ale jeśli ktoś chce poznać to zrobię mu małą reklamę.

Chandler pisał w Kaliforni w latach czterdziestych. Głównym bohaterem jego kryminałów jest Philip Marlowe, prywatny detektyw i były policjant. Chandler swoim pisaniem zmienił sposób w jaki Amerykanie zaczęli patrzyć na samych siebie. W przeciwieństwie do sterylnych i “logicznych” kryminałów brytyjskich mistrzów gatunku, w książkach Chandlera widać amerykańskie ulice lat czterdziestych w całej krasie. Są więc skorumpowani gliniarze, prostytutki, szantażyści, milionerzy z Hollywoodu, gangsterzy mniejszego i większego gatunku, dysfunkcyjne rodziny… A to wszystko doprawione sporą dozą sarkazmu, bystrego spojrzenia na świat i autoironii w wykonaniu głównego bohatera. Dzisiaj książki Chandlera często określa się klasyką stylu noir, ale to przede wszystkim doskonałe wyczucie języka i sporo dobrej zabawy. Za każdym razem kiedy je czytam udaje mi się na chwilę przenieść do Kaliforni tamtych lat. Wiele książek Chandlera przeniesiono na ekran, ale paradoksalnie filmem który uważam za najbardziej zbliżony klimatem do świata Chandlera jest “Chinatown” Polańskiego. Ale dosyć o książkach.

Poza sprawami, o których pisałem powyżej, udało mi się w końcu zmienić imię. W przeciwieństwie do krajów w których obowiązuje prawo kodeksowe (na przykład Qebec oraz cała Europa poza UK i Irlandią), w krajach w których obowiązuje prawo zwyczajowe common law (cała Kanada z wyjątkiem Quebecu, USA, Irlandia, UK, Australia itd.) każdy może sobie zmienić imię i nazwisko kiedy tylko mu się zachce. Do tego można sobie zmienić na co się chce, o ile nie jest to obraźliwe itp. W Kanadzie imiona, tak jak wszystkie sprawy cywilne typu małżeństwa, rozwody i tak dalej, są regulowane na poziomie prowincji. W Ontario, żeby zmienić imię trzeba wypełnić podanie, dołączyć trochę papierków typu akt urodzenia, uiścic opłatę ($130) i wysłać całość do biura w Thunder Bay w północnym Ontario. Po mniej więcej sześciu tygodniach dostaje się oficjalny akt zmiany imienia i voila, od tej pory można używać nowego. Oczywiście trzeba sobie pozmieniać wszystkie dokumenty. A dlaczego to zrobiłem? Ano dlatego, że mam dosyć trudne dla anglofońskiego ucha nazwisko. Zestawienie Krzysztof + nazwisko katowało po kolei wsystkich, z którymi miałem coś do załatwienia. Magda ma łatwiej, bo po pierwsze ma inne nazwisko, po drugie jest to imię łatwe do wymowienia w wielu językach. Poza tym odkąd zacząłem się uczyć angielskiego zawsze po angielsku mówiłem i pisałem o sobie samym Chris albo Kris, więc tak też się do mnie zwracają wszyscy, którzy nie mówią po polsku. Dosyć długo się zastanawiałem czy zmienić swoje imię na Chris, Christopher czy Kris. Chciałem zachować inicjał, więć stanęło na Kris, które jest swoją drogą często w angielskim używane dla obu płci w obu pisowniach Chris/Kris. Poza tym od grudnia możemy w końcu składać papiery na kanadyjskie obywatelstwo a chcę dostać certyfikat naturalizacji już z nowym imieniem, więc chciałem to najpierw załatwić. Bardzo się cieszę i dobrze mi z tym. Przy okazji pozbyłem się drugiego imienia, które kiedyś nieopatrznie wpisałem na formularzu paszportowym i potem się za mną snuło i snuło. Było proste i łatwe do wymówienia, więc często, zwłaszcza w Turcji, ludzie mnie próbowali wołać przy jego użyciu, a ja oczywiście na nie w ogóle nie reaguję, więc…



Udało nam się też dotrzeć do kina na Alicję, ale muszę przyznać, że choć podobali mi się aktorzy i sposób w jaki to zrobiono to sama fabuła mnie rozczarowała. Wizualnie choć ładne nie umywa się do Avatara, fabularnie nie umywa się do Alicji właściwej. No trudno.

Z innych spraw, które ostatnia zaprzątają mój umysł powinienem wspomnieć jeszcze moje nowe hobby:) Jak wiecie od dawna lubię coś tworzyć z niczego, czyli na przykład piec chleb, gotować albo robić piwo. Doszedłem do wniosku, że zdecydowanie za dużo mojego czasu pożera komputer, więc dla zachowania równowagi duchowej i fizycznej chcę się zająć stolarką. Właściwie ta decyzja jest poniekąd wynikiem dwóch spraw – wspomnianej chęci oderwania się od komputera i zajęcia czymś konkretnym, ale poza tym gdzieś tam coraz częściej kołacze mi się myśl, że dobrze by było poznać jakiś konkretny fach, bo jeśli dane nam będzie przeżyć jeszcze kilka takich kryzysów jak ostatnio to świat jaki znamy może się bardzo zmienić. I może się okazać, że takie umiejętności pozwolą łatwiej przeżyć. Coraz częściej mówi się i pisze o tym, że niebawem skończy się ropa a wraz z nią zawali się cała gospodarka. Nie wierzę ślepo w takie teorie, ale racjonalnie rzecz ujmując nie da się na dłuższą metę utrzymać takiego poziomu życia jak teraz przy tym przyroście naturalnym i topnących zasobach. Poza tym nie chodzi tylko o to czy coś się wydarzy, czy nie. Kto wie czy za dziesieć lat nie będziemy mieć dosyć mieszkania w mieście i nie wyniesiemy się na wieś:) Mógłbym wtedy wędzić, hodować pszczoły, warzyć piwo i robić stoły i kredensy. No nic, zobaczymy… Póki co nabyłem frezarkę, szukam porządnej piły tarczowej i myślę o tym jak w piwnicy najlepiej urządzić mały warsztat stolarski. A poniżej porządna piła, zwana na Śląsku krajzygą, która mi się marzy na początek…



