Migawki z życia – 1

Siedzimy sobie naszą czwórką w ulubionej wietnamskiej restauracji, w której serwują pyszne Pho i doskonałe vermicelli. Przyszliśmy wcześniej, więc udało nam się dostać stolik w rogu, gdzie można się wygodnie rozsiąść i patrzeć na klientów. Kelnerzy zabierają zamówienie i przynoszą zieloną herbatę. Tym rezem młodzi chcą koniecznie spróbować, a że dali nam cztery miseczki nalewamy im trochę. Oboje zgodnie radośnie stwierdzają, że zielona herbata jest pyszna a ja robię mentalną notkę, że muszę sprawdzić kiedy Azjaci zaczynają swoim latoroślom podawać herbatę. Pojawiają się michy z jedzeniem a młodzi chcą koniecznie spróbować jeść pałeczkami, bo podoba im się jak wszyscy wokół machają dzielnie. Dostają więc specjalne mniejsze jednorazowe bambusowe w rozmiarze dziecięcym i zabierają się do roboty. Idzie im dosyć sprawnie, zwłaszcza M., która chyba za punkt honoru postawiła sobie zjedzenie wszystkiego w ten sposób. Młodzi zachwycają się spring rolls i mięskiem jakby nikt im nic od tygodnia nie dawał. Siedzimy więc sobie spokojnie, jemy i patrzymy na ludzi wokół.

Obok przy stoliku siedzi pan z wąsikiem. Wąsik i ubrania nieodparcie kojarzą mi się ze stylistyką PRLu. Pan zagaduje i widać, że ma sobie ochotę trochę porozmawiać. Jest Rumunem, ale matka albo ojciec (nie pamiętam dokładnie) byli z Polski. On sam po polsku co prawda nie mówi, ale zna kilka słów. Mówi, że kocha dzieci i cieszy się, ze nasze są takie małe. On sam ma pięcioro, a wszyscy już są dorośli i dosyć porozrzucani po świecie, od Stanów po Rumunię. Choć pan na oko wygląda na piećdziesiątkę z hakiem jest już dziadkiem i to pełną gębą. Córka ma pięioro dzieci, są też jakieś inne wnuki. Na dowód pan pokazuje zdjęcia w telefonie. Kończy jeśc, grzecznie się żegna i wychodzi.

Przy stoliku przed nami para z dwójką dzieci trochę starszych niż nasze. Ona w typie latynosko-irańskim a on nieco śniady południowiec z przodkami z tego lub innego krańca morza Środziemnego. Zaraz po wejściu rozdają dzieciom sprzęt – po tablecie na każdego. Oni sami na zmianę sprawdzają coś w swoich telefonach i rozmawiają we dwoje. W tym czasie dzieci, przekrzywiając szyję w pozach dosyć nienaturalnych, oglądają na tabletach filmy i grają w gry. Wchodzi jedzenie. Rodzice podsuwają dzieciom miski i sztućce a dzieci nawet na chwilę nie odrywają wzroku od migoczących ekranów. Całe szczęscie dźwięk mają nastawionu na minimum, pewnie po to, żeby nie przeszkadzał rodzicom. Udaje im się zjeść prawie całą kolację z tabletem w ręku. Prawie, bo w pewnym momencie chłopiec zaczyna wydawać odgłosy wymiotne. Kilka osób na sali rzuca zdegustowane spojrzenia w stronę stolika. O dziwo rodzice reagują, odgłosy wymiotne wybijają ich z rozmowy. Wszystko na chwilę wraca do normy, ale już za moment chłopiec wylewa na siebie szklankę z sokiem. Zaczyna wrzeszczeć, bo sok wlał mu się do buta. Chłopiec zrzuca coś ze stołu i wrzask miesza się z odgłosem pękającego szkła. Kolejna fala zbulwersowanych spojrzeń z sali. Pani z panem płacą rachunek, chłopiec pojękuje a dziewczynka idzie do obsługi po cukierki. Kiedy w końcu wychodzą robi się cicho i przyjemnie, choć restauracja jest pełna.

Przy stoliku przy którym wcześniej siedział pan Rumun siada młody Chińczyk. Nie zdejmuje zimowej kurtki. Siorbiąc zupę wygląda jak zmianowy robotnik na przerwie. Idę płacić nasz rachunek a on w tym samym czasie przepycha się do kasy i prawie mnie tratuje, bo najwyraźniej ma zupełnie inną niż ja konecpcję przestrzeni osobistej.

Po kolacji zaglądamy do ulubionego supermarketu koreańsko-japońskiego. Czas zrobić zapasy składników, bo powoli się kończą. Dzieci są zafascynowane, bo sklep jest bardzo przyjazny, jasny i ma niezwykle miłą obsługę. Na półkach całe rzędy kolorowych torebek i butelek z sosami sojowymi, octami ryżowymi, wodorostami, przyprawami i pastami. Wrzucamy do koszyka świeże grzyby i warzyaw na sukiyaki i bibimbap. A. stoi zafascynowany przed chłodnią z mięsem pociętym na cieniutkie plasterki i mówi – mniam szynka. Dawno nas tu nie było, więc mamy koszyk dosyć pełny. Pan przy kasie prosi, żeby poczekać. Właśnie był nowy rok, więc ma dla dzieci podarki. Każde dostaje piekny niebieski parasol koreański z małpą. Dzieci są zachwycone do potęgi. Na pewno nie będziemy mieć problemu, żeby je namówić na zakupy, zresztą kupowanie jedzenia jest jedną z ich ulubionych rozrywek.

W domu przed snem obowiązkowa prezentacja parasoli. Po krótkiej paradzie zgadzają się odwiesić parasole w szatni. M. pyta o prognozę pogody na dzień następny i jest zawiedziona, że nie będzie deszczu.

————
Jeśli chcecie ugotować coś koreańskiego to sporo prostych i szybkich przepisów znajdziecie tutaj. Jednym z moich ulubionych jest kurczak z grzybami i jarmużem. Łatwo go zrobić nawet jak się nie ma koreańskiego sklepu obok.

4 thoughts on “Migawki z życia – 1

  1. Alicja

    Bardzo fajny opis wieczoru. Zainteresowało mnie to, że macie w domu…szatnię! Dla mnie “szatnia” to wyłacznie w instytucji, nigdy w domu. Czyżby regionalizm nieznany mi zupełnie? Wyjaśnij, proszę.
    Alicja

    Reply
  2. ResVaria Post author

    @Alicja – Mamy mudroom. Po polsku nazywamy garderoba. Owszem, szatnie są raczej w instytucjach, choć spotykam się z użyciem na domowe pomieszczenia też, przynajmniej na Śląsku i w Krakowie.

    Reply
  3. Alicja

    Acha! Mudroom i utility room to bardzo ważne pomieszczenia. U nas ubrania wiesza się w domu w przedpokoju czyli anteroom (nie nazywamy go jednak anteroom tylko hallway, a czasem entry room). Dzięki za potwierdzenie, że szatnia dla Was ma to drugie znaczenie też. Garderoba (nie używam tego słowa mimo, że etymologicznie jest idealne), po anglielsku to u nas jest closet (niestety), albo szafa (też niestety bo nieprecyzyjne). A co z tym podawaniem herbaty dzieciom? Ja piłam herbatę od małego, to znaczy na pewno od 5 roku życia. Bez mleka, bo nie smakowało mi z mlekiem. W trakcie podróży po Azji przykuło moja uwagę, jak dużo dzieci pije soki i obrzydliwe “nasze” drinki typu Coca Cola czy Fanta etc. Ciekawa jestem też kiedy azjatyccy rodzice daja dzieciom zielona herbatę. Jeśli dowiesz się, daj znać proszę.
    Pozdrowienia.
    Alicja

    Reply
  4. Evita_duarte

    Fajny wpis, najbardziej podoba mi sie brak oceny innych rodzicow. Suche fakty i tyle. I dobrze, bo moze mieli akurat gorszy dzien…

    ResVaria, jesli mialbys chwile i inspiracje to chetnie przeczytaabym wpis o wychowaniu dzieci w kulturze i jezyku polskim. Przyznam szczerze, ze wychodzi mi to z roznym powodzeniem i chetnie poczytam jak u innych 🙂

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *