Dzisiaj mamy kolejny przełomowy dzień, a raczej wieczór. Po raz pierwszy zostałem z Małą sam na sam w domu na dłużej. Najpierw całą trójką pojechaliśmy do naszej ulubionej malezyjsko-tajskiej knajpki na kolację, po raz pierwszy z małą, później podwiozłem M. na spotkanie jej klubu fotograficznego i zaczął nam się czas ojcowski. Chciałem wziąć małą gdzieś, gdzie jeszcze nie była, na przykład do jednego z ulubionych sklepów jej ojca, na przykład Lee Valley Tools, Home Depot, Lowe’s albo Rona, ale po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że taką wycieczkę sobie zrobimy jeszcze nie jeden raz, a tym razem możemy sobie po prostu pobyć w domu razem z Panem Psem. Zresztą i tak nie miałem przy sobie całego arsenału pieluch, wózka ani innych sprzętów. Chodzenie z fotelem samochodowym jakoś mi się nie uśmiechało i tak dalej. A tak naprawdę to nie byłem pewien o której się obudzi i zacznie włączać tryb głodnego nazgula… Wtedy to nie ma żartów, jak nie ma w pobliżu M. to jest problem:) Dziś mamy jednak dzień na eksperymenty i postanowiliśmy spróbować jak sobie Mała będzie radzić z mlekiem odpompowanym do butelki (normalnie karmiona jest tylko piersią). M. z poświęceniem przygotowywała od kilku dni zapas, ja przeczytałem stosowne uwagi na temat karmienia z butelki w książce, nic tylko próbować. Okazało się, że po powrocie do domu Mała postanowiła spać i obudziła się dopiero po niecałych dwóch godzinach. Miałem przygotowaną specjalną butelkę ze smoczkiem Medeli imitującym sutek, Mała na chwilę wyłączyła nazgula i postanowiła spróbować pić. Wszystko szło pięknie i gładko, więc czułem, że coś to za proste. No i rzeczywiście, kiedy wypiła coś z 1/3 zawartości udało się jej zachłysnąć, smoczkiem którym się teoretycznie zachłysnąć nie powinno. Nic się nie stało i zaraz mogła by pić dalej, ale niestety zachłyśnięcie zirytowało ją niezmiernie i aż cała poczerwieniała ze złości na twarzy. Na domiar złego mleko przestało lecieć jej ze smoczka, bo zamiast ssać się denerwowała. Oczywiście zaraz pojawił się zaciekawiony wielce Pan Pies, rzucił mi kość pod nogi i zaczął się szykować do pocieszającego polizania Małej po twarzy. Udało mi się go spacyfikować i mała zaczęła nawet na nowo ssać, ale mieliśmy powtórkę z rozrywki:) Potem już na tyle się zirytowała, że musiałem zastosować wariant drugi – inna butelka, tym razem Philipsa, również imitująca sutek, ale inny. Przelałem mleko, bo oczywiście każdy smoczek pasuje często tylko do butelek danej firmy… Mała na szczęście chyba dalej była dosyć głodna, bo się przyssała całkiem i z błogim uśmiechem na twarzy wyssała prawie wszystko. Potem sobie miło westchnęła i po kilku sekundach włączyła syreny. Ci z Was którzy nie mają dzieci pewnie wiedzą, że po karmieniu się dzieci “odbija”, żeby powietrze, które z mlekiem zassały do żołądka mogło się wydostać z powrotem. Można co prawda dziecka nie odbijać, ale wtedy lepiej sobie przygotować ścierki, bo jest duża szansa, że spora część zawartości wyląduje w okolicy maleństwa. Odbijanie Małej to jak gra w rosyjską ruletkę – nigdy nie wiadomo co z tego będzie i jest duża szansa, że pomimo szmatki ochronnej na koszulce człowiek po całym zabiegu będzie się nadawał do prania:)
Udało nam się, chwilę poleżała wpatrując się w swoje ulubione rybki z kołyski, po czym włączyła kolejną syrenę. Może głodna? Nie. Może nieodbita? Nie, nie o to chodzi. Pielucha przebrana przed karmieniem, więc też odpada, zimno jej nie jest, gorąco też nie… Okazało się, że po prostu Maleństwu się nudziło w kołysce i chciała się porozglądać po okolicy. Poszliśmy więc z wizytą do Pana Psa, obejrzeliśmy ogromną sowę w kalendarzu w kuchni, który podarowała nam Essi, podziwiliśmy bukiet miniaturowych róż w wazonie, porozmawialiśmy o tym i owym i było dobrze, można wracać do rybek.
Rybki działały świetnie, tyle, że zaczęła się Małej czkawka, jak prawie zawsze kiedy po karmieniu jest w pokoju na dole, choć na górze też się jej zdarza. Teraz patrzy więc na rybki, walczy z czkawką i poziewuje. Czekamy na powrót M. i cieszymy się, że tak dobrze nam poszło:)
***
Z innej beczki, skoro mam czas i dyżuruję to napiszę o kilku innych sprawach.
M. pisała już trochę o opiece medycznej. Może dopiszę swoje co nieco. Do tej pory nasz kontakt z lekarzami był rzadki i właściwie ograniczał się do “przeglądów” co jakiś czas, oraz wizyt u dentysty i okulisty. Przez całą ciążę, poród i po mieliśmy więc po raz pierwszy okazję zobaczyć jak sławiona przez jednych a krytykowana przez drugich kanadyjska służba zdrowia wygląda. Od razu zastrzegam, że za służbę zdrowia i edukację odpowiedzialne są prowincje i rząd federalny nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia. W związku z takim podziałem obowiązków każda prowincja ma inny system usług medycznych i edukacji, choć oczywiście są pewne wspólne wytyczne dla całego kraju. W Ontario służba zdrowia to ulubiony temat polityków i mediów. Przez to, że nasza prowincja ma najwięcej mieszkańców i że wiele specjalistycznych klinik jest w Toronto utrzymanie całego systemu jest bardzo drogie. Płacimy za owe dobrodziejstwa dosyć słono z nasych podatków, w zamian za co każdy stały mieszkaniec prowincji ma prawo do “bezpłatnych” usług medycznych. Oczywiście usługi nie są bezpłatne, bo składamy się na nie z podatków, poza tym wiele spraw nie jest pokryta. Leki na receptę, dentyści, okuliści, fizjoterapia, prywatne i półprywatne pokoje w szpitalach to luksusy za które trzeba albo samemu zapłacić, albo płaci dodatkowe ubezpieczenie, które dostaje się w ramach “benefitów” w pracy albo wykupuje się samemu. Nam się udało, bo zarówno pracodawca M. jak i mój oferują pracownikom doskonałe benefity, przez co nie musimy dopłacać za lekarstwa i dodatkowe sprawy z własnej kieszeni, ale nie wszyscy mieszkańcy mają takie ubezpieczenia a lekarstwa na receptę potrafią być bardzo drogie. Bezpłatna pozostaje dla wszystkich stałych mieszkańców opieka w szpitalu i podstawowa opieka medyczna. Nie trzeba więc samemu płacić za operację czy zabiegi ani za wizyty w szpitalu albo u lekarza. Poziom opieki jest bardzo dobry, przynajmniej do tej pory nie trafiliśmy na coś na co można by było narzekać. Szpitale są czyste i bardzo nowoczesne, obsługa bardzo miła. Na początku byliśmy nieco zszokowani, bo nasze doświadczenia z polską służbą zdrowia wiadomo jakie były, choć może przez ostatnich 12 lat coś się tam zmieniło, nie mam pojęcia. W każdym razie tutaj lekarze mają takie podejście, że pacjent się nie czuje jak intruz albo petent, co bardzo mi się podoba. Ale więcej na ten temat w innym wpisie. Teraz kończę, bo M. wróciła. Póki co Mała ją ignoruje, ale pewnie za chwilę znowu zgłodnieje:)
5 Comments | In: kanadyjskie impresje, ojcowskim okiem, okiem emigranta, refleksje przy herbacie, toronto na codzień | | #