Oczywiście kiedy powiedziałem mamie, że przymierzam się do robienia mebli to pierwszą reakcją z jej strony było stwierdzenie, że sobie utnę palec jak dziadek F. albo koniec palca jak dziadek T. Nie ma to jak pozytywne myślenie…
Ale na dzisiaj dosyć tych dywagacji. A dla podtrzymania nastroju i lepszego oddania tego co się telepie w mojej duszy dwa bardzo stare acz bardzo aktualne kawałki Republiki. Ot co…



(Wio)senne porządki


Na początek tłumaczę się gęsto, kajam i obiecuję poprawę… o ile w końcu uda mi się odhaczyć różne pozycje z listy na przedwczoraj. Ale mam nadzieję, że tak.

Przymierzam się do remontu bloga, bo chyba nie do końca podoba mi się taka formuła jak jest teraz, niby o wszystkim po trochu, przez co jakby o niczym. Co prawda to res varia, ale mam zamiar nadać temu jakiś bardziej spójny charakter. Czas też na nową oprawę graficzną, bo ta już mi się opatrzyła, ale na to potrzeba wolnej chwili, a tych ostatnio mi brakuje.

Ze zdumieniem spojrzałem w kalendarz i powiedziałem mojej Kobiecie Pracującej, że to już trzy miesiące od przeprowadzki. Tymczasem nie udało mi się nawet wstawić zdjęc domu. Ba, nie udało mi się nawet odpalić galerii, do której też przymierzam się od dłuższego czasu.

Do Toronto powoli zbliża się wiosna. Przyleciały ptaki i w ogrodzie zrobiło się gwarno. Co jakiś czas widzę jak ten albo inny kot sąsiadów skrada się w krzakach i obserwuje pierzaste towarzystwo. Pod dachem i na strychu zagnieździły nam się wiewiórki i zastanawiamy się co z nimi zrobić, żeby było humanitarne a jednocześnie skutecznie zniechęciło je do przegryzania się przez dach i moszczenia sobie gniazda nad naszymi głowami. Wyczytałem, że pora lęgowa tych wszędobylskich gryzoni przypada na początek wiosny, i że wiewiórki gustują w ciemnych, ciepłych i suchych miejscach, więc wszystko się zgadza… nasz strych jest jakby stworzony dla nich.

Skoro już o strychu mowa, to muszę zdradzić, że w końcu znaleźliśmy wejście na ten tajemniczy teren. Okazało się, że nad wnęką w której jest szafa jest podwójny sufit i przez niego da się wejść po drabinie na strych. Postanowiliśmy z KP odbyć małą ekspedycję i zobaczyć jak tam wygląda. Na początek czułem się jak Indiana Jones, bo pierwsze na co się natknąłem po drodze to truchło wiewiórki, porządnie zasuszone co wskazuje na to, że leżało tam kilka dobrych lat. (Oczywiście sugeruje to również to, że nasz strych od dawien dawna był ulubionym terenem godowym okolicznych wiewiórek, co jakby zmniejsza nasze szanse na powodzenie w gryzoniowej wojnie, ale co tam…). Na strychu, poza martwą wiewiórką oraz stertą gruzu i cegieł znaleźliśmy dwie ogromne anteny telewizyjne i jakiś stary garnek. Niestety, żadnych gazet ani innych bezcennych skarbów… Za to okazało się, że jest nie tylko wysoko (około 9 stóp) ale jest mnóstwo miejsca i da się z tego kiedyś zrobić spory pokój łazienkę. Jest nawet kawał ściany w którą można wmontować spore okno. Już widzę oczyma wyobraźni kominek albo piec na drewno w rogu…

No i znowu muszę uciekać…



Dzisiaj św. Patryka


Leprechaun
Już za kilka dni wiosna, przynajmniej według kalendarza, astronomów, druidów i innych znawców tematu. Trudno mi w to uwierzyć kiedy patrzę za moje torntońskie okna. Do tego wieści z różnych zakątków świata też docierają niewesołe, bo marzec sprzyja chorobom i jak zwykle zbiera swoje ponure żniwo. Narzekanie i marudzenie nic tu jednak nie zmieni, bo taka już kolej rzeczy. Zamiast tego czas chyba pomyśleć o wiosennych porządkach i słońcu, w którym zmęczone zimowymi wydarzeniami ciała i umysły nabiora nowych sił.

Śniegu rzeczywiście jakby mniej, choć noce nadal bardzo u nas mroźne. Od piątku spragnieni wiosny mieszkańcy Toronto starają się przywołać wiosnę świętując dzień św. Patryka. W wielu domach i oknach pojawiły się zielone akcenty a po ulicach i pubach miasta hulają leprechauny i inne wiosenne stwory. Niezwykłość tegorocznej zimy widać choćby na tym zdjęciu, gdzie leprechaun został uwieczniony w dosyć nietypowym towarzystwie….

leprechaun

A my pewnie tradycyjnie wychylimy kilka pintów Guinnessa. Za wiosnę, słońce i zdrowie tych wszystkich, którym zima dała w kość.