And there… ciąg dalszy


Dzisiaj o wakacjach impresjonistycznie
***


Lasy i góry Adirondacks wyglądają bardzo dziko i pusto. Przejechaliśmy przez sporo wiosek i przysiółków gdzie poza trzema domami na krzyż i kościołem albo strażą pożarną nie ma właściwie nic. Ani sklepów ani niczego. Za to jest sporo ładnych domów, ale także sporo domów rodem z westernów, czyli rozpadające się chatki wtopione w dziki krajobraz. Częśc z nich to były kiedyś bardzo ładne budowle i widać gołym okiem, że lata świetności, kiedy w Adirondacks ludzie robili niezłe pieniądze w czasie i po rewolucji przemysłowej, góry mają już za sobą.

Skoro już piszę o pieniądzach i gospodarce to wypada wspomnieć, że gołym okiem widać to, że kryzys się w Stanach nie skończył. Osoby z którymi rozmawiałem zgodnym chórem twierdziły, że w Kanadzie mamy o wiele lepiej a u nich nastroje pod psem. Odniosłem też wrażenie, poparte obserwacją różnych dziwnych naklejek na samochodach itp., że ludzie są bardzo, ale to bardzo zawiedzeni i rozczarowani prezydenturą Obamy. Nie dziwi mnie to jako tako, bo nawet bezkrytyczne wobec Obamy liberalne media kanadyjskie ostatnio jakby zmieniły ton, ale nie spodziewałem się, że mieszkańcy stanu, który jest przecież raczej dosyć liberalny, będą mieli aż tak negatywne podejście. Nie chcę się bawić w proroka, bo wiele może się w świecie zmienić, ale póki co jestem przekonany, że Obama to prezydent jednej kadencji. Niestety nie oznacza to wcale, że jego następca/-czyni będzie sensowniejszy/-a. Pożyjemy zobaczymy. Wracam jednak do sytuacji w Adirondacks. Pytałem pewnego sympatycznego pana na szczycie Mount Arab czy w okolicy jest jeszcze jakiś przemysł. Powiedział mi, że właściwie poza jedną papiernią (paper mill) i filiami kilku uczelni, miejscowi nie za bardzo mają wybór. Wszystko inne dawno pozamykano. Nie mają więc mieszkańcy Adirondacks zbyt wielu powodów do optymizmu.

Kryzys najlepiej widać po tym, że mijaliśmy bardzo dużo domów na sprzedaż a na wielu z nich były dopiski “nowa, niższa cena” albo “wystawione jeszcze raz”. Z ciekawości oglądaliśmy ceny chatek nad wodą. Niedaleko Cranberry Lake, w Starlake, widzieliśmy ogłoszenie o sprzedaży kompletnie wyposażonej i urządzonej chatki na dużej działce za sto tysięcy dolarów. Taka sama chatka w Ontario kosztuje mniej więcej sześćset tysięcy i to na o wiele mniejszej działce.

Poza rynkiem nieruchomości kryzys widać też w innych miejscach. Weszliśmy do kilku sklepów i zauważyłem, że na antykach sporo jest dopisków “zobacz, nowa niższa cena!”. W jednym sklepie z antykami pani wręcz na wejściu mi powiedziała, że jeśli mnie interesują jakieś narzędzia to znajdę w rogu, ale ceny są tylko orientacyjne i mam pytać to mi sprzeda taniej. Niestey nie miała czegoś na co bym polował. W wielu miejscach widać też wyraźnie, że miejscowi starają się przyciągnąć kanadyjskich turystów. Poza kanadyjskimi flagami widziałem sporo dopisków w stylu “dolar kanadyjski jeden do jeden w stosunku do naszego”, “można płacić dolarami kanadyjskimi” i tak dalej. Jak widać nasz trzymający się mocno loonie stał się towarem pożądanym. W Lake Placid nawet w parkomacie można było płacić loonie, co mnie zdziwiło i ucieszyło, bo oczywiście dolary amerykańskie używają o wiele mniej monet, więc zapłacenie $2 za parking kiedy ma się tylko dziesięciocentówki to pewien problem. Wrzuciłem więc dwudolarówkę kanadyjską i miałem problem z głowy.

Lake Placid to dziwne miejsce. Bylismy tam przejazdem kilka razy i za każdym się dziwiłem. Główna ulica mnie osobiście kojarzy się z Krupówkami w Zakopanem, choć zaraz zastrzegam, że ostatni raz w Zakopanem byłem coś z piętnaście lat temu, więc może się zmieniło. Wszędzie dzikie tłumy, bardzo drogie knajpy, mnóstwo sklepów z wyższej półki i oczywiście wszechobecne gadżety olimpijskie. Lake Placid miało szczęście być gospodarzem zimowych igrzysk aż dwa razy (1932, 1980) i miasto najwyraźniej w olimpijskiej tradycji odnalazło swoją tożsamość. Paradoksalnie mieli tam też outlet Gapa, w którym nabyłem sobie dwie pary doskonałych bawełnianych gaci khaki na nasze wędrówki za kosmicznie niską cenę $17 od pary:)

Przed wyjazdem postanowiłem zrobić M. niespodziankę i zamówiłem nam wyprawę koleją i canoe. Polegało to na tym, że rano pojechaliśmy do Lake Placid, gdzie na stacji kolejowej zostawiliśmy samochód. Stacja kolejowa w Lake Placid to jednocześnie muzeum, w którym zrekonstruowano wnętrze w latach świetności. Jest więc sklep i poczta a także bardzo klasyczne kolejowe toalety. We wnętrzu sklepu było całe mnóstwo pudeł, sprzętów i opakowań z dawnych lat, jak te na przykład:



Z Lake Placid starym pociągiem z otwartym wagonem pojechaliśmy do Saranac Lake….



Po drodze mieliśmy wspaniałe widoki i dużo frajdy…



W Saranac Lake poszliśmy do wypożyczalni canoe i kajaków, gdzie już czekało na nas canoe. Dostaliśmy mapę, wyposażenie i krzyżyk na drogę. Mieliśmy spłynąć rzeką w dół a trasa miała trwać dwie godziny. Wszystko okazało się bardzo przyjemne, spłynęliśmy rzeką zatrzymując się tu i ówdzie. M. robiła dużo zdjęć na wodzie.



Trasa trwała niecałe dwie godziny, więc popłyneliśmy kawałek dalej i potem wróciliśmy do umówionego miejsca końcowego. Stamtąd odebrała nas jeepem dziewczyna z wypożyczalni. Zapakowaliśmy canoe na dach i pojechali z powrotem do Saranac Lake, skąd pociągiem wróciliśmy do Lake Placid. W drodze powrotnej na pociąg napadł bandyta i musiał go do spółki złapać szeryf z konduktorem, co najbardziej się oczywiście podobało dzieciom:)
***
Może na dzisiaj wystarczy, c.d.n…



Misty Mountains, czyli There and Back Again




Od naszego powrotu do skąpanego w wilgotnym żarze Toronto minęło już kilka dni, a więc czas coś skrobnąć o wakacjach, po potem zatrze się w pamięci. Tym razem pojechaliśmy po raz drugi na to samo miejsce, czyli do gór Adirondacks u naszych południowych sąsiadów.
***
Jakoś nam ostatnio średnio wychodzi wakacyjne pakowanie. Niby mamy wprawę, prawie wszystkie graty leżały od dawna na środku pokoju i na werandzie a mimo to coś wolno nam szło. Może to dlatego, że nie lubimy się zbyt jawnie pakować kiedy w domu mamy psa. On od razu wie, że coś się święci i niepotrzebnie się stresuje. No więc za pakowanie zabraliśmy tak na porządnie dopiero po tym jak odwiozłem futrzaka na psią farmę na zachód od Toronto. Nie pamiętam czy już wspominałem, że psia farma to doskonała instytucja, bo wszystkie psy spędzają czas stadnie i bardzo aktywnie, zamiast siedzieć w jakichś klitkach i się stresować. Niestety to zwykle również najdroższa częśc naszego wakacyjnego budżetu, bo psi kwaterunek kosztuje więcej niż nasze noclegi. No ale trudno, coś z kudłaczem trzeba zrobić a kiedy chce się mieć trochę odpoczynku od siebie nawzajem to niestety trzeba za to zapłacić.

Po odwiezieniu psa popędziłem do pracy a potem zabraliśmy się za pakowanie, żeby w piątek wcześnie rano wyjechać, bo mieliśmy zaplanowane miłe kampingowanie z Anetą i jej mężem. Udało nam się większość gratów spakować i poszliśmy spać jakoś przed drugą. Tym razem mieliśmy trochę łatwiejsze zadanie, bo przez to, że do Stanów nie wolno wozić jedzenia, nawet z Kanady, nie braliśmy z sobą żadnego prowiantu.

Oczywiście, przez to, że poszliśmy tak późno spać nie udało nam się wyjechać bladym świtem jak sobie zaplanowaliśmy, tylko pojechaliśmy z domu coś koło dziesiątej rano. Mieliśmy pecha, bo okazało się, że ruch na autostradzie 401 z Toronto w stronę Montrealu jest bardzo duży i do tego były jakieś korki i remonty. Przez to wszystko jechaliśmy bardzo długo i do mostu granicznego w Thousand Islands dojechaliśmy dosyć późno, o wiele później niż zaplanowaliśmy. Ponieważ w Stanach byliśmy ostatnio ponad rok temu musieliśmy oczywiście przechodzić przez całą orwellowską odprawę graniczną, z pozowaniem do zdjęcia i oddawaniem odcisków palców włącznie. Pogranicznicy amerykańscy byli dla nas bardzo mili, ale i tak trwało to wszystko prawie godzinę. Oczywiście na każdym przejściu granicznym mają swoje zasady. Na tym okazało się, że nie wolno wstępować do łazienki zanim się człowiek nie odprawi a później należy się zapytać oficera o zgodę. Coś mi to przypomina i nie są to pozytywne wspomnienia, no ale co robić. Trzeba być grzecznym, bo oczywiście wjazd do stanów to przywilej a nie prawo (o ile nie jest się obywatelem tego kraju), więc jakieś sceny z naszej strony zakończyłyby się jedynie odesłaniem z powrotem do Kanady, o czym informują zresztą na wejściu stosowne napisy dużą, grubą czcionką.

Na granicy pewna pani zrobiła zamieszanie, bo okazało się, że wcześniej odesłano ją z powrotem do Kanady po czym ona niezrażona wróciła z powrotem na amerykańską stronę i usiłowała przekonać oficerów, że muszą ją wpuśćić. Jedyny kłopot polegał na tym, że nie tylko nie była obywatelką ani Kanady, ani USA, ale do tego nie miała z sobą żadnego paszportu. Pani nie dała się przekonać, że musi mieć dokumenty i wizę. Pomogło dopiero kiedy oficer powiedział jej, że nie ma więcej cierpliwości i jeśli pani jeszcze raz wróci bez dokumentów to wsadzą ją do aresztu.

Po drugiej stronie niedaleko granicy jest Watertown. Wstąpiliśmy więc tam na zakupy. Martwiliśmy się dosyć, że Aneta i Robert będą na nas czekać i staraliśmy się jak najszybciej ze wszystkim uwinąć, ale niestety wizyta w amerykańskim spożywczym to dla nas jak wyprawa na inną planetę, bo większość produktów ma inne opakowania a do tego są też inne marki. A z tego większa częśc jest albo koszmarnie słodka, albo przetworzona. Ale udało nam się wybrać to i owo i okazało się to być bardzo smaczne. Tyle, że trzeba czytać każdą metkę, bo inaczej się kończy tak jak z “masłem” jabłkowym (rodzaj dżemu). W Kanadzie kupujemy i bardzo lubimy a w składzie są tylko zagęszczone jabłka, trochę sody i nic więcej. Nie ma cukru ani żadnych dosładzaczy (po co dosładzać jabłka?). Niestety amerykańska wersja okazała się kompletnym niewypałem. Nie przeczytałem naklejki i potem się okazało, że to coś w słoiku smakuje jak zagęszczony sok z jabłek z cukrem i cynamonem. Obrzydliwe.

Potem kupiliśmy piwo. Jak zwykle dosyć mnie rozbawiło to, że muszę pokazywać prawo jazdy. I jak zwykle pani widząc prawo jazdy z Ontario nie za bardzo wiedziała gdzie szukać daty urodzenia. Ale z drugiej strony come on, ileż można szukać takiego szczegółu na dokumencie, na którym są bodaj dwie inne daty poza tym? W każdym razie trwało to trochę. Na sugestię, że nie trzeba sześciopaka z piwem wkładać do torby plastikowej pani na mnie spojrzała jakbym był z marsa i powiedziała, że takie prawo (you know, open container policy…) Wcześniej jeszcze pani też na mnie dziwnie spojrzała kiedy powiedziałem, że proszę trzy torby plastikowe. W naszym kochającym podatki mieście o torby trzeba prosić i za nie płacić, więć się przyzwyczaiłem, że trzeba mówić czy się chce i ile. No więc powiedziałem. Na co pani zapakowała mi towar do toreb a poza tym dorzuciła trzy dodatkowe, obrzucając wspomnianym wcześniej spojrzeniem. Ot co kraj to obyczaj:)

Po uporaniu się z zakupami udało nam się w końcu pomknąć w stronę Cranberry Lake…

View Larger Map

Kiedy dotarliśmy na miejsce Aneta z Robertem i psiakiem już na nas czekali i się martwili czy aby nam się coć nie stało. Szybko się rozbiliśmy i potem zabraliśmy się za spędzanie bardzo miłego wieczoru razem. Aneta zrobiła bardzo smaczne jedzenie, my usmażyliśmy nabyte w sklepie kiełbaski i popijając bardzo dobrym amerykańskim (Samuel Adams Boston Lager) i polskim piwem rozmawialiśmy do późna. Rano A&R spakowali się i pojechali w dalszą drogę a my zaczęliśmy tydzień wakacji we dwoje.

Większość czasu spędziliśmy poza namiotem i poza kempingiem. Tym razem chodziliśmy mniej po górach, choć i tak weszliśmy na dwie górki (Mount Arab i jakaś druga, nazwy której nie pamiętam), za to więcej oglądaliśmy wodospadów, których w okolicach Cranberry Lake jest całe mnóstwo. W sierpniu jest bardzo mało owadów, więc ani komary ani meszki za bardzo nam nie dokuczały, poza jednym epizodem o którym później.

Okolice Cranberry Lake to najdziksza część parku Adirondacks. W okolicy nie ma żadnego średniej wielkości miasteczka i nawet stacji benzynowych jest bardzo mało. Za to przyroda sprawia niezapomniane wrażenie. Samo Cranberry Lake to mała osada, w której jest coś czterdzieści domów, z czego częśc to domy letniskowe, biblioteka, poczta, sklep spożywczy, diner (coś jak jadłodajnia) i jedna restauracja. I kamping stanowy. No i kilku nudzących się bardzo szeryfów. W każdym miasteczku jest limit prędkości 20-40 mil na godzinę i zdecydowana większość kierowców go przestrzega, inaczej niż w Ontario, gdzie jazda 60 (km/h) w miescach gdzie jest 50 (km/h) jest właściwie normą. Bardzo szybko zrozumieliśmy dlaczego – prawie codziennie, czasem po kilka razy na dzień widzieliśmy jak szeryf albo trooper zatrzymuje łamiącego przepisy kierowcę i lepi mandat. W rezultacie ruch panuje tak spokojny, że dzieciaki i piesi nie muszą się na ulicach czuć zagrożeni. Dla kierowców oznacza to czasem konieczność jazdy przez 10 mil w tempie żółwiowym, ale muszę przyznać, że amerykańskie znaki, podobnie jak kanadyjskie, są zwykle umieszczane w bardzo przemyślany sposób i nie ma ograniczeń bez sensu, jak często zdarzało mi się obserwować w Polsce.

Narazie tyle, częśc dalsza i zdjęcia nastąpią:)



wakacyjne impresje – I


Kilka migawek z wakacyjnej codzienności…

———-

I jeszcze raz toster;)

Codzienność śniadaniowa. Przenośny toster na gaz

———-

śniadanie na trawie w naszym wykonaniu....

śniadanie na trawie w naszym wykonaniu....