Toronto 23 października


Kończy się kolejny tydzień. Jak ten czas pędzi…
Za oknem od rana plucha, zimno i paskudnie wieje. Jutro i w niedzielę ma być podobnie. A mieliśmy zamiar pojechać w końcu za miasto. No coż, zawsze możemy wyskoczyć gdzieś do miasta. Dzisiaj zaczyna się ogromny kiermasz książek w Trinity College a poza tym kiedyś musimy w końcu domęczyć okno, które remontujemy już ponad miesiąc. Póki co okno jest gustownie oklejone zieloną taśmą ochronną i zakryte kawałkiem dykty.

****
Kilka dni temu otwarłem rano drzwi, żeby wyprowadzić psa na poranny spacer i jeden rzut oka wystarczył, żebym zaklął w duchu. W nocy przyszła banda szopów, które wywróciły nasz zielony kosz na odpadki organiczne. Te kosze są niby tak zrobione, żeby szopy się nie mogły dobrać do zawartości, ale szopy słyną z tego, że doskonale sobie radzą z otwieraniem różnych zamkniętych pojemników. Rozwlokły więc zawartość kosza po trawniku, ogryzły dokładnie wszystkie kości z kurczaka i ogólnie narobiły bałaganu. Po spacerze z psem musiałem więc przebierać naszą kilkudniową historię kulinarną. Zwykle dobierają się do kosza sąsiadów, ale tym razem padło na nas. No trudno, zima idzie więc nawet szopy się szykują. I tak czuję do nich dużą sympatię i podziwiam ich inteligencję i zaradność. Swoją drogą, na codzień szopia rodzinka mieszka wysoko na naszej wierzbie za domem. Zwykle schodzą na dół koło dziewiątej w nocy i wtedy musimy uważać, żeby nie wypuścić do ogrodu psa, bo obawiam się, że w konfrontacji z szopami nie miałby dużych szans. Jak widać faunę mamy bujną. Jak nie skunks to szopy. Wolę jednak zwierzęta niż spaliny albo betonową dżunglę.

****
Nigdy nic nie wygrywamy. Kilka razy udało nam się trafić trójkę albo wygrać kilkadziesiąt dolarów w kasynie, ale poza tym nic. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie kiedy wczoraj otwarłem maila z wiadomością, że wygrałem bon na $100 do sklepu spożywczego. A to dlatego, że jakoś dwa miesiące temu robiono ankietę na temat wpływu lunchu i śniadania na ogólne samopoczucie i wydajność pracowników. Trzeba było przez dziesięć dni roboczych wypełniać bardzo krótką ankietę i właśnie można było coś tam wygrać. Postanowiłem wypełniać choć nie dla nagrody, bo zakładałem, że i tak nie wygram. No i proszę…
Wczoraj w ogóle był dziwny, w pozytywnym sensie, dzień. Rano wpadła do mnie na kawę moja dobra koleżanka D. i przyniosła mi w ramach niespodzianki płytę. Potem A. podrzuciła mi książkę, na którą od jakiegoś czasu poluje M. (Marion Zimmer Bradley – The Mists of Avalon). A. udało się ją znaleźć gdzieś za darmo wśród używanych książek. Może też uda mi się w końcu to przeczytać, to klasyk fantasy, oparty na legendach o królu Arturze.
Po południu dostałem maila od agenta, z którym kupowaliśmy rok temu dom. Dostaliśmy zaproszenie na obiad i losowanie samochodu:) No proszę państwa, dziwy powiadam, dziwy.

****
Za oknem dalej leje. Czas wracać do pracy, a potem weekend.
****
Traydycyjnie czas na muzykę na weekend. Dzisiaj pozytywny kawałe z płyty, która jest bardzo pogodna, bardzo mi się podoba i którą niedługo wstawię w całości. A narazie próbka. A więc Dámy a Pánové, Andy Palacio i “Watina” z płyty o tym samym tytule. I pogodnego weekendu życzę. Trzymajcie się zdrowo. Do Ontario nadciąga właśnie druga fala H1N1.



Jesień idzie


Autumn in Orillia

Obraz “Autumn in Orillia” namalował Franklin Carmichael, jeden z członków słynnej kanadyjskiej Grupy Siedmiu.

Za oknami kolejna, już siódma, kanadyjska jesień, ale pierwsza w naszym domu. Dwa dni temu minął własnie rok odkąd podpisaliśmy papierek. Zaczyna się czas długich wieczorów przy kubku gorącej herbaty i winie. Wtuleni w swetry wracamy do książek, które już kiedyś czytaliśmy albo odkrywamy nowe książkowe światy. Długie wieczory sprzyjają muzyce i filmom, budzą się w nas jesienne smaki i zachcianki, zaczynamy mieć ochotę na bigos i gulasz. Nawet nasz pies chrapie jesiennie i zaczyna jeść więcej niż zwykle, nieodłączny znak, że przygotowuje się do zimy. Na warzywnych straganach zrobiło się kolorowo od dyni, kabaczków i pysznych purpurowo-granatowych ontaryjskich winogron. To pora kiedy zajadamy się soczystymi i chrupiącymi jabłkami z podtorontońskich sadów, które tak smaczne i aromatyczne są tylko o tej porze roku. Mgliste wieczory przynoszą zapach palonego w kominkach drewna i z dnia na dzień stare torontońskie domy robią się coraz bardziej przytulne. W ogrodach pojawiły się ogromne dynie i słomiane zabawki, nieomylny znak, że za progiem Halloween. Robię szybki skrót myślowy, że powinniśmy pamiętać o słodyczach dla przebranych w kostiumy dzieciaków, na pewno zastukają do drzwi. I może jakiś karmnik dla ptaków w końcu uda nam się postawić w ogrodzie?

Czas pojechać z M. za miasto i poszukać kolorowych liści. To właśnie jesienią widać najbardziej jak piękna jest kanadyjska przyroda wokół nas.

Wieczorami będziemy snuć ciepłe jesienne myśli, grzać zmarznięte kości i nadrabiać różne zaległości słuchając muzyki, ot choćby takiej jak to, co przysłała mi nie tak dawno Atsanik. Słuchamy i słuchamy na okrągło…

Sophie Zelmani

i inna, bardziej przewrotna…

I jeszcze jedna…