Kilka tygodni temu dostałem od mamy bardzo fajne wydanie wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku Holmesie. Jak pisałem jakiś czas temu, ostatnio mnie wzięło na czytanie klasyków. Conan Doyle’a nigdy wcześniej po angielsku nie czytałem a i polską wersję ostatni raz miałem w ręku kiedy byłem w liceum. Muszę przyznać, że jestem bardzo mile rozczarowany lekturą. Miałem niejakie obawy, że Sherlock będzie trącił myszką, tymczasem wersja oryginalna to językowy majstersztyk. Zabawne, pełne polotu i bardzo wciągające. A do tego wersja, którą dostałem od mamy to reprinty oryginalnych wydań, które ukazywały się w wiktoriańskim czasopiśmie The Strand Magazine. Wszystko okraszone doskonałymi, oryginalnymi ilustracjami z epoki, autorstwa Sidneya Pageta. O, takimi:
Polecam. Przednia zabawa. Poza tym dostaliśmy w podarku od G. z Nowego Jorku, która była nas ostatnio odwiedzić najnowszą powieść Marthy Grimes o przygodach Richarda Jury’ego. Jej książki polecam również.
No i mamy klasyczną torontońską aurę. Zwykle od poniedziałku do piątku jest słonecznie i ciepło, po czym kiedy zbliża się piątkowy wieczór matka natura/bogowie/kosmici/spiskowcy nasyłają nad naszą część Ontario chmury, wiatry, ulewy i fale zimnego powietrza. Właściwie tak właśnie to wygląda, mniej lub bardziej regularnie, od kilku dobrych tygodni. Czasem oczywiście natura/bogowie/kosmici/spiskowcy robią wyjątki od reguły i akurat ten tydzień jest cały nad wyraz nieprzyjemny. Może to dlatego, że mieliśmy wyjątkowo ciepły kwiecień, więc żeby nie było nam za dobrze maj jest zimy, nieprzyjemny i paskudny. Kilka minut temu próbowałem wypuścić naszego psa do ogrodu, ale po kilku krokach w deszczu zrobił w tył zwrot, popatrzył się na mnie z wyrzutem i popędził do domu, żeby móc dalej spać. Jak wiadomo w czasie deszczu psy się nudzą a nasz do tego zwykle chrapie głośno i śpi głęboko, rozkoszując się swoimi pieskimi snami.
Oczywiście nie poddajemy się żywiołom i dzielnie stawiamy opór aurze. Dzisiaj na przykład rozgrzewamy się winem, a wcześniej herbatą. Poza tym od prawie dwóch miesięcy staram się jakoś ogarnąć drewno i narzędzia w moim piwnicznym warsztacie. Zwykle wprawia mnie to w pozytywny nastrój. O tym jednak może w innym wpisie.
***
Zaczyna się sezon wizytowo-rewizytowy. Jakiś czas temu moja siostra i szwagier wrócili z Polski. Z powodu islandzkiego wulkanu ich wakacje przedłużyły się o tydzień, co w sumie było całkiem miłą niespodziewajką. Niebawem za wielką wodę poleci M., potem będziemy mieć gości właściwie aż do jesieni. Mam nadzieję, że wulkan nie będzie się za bardzo awanturował i wszystkie wizyty odbędą się zgodnie z planem.
***
Robię sobie listę lektur na lato. Zwykle wracam do klasyków, czasem tych z dzieciństwa, a często sięgam po coś na co od dawna mam ochotę i jakoś nigdy mi się nie udało dotrzeć. Ostatnie dwa miesiące spędziłem w towarzystwie książek o drewnie, robieniu mebli, narzędziach i tak dalej. Na półce mam ponad czterdzieści (!) tytułów z naszej biblioteki miejskiej i kilka innych, które kupiłem tu i ówdzie. Ale powoli czas wrócić do literatury. Nie wiem czy również miewacie takie wakacyjno-letnie ciągi literackie, ale mnie zawsze to dopada, choć język, styl i gatunek zależą od mojego nastroju. Kilka lat temu wzięło mnie na przykład na dwie części doskonałych opowiastek kryminalnych Jiřího Marka. Najpierw przeczytałem “Panoptikum grzesznych ludzi”, którą to książkę zupełnie przypadkiem znalazłem kiedyś w jakichś dziwnych okolicznościach, których już teraz zupełnie nie pamiętam. Doskonała lektura, a polski przekład jest bardzo przyzwoity, to takie kryminały w starym stylu. Potem pobiegłem do mojej biblioteki uniwersyteckiej i wypożyczyłem inny tom po czesku (Panoptikum Města pražského) i pochłonąłem go w ciągu kilku dni. To mi przypomina stare dzieje kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Alexandra Dumas’a… To był rok bodajże 1985 albo tak jakoś. W bibliotece miejskiej mieliśmy “Trzech muszkieterów”. Wziąłem sobie tę książke do dziadków do Stonavy. No i oczywiście po kilku dniach skończyłem, z wypiekami na czole i policzkach. Ale nie miałem drugiej części a do dziadków pojechałem na kilka tygodni, więc nie za bardzo wiedziałem co mam robić. Byłem zapisany, dosyć nieformalnie, do niestniejącej już biblioteki w nieistniejących Łąkach nad Olzą (Louky nad Olší – swoją drogą wstyd, że w Wikipedii nie ma wpisu na ten temat po polsku…). Bibliotekę prowadziła dobra koleżanka moich dziadków, Pani Wanda. Pojechałem więc na rowerze babci do biblioteki z nadzieją na dalszy tom. Okazało się, że owszem, mają drugą częśc, ale tylko po czesku, bo po polsku akurat ktoś wypożyczył. Machnąłem ręką i wziąłem. W domu zaraz się zabrałem do lektury i poszło mi dosyć gładko, z czego oczywiście byłem bardzo zadowolony, bo do tej pory po czesku czytywałem głównie bajki i książki “dla dzieci”. Kiedy czytałem drugą częśc zupełnie przypadkiem znalazłem na strychu w szafie z książkami (u dziadków na strychu była fantastyczna szafa z książkami) trzecią część opowieści o muszkieterach, co ciekawe również po czesku. Ciekawe o tyle, że w domu dziadków większość książek była po polsku. Po skończeniu “Dwudziestu lat później” zabrałem się więc za “Vice-hrabiego…”, ale jakoś mnie znudziła, bo oczywiście spodziewałem się tych samych bohaterów a tu wszystko się pozmieniało. Nie miałem serca do tej trzeciej części i do tej pory jej nie przeczytałem, za to popędziłem z powrotem do Pani Wandy i za jej rekomendacją wypożyczyłem sobie “Hrabě Monte-Christo” czyli rzecz jasna “Hrabiego Monte Christo”, znów po czesku. Oj co to była za lektura. Jeszcze większe wypieki na twarzy, nieprzespane noce i intryga rozwijająca się szybko na kartach powieści. Do tej pory pamiętam jaką frajdę mi sprawiał ten grubaśny tom. Od tamtej pory nie czytałem go ani razu w żadnym języku, ale właśnie zacząłem sobie robić listę książek na lato i to jedna z pozycji na mur beton. Tyle, że tym razem po angielsku, czyli “Count of Monte Cristo,” bo nie mam dostępu do czeskiej wersji. Jeśli kiedyś nauczę się dobrze francuskiego to głównie dla tej książki. Nie uważam twórczości Dumasa za wybitną literaturę, ale muszę przyznać, że Monte Christo to mistrzowska opowieść o zemście. Ciekawe jak mi się ją po dwudziestu z hakiem latach będzie czytać…
Na mojej liście poza Dumas wpisałem coś Pilcha (Narty Ojca Świętego? Moje pierwsze samobójstwo?), Krajewskiego (“Śmierć w Breslau” i dalsze części), Stasiuka (“Jadąc do Babadag”), Dehnela (“Lala”) i… Sherlocka Holmes’a. Dobrze zapowiada się też najnowszy Škvorecký, który żeby było zabawnie, mieszka od lat w Toronto. Dosyć eklektycznie i dosyć nietypowo, bo od lat czytam głównie po angielsku, ale chyba mam teraz potrzebę sięgnięcia do “źródeł” (stąd Dumas i Doyle) i do książek w jakichś słowiańskich językach, żeby całkiem nie zatracić językowego wyczucia, co niestety każdej osobie na emigracji prędzej lub później grozi. Od jakiegoś czasu chodzi też za mną Singer, tyle, że nie za bardzo wiem w jakim języku go czytać. Mam wrażenie, że angielskie przekłady są uproszczone (przynajmniej takie czytałem opinie), po polsku wydawał mi się nudny a jidysz nie znam. Wpadło mi do głowy, żeby się dla Singera nauczyć czytać w jidysz. Nie wydaje mi się to bardzo trudne, bo w końcu jidysz podobny jest do niemieckiego, ale moja doba musiała by mieć chyba 60 godzin. Może kiedyś. Ktoś ma jakieś doświadczenia z Singerem albo jidysz? Proszę o rekomendacje.
***
Skoro już o pisarzach mowa, to wpadła mi jakiś czas temu do ręki książka Olgierda Budrewicza “Z Polską w sercu – opowieści o ludziach niezwykłych.” To seria reportaży-wywiadów Budrewicza z ciekawymi Polakami, którzy z takich czy innych względów znaleźli się na emigracji, ale nie tylko. Wśród rozmówców znalazł się między innymi właśnie Isaac Bashevis Singer. Bardzo ciekawa rozmowa i niezwykle ciekawa postać pisarza wyłania się z reportażu Budrewicza. Zafascynowało mnie to, że człowiek, który całą młodość spędził w Polsce, doskonale znał polski i wielokrotnie pisał o Polsce z nostalgią właściwie niczego po polsku nie napisał. Podobnie sprawa się miała z Franzem Kafką, który również świetnie znał czeski i wychował się w Pradze, ale pisał tylko po niemiecku. Wracam jednak do Budrewicza – gorąco polecam, bo ludzie z którymi rozmawiał to naprawdę niezwykle ciekawe postacie. Chyba będę musiał przeczytać całość.
***
Wspomniałem wyżej Sherlocka Holmesa. Ci którzy mnie znają prywatnie wiedzą, że od “zawsze” jestem wielkim miłośnikiem kryminałów. Z Holmes’em zetknąłem się jeszcze w szkole podstawowej a podczas jednej z wizyt u Pani Wandy w łęckiej bibliotece wypożyczyłem sobie “Psa Baskervillów”, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza, że dom moich dziadków, jak wiele starych domów, potęgował atmosferę grozy. Później nie wracałem już do twórczości A. Conan Doyle’a i nigdy nie czytałem go po angielsku, ale ostatnio coś mnie naszło na powtórkę. Poniekąd, ale tylko do pewnego stopnia, to wpływ filmu, który obejrzeliśmy kilka dni temu. Muszę przyznać, że choć bardzo lubię to co robi Guy Ritchie i “Snatch” widziałem chyba z dziesięć razy, wydawało mi się, że jego Holmes będzie kiepski, może to wina migawek, które obejrzałem w internecie. Bardzo przyjemnie się rozczarowałem, bo film jest nie tyko bardzo ładnie zrobiony (wiktoriański Londyn jest naprawdę wspaniały) ale do tego reżyser i aktorzy podeszli do literackiego klasyka ze zdrowym dystansem, co bardzo odświeżyło całość. Jeśli ktoś nie widział to bardzo polecam, dialogi są zabawne, jak zwykle u Ritchiego, aktorzy mają widoczną frajdę z tego co robią a sam scenariusz też niczego sobie. I jeszcze doskonała muzyka, w tym kilka bardzo fajnych kawałków jak ten…
…i kilka soczystych irlandzkich kawałków The Dubliners, ot choćby to…
Ten film na pewno znajdzie się w naszej kolekcji. A teraz oczywiście mam ochotę przeczytać całego Doyle’a od deski do deski…
***
Na zakończenie chciałem się z Wami podzielić dosyć nową piosenką Voo Voo, tym razem z muzykami z Ukrainy. Mnie się podoba, jak większość twórczości Waglewskiego. Podziwiam jego eklektyzm. Tym którzy nie znają kto zacz przypominam “Kolegów” i “Kasztanki“, do posłuchania w linkach.