Wiosna idzie…


Już niedaleko, już za miesiąc:) Ptaki chyba zaczęły wracać, a do tego odwiedził nas drapieżnik, o czym pisała już M. u siebie. Na pocieszenie dla skutej lodem Europy wesoła piosenka prosto z Hawajów. Pan jest a raczej był fantastyczny…



Nowy wpis się robi, ale nie wiem kiedy mi się uda skończyć, bo mamy w domu małe sanatorium pod klepsydrą.

No dobra, jeszcze jeden kawałek Israela “Iza”:



Przyszedł luty… wyjmij wiosenne buty


Nie pamiętam takiej pogody w lutym w Toronto. Ba, nawet w Ankarze nie było tak ciepło. Wiosna, plus 5 za oknem, ptaki śpiewają, komary, meszki i inne paskudztwa zaszyte na przezimowanie zacierają z radości swoje skrzydła i szykują ssawki na czerwiec… Oj będzie tego robactwa wiele, bo prawie nic nie wymarznie. Tymczasem w Bukareszcie i na Bałkanach mrozy jakich najstarsi Bułgarzy i Rumunii nie pamiętają, w Europie Środkowej i Wschodniej ludzie zamarzają na śmierć, moim rodzicom kurczą się zapasy opału, którego ceny podobno znowu poszły w górę. Sprawa opału na Śląsku i w innych miejscach w Polsce to niezły paradoks. Powietrze zimą jest ciężkie i lepkie od dymu, sadzy i brudu, bo niektórzy ludzie palą w piecach co tylko się da, włączając śmieci. Co z tego, że moi rodzice i inni palą tylko węgiel i chętnie by zamienili piec węglowy na gaz, skoro wszystkie metody ogrzania domu zimą są zaporowo drogie a gazem palą tylko bardzo bogaci. Dlatego spora częśc mieszkańców woli wdychać trujące smrody. Ludzie po tym chorują, szerzą się różne choroby płuc, państwo wydaje ciężkie pieniądze na opiekę medyczną i tak dalej. Zima na Śląsku przypomina Londyn z czasów Dickensa – brud, smród, dymy i sadza. Nic dziwnego, że ludzie ponurzy i mało w nich optymizmu.

Nasi sąsiedzi sprzedali dom. Wyremontowali go całkiem, rozbudowali i zupełnie pozbawili wiktoriańskiego charakteru. Na górze były trzy pokoje, które zmienili na dwa bardzo duże, przy czym na środku jednego z nich postawili ogromną wanne z masażem:) Jak widać komuś się spodobało, bo kupcy się znaleźli. Ciekaw jestem kto zacz, trochę się martwimy, bo sąsiedzi byli bardzo mili acz czasem głosni a nie ma pewności, że nowi będą równie mili. Kiedy się mieszka w połówce zawsze niestety trzeba brać pod uwagę sąsiadów. Jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że nie trafia nam się jacyś neurotyczni przeciwnicy psów i małych dzieci;) Póki co pozostali sąsiedzi ekscytują się kwotą za którą nasz sąsiad dom sprzedał. Nasza dzielnica jest na drugim miejscu wśród najpopularniejszych “rozkwitających i przyszłościowych” dzielnic w Toronto, więc wiążą się z tym szybsze transakcje i wyższe ceny. Wygląda na to, że nasz instynkt nas nie mylił i udało nam się wprowpadzić na nasze włości zanim dzielnica sie całkiem zgentryfikuje, czego symbolem zwykle jest kawiarna Starbucksa na rogu. Z jednej strony cieszę się, że nie musimy teraz szukać domu, z drugiej czasem mnie korci, żeby się przeprowadzić. Mieszkamy w naszym domu już ponad trzy lata, co jest naszym rekordem. Bez obaw, w najbliższym czasie nigdzie się nie wynosimy, musimy najpierw dom odremontować, a na to trzeba czasu.



Odkryliśmy kolejny świetny kryminał brytyjski, również robiony przez BBC. To “Luther”, którego głównym bohaterem jest detektyw “z problemami”. Jest niepodobny do innych, a raczej kojarzy mi się trochę z ciemnymi kryminałami Chandlera i pscyhologicznymi opowieściami kryminalnymi Simenona. Bardzo smaczna a główny aktor jest fenomenalny, podobnie jak główny (póki co) Schwarzcharakter. Luher ma aż 8,6 gwiazdek w IMDB, co bardzo rzadko się zdarza.



Elizabeth II Dei Gratia Regina




60 lat temu, 6 lutego 1952 zmarł Jerzy VI, król Zjednoczonego Królestwa, Kanady, Australii, Nowej Zelandii i wielu innych miejsc. Król, który nie miał być królem, bo ta rola przypisana była jego starszemu bratu Edwardowi (VIII). Zawirowania sercowo-historyczno-polityczno-dziejowe, o których opowiada doskonały film The King’s Speech sprawiły, że introwertyczny, jąkający się neurotyk o słabym zdrowiu z dnia na dzień musiał przyjąc ciężar brytyjskiej korony. Czasy były nieciekawe, Europę drążyła wizja wojny a i na Wyspach podnosili głowy sympatycy Hitlera. Sprostał zadaniu, ale jego zdrowie się pogarszało. W kilka lat po wojnie starsza córka Jerzego, Elżbieta pojechała z wizytą do Australii i Nowej Zelandii. Wieści o nagłej śmierci ojca Elżbieta odebrała w Kenii, gdzie zatrzymała się w drodze na południe. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Skończył się w miarę beztroski czas od zakończenia wojny. Zmiana planów, powrót do Londynu, ciężar korony. Oczywiście wszystko zależy od osobowości, a Elżbieta znana jest z tego, że do swoich obowiązków podchodzi bardzo poważnie. Krytycy, którzy sądzą, że bycie monarchą to same przyjemności pewnie nie wytrzymali by długo w królewskiej roli. Nieustające spotkania, wizyty wśród chorych szpitalach, wśród żołnierzy, korespondencja, nadawanie honorów, otwarcia i inauguracje… Pomimo sześćdziesięciu lat na tronie Elżbieta nadal tryska energią i żywotnością. Przeszła przez rodzinne tragedie, kryzysy polityczne i ciężkie chwile kiedy monarