Jeszcze o Tacie Kazika


stan

Zupełnie przypadkiem trafiłem w sieci na bardzo ciekawy film dokumentalny o Stanisławie Staszewskim, człowieku, który był w swoim czasie postacią legendarną, ale dzisiaj mało kto by o nim słyszał gdyby nie Kazik, który postanowił nagrać dwie płyty z piosenkami swojego ojca. Obie płyty, o czym już pisałem, zaliczam do jednego z najważniejszych i najlepszych wydarzeń muzyczno-poetyckich lat dziewiędziesiątych. Film jest dopełnieniem niezwykłych piosenek Staszewskiego seniora i zapisem epoki, której już nie ma i której ludzie w moim wieku nie znają, a która w dużej mierze ukształtowała współczesną polską kulturę.

Kim był Stanisław Staszewski? To człowiek o wielu twarzach – bard, (anty)komunista, niepoprawny kobieciarz, poeta, powstaniec warszawski, nieobecny ojciec, paryski emigrant, więzien obozu koncentracyjnego, imprezowicz, wodzirej, hulajdusza, kronikarz swojego pokolenia, inżynier, członek partii, kochanek, budowniczy Polski Ludowej, prześmiewca absurdu tamtych czasów, człowiek o niezwykłym darze słowa, niespokojna dusza, nieudaczny amant, człowiek o ogromnym wyczuciu słowa i wrażliwości artystycznej, nieodpowiedzialny mąż, artysta po którym zostało kilka nagrań – to tylko niektóre z jego oblicz. A jaki był naprawdę?



Retrospekcje, czyli mój subiektywny obraz polskiej muzyki


Postawiłem sobie teoretyczne pytanie, znane wszystkim z nauki angielskiego, a przerobione do moich potrzeb. Gdybym miał się udać w miejsce odosobnienia (Nunavut, więzienie, Syberia albo wyspa bezludna) i mógłbym z sobą zabrać jakąś muzykę to co by to było. Dla konwencji załóżmy, że nie istnieją jeszcze odtwarzacze mp3, w których mieści się cała klasyka rocka i jazzu z nawiązką. Problem jest o tyle skomplikowany, że moje muzyczne upodobania mają dosyć szeroki rozrzut, więc za diabła nie potrafiłbym wybrać poniżej kilkudziesięciu płyt, w tym na samego Toma Waitsa i Jethro Tull zeszło by mi z pół walizki…

Aby sprawę ułatwić postanowiłem się ograniczyć tylko do polskiej muzyki. Napiszę Wam co bym zabrał a Wy w komentarzach podajcie swoje ulubione płyty. A więc do dzieła. W plecaku albo walizce na pewno wylądowałaby podwójna płyta koncertowa Martyny Jakubowicz Kołysz mnie. Lubię studyjne wersje jej piosenek, ale uważam, że to właśnie na koncertach, a zwłaszcza na tym konkretnym, jej muzyka brzmi najlepiej. Kołysz mnie jest dla mnie najlepszą polską płytą folkowo-bluesową. Słucham jej od wielu lat z takim uczuciem jakie ma się przy słuchaniu czegoś po raz pierwszy, a niektóre piosenki nadal przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Bardzo dawno temu było mi dane pójść na jej koncert i brzmiała wówczas tak samo dobrze jak na tej właśnie płycie. Dla tych którzy nie znają całkiem spora próbka…





Poza Martyną wziąłbym dwie płyty, których również słucham od lat i które, oczywiście subiektywnie, uważam za jedne z najważniejszych płyt w polskiej muzyce lat dziewiędziesiątych.