Retrospekcje, czyli mój subiektywny obraz polskiej muzyki


Postawiłem sobie teoretyczne pytanie, znane wszystkim z nauki angielskiego, a przerobione do moich potrzeb. Gdybym miał się udać w miejsce odosobnienia (Nunavut, więzienie, Syberia albo wyspa bezludna) i mógłbym z sobą zabrać jakąś muzykę to co by to było. Dla konwencji załóżmy, że nie istnieją jeszcze odtwarzacze mp3, w których mieści się cała klasyka rocka i jazzu z nawiązką. Problem jest o tyle skomplikowany, że moje muzyczne upodobania mają dosyć szeroki rozrzut, więc za diabła nie potrafiłbym wybrać poniżej kilkudziesięciu płyt, w tym na samego Toma Waitsa i Jethro Tull zeszło by mi z pół walizki…

Aby sprawę ułatwić postanowiłem się ograniczyć tylko do polskiej muzyki. Napiszę Wam co bym zabrał a Wy w komentarzach podajcie swoje ulubione płyty. A więc do dzieła. W plecaku albo walizce na pewno wylądowałaby podwójna płyta koncertowa Martyny Jakubowicz Kołysz mnie. Lubię studyjne wersje jej piosenek, ale uważam, że to właśnie na koncertach, a zwłaszcza na tym konkretnym, jej muzyka brzmi najlepiej. Kołysz mnie jest dla mnie najlepszą polską płytą folkowo-bluesową. Słucham jej od wielu lat z takim uczuciem jakie ma się przy słuchaniu czegoś po raz pierwszy, a niektóre piosenki nadal przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Bardzo dawno temu było mi dane pójść na jej koncert i brzmiała wówczas tak samo dobrze jak na tej właśnie płycie. Dla tych którzy nie znają całkiem spora próbka…





Poza Martyną wziąłbym dwie płyty, których również słucham od lat i które, oczywiście subiektywnie, uważam za jedne z najważniejszych płyt w polskiej muzyce lat dziewiędziesiątych.



Wakacyjny rytm – nocne piwo w parku


Od kilku dni mamy w Toronto falę upałów. Było tak gorąco, że nawet odpaliliśmy w końcu klimatyzację, bo nasz pies zaczął pojękiwać, pomrukiwać i zipał jak lokomotywa z wiersza pana Tuwima. Zrobiłem osiem litrów domowego piwa, ale jeszcze nie jest gotowe, więc póki co gasiliśmy pragnienie produkcją sklepową, ostatnio bardzo dobrym piwem z torontońskiego mikrobrowaru, Steam Whistle.

steam

Żeby się trochę ochłodzić i poruszać pojechaliśmy wczoraj w nocy do parku Riverdale, obok którego kiedyś mieszkaliśmy. Park jest położony w dolinie Donu, przez co jest tam zawsze chłodniej, bo od rzeki przywiewa zimniejsze powietrze. To jedno z najlepszych miejsc do nocnej obserwacji torontońskich wieżowców. Łaziliśmy więc po parku,