Celtowie, łosie, góry i ocean czyli wakacje na Cape Breton (NS)


capebreton1

Za nami dwa tygodnie na szlaku. Przejechaliśmy ponad pięć i pół tysiąca kilometrów, spotkaliśmy miłych ludzi i dzikie zwierzęta, spaliśmy nad oceanem i łazili po górach. Trudno taką ilość wrażen ogarnąć myślą, a co dopiero jakoś ciekawie i sensownie opisać… Jednym słowem wróciliśmy z niezwykle udanych wakacji w Nowej Szkocji. Zdjęcia będą nieco później, póki co polecam zdjęcia M. a także jej wersję naszej wyprawy (każde z nas pisało nie wiedząc co napisze drugie).

Kiedy dwa lata temu pojechaliśmy na Wyspę Księcia Edwarda i do Nowego Brunszwiku na momencik przekroczyliśmy granicę Nowej Szkocji i obiecaliśmy sobie z M., że jeśli nam się uda to jeszcze tam wrócimy. W zeszłym roku się nie udało i wylądowaliśmy w Adirondacks, za to w tym roku już od dawna szykowaliśmy się na podbój Nowej Szkocji. Ale po kolei…

//poniedziałek//

Nie idę do pracy. Wcześnie rano odstawiamy z siostrą psa na psią farmę a potem robimy sobie małą bratersko-siostrzaną wycieczkę do Hilton Falls, gdzie poza niezłym wodospadem jest sporo ładnych szlaków. Ot taka rozgrzewka przed wakacjami.

//wtorek//

Nie idę do pracy. Idea jest taka, że pakuję od rana graty do auta, M. wychodzi szybciej z pracy, wsiadamy i jedziemy aż za Montreal, gdzie mamy spać. O dziwo wszystko idzie zgodnie z planem, choć w pewnym momencie wydaje mi się, że nasze graty się magicznie rozrastają i nigdy nie uda mi się tego wszystkiego zapakować do auta. Wyruszamy z Toronto bardzo szybko, na autostradzie nie ma korka, przez Montreal i jego słynne mosty przemykamy bez żadnych problemów. Docieramy do motelu gdzie wita nas smętnie siedzący na recepcji gość i pies. Pies wydaje się być o wiele bardziej zadowolony niż jego pan z naszego przybycia, co chyba nie do końca podoba się recepcjoniście. Ale co tam, pokój czysty, tanio jak na Montreal.

******