Sláinte! Czytamy i słuchamy

Dzisiaj kilka luźnych słów o książkach i jedna składanka muzyczna.
***
Dużo się w ostatnich latach dzieje ciekawego w anglosaskiej fantasy i mamy prawdziwy rozkwit i ewolucję gatunku. Nic tylko czytać… Właśnie kończę drugi tom cyklu łotrzykowsko-przygodowo-fantasy, którego głównymi bohateremi są Locke Lamora i jego brat-łata Jean Tannen. Po angielsku cykl się nazywa Gentleman Bastards a jego twórcą jest Amerykanin Scott Lynch. Bardzo oryginalne podejście do gatunku i świetny język, nie mówiąc o wyimaginowanym świecie i cywilizacji, które się w nim rozwinęły. Im jestem starszy i więcej czytałem i widziałem tym mniej mnie zaskakuje, jednak Lynch (i wspomniany niżej Abercrombie) sprawili mi sporą niespodziankę swoją świeżością. Czułem się jak kiedyś, lata temu, czytając po raz pierwszy Wiedźmina, równie rewolucyjny literacki przełom w gatunku.

Pierwszy tom, Lies of Locke Lamora, opowiada historie złodziejskiego gangu, który opracował dosyć nietypowe sposoby kradzieży i działa nie tyle dla zysku co dla przyjemności. Niestety, ściągaja na siebie uwagę tych, którzy ze wszech sił starają się im pokrzyżować plany. Zabawne, przejmujące, wiarygodne i nostalgiczne zarazem. W drugim tomie spora częśc akcji dzieje się na morzu na statku pirackim. Nigdy do tej pory nie czytałem żadnej marynistycznej powieści, ani po polsku ani po angielsku (z wykątkiem Podróży Guliwera i Robinsona Crusoe) więc mam sporo zabawy z poznawaniem terminologii. Aż się boję kończyć ten tom, bo wiem, że będę się musiał rzucić na nastepny, a czas na czytanie mam ograniczony…
Scott Lynch: The Lies of Locke Lamora, Red Seas Under Red Skies, The Republic of Thieves…

Wspomniałem już wyżej Joe Abercrombie. Jego cykl First Law jest według mnie zupełnie odjechanym anty-Tolkienem. Grupa przypadkowo (nie do końca, ale to inna sprawa) wybranych ludzi pod “kierownictwem” starego maga wybiera się na koniec świata, żeby znaleźć coś, co im pomoże zwalczyć zło. Brzmi znajomo? Zapewniam, że nie. Zupełnie nie… Jest jeszcze Glokta, ongiś galant, wyborny szermierz i amant, a teraz wrak człowieka, okaleczony fizycznie i psychicznie przez kilka lat tortur w lochach wrogów. Ponieważ nie mógł po powrocie do domu znaleźć pracy postanowił się zapisać do królewskiej inkwizycji – sekretnej policji, której zadaniem jest trzebienie przeciwników politycznych tronu. W nowej roli odnalazł się jak ryba w wodzie. Problem w tym, że czasy robią sie niespokojne a on, choć wszystkim stara się pokazać że tak nie jest, ma w sobie sporą dawkę dobroci, współczucia. Jest do tego niezwykle inteligentnym człowiekiem, któremu przyszło radzić sobie w trudnych czasach jak sie da… Zdecydoawnie mój ulubiony antybohater, ale nie będę pisał więcej, bo po co Wam psuć zabawe…
Joe Abercrombie: The Blade Itself, Before They Are Hanged, Last Argument of Kings…

A muzycznie proponuję coś na rozruszanie i rozgrzanie, czyli mieszankę irlandzko-celtycką. Chyba nie trzeba więcej mówić, wystarczy posłuchać.
PS. Zachciało mi się nauczyć grać na celtyckim flecie (tin whistle). Ktoś z Was próbował? Podobno łatwiej niż na klasycznym flecie renesansowym, którego nas uczyli w szkole. Metalowe kosztują tylko $12-20, więc może się skuszę…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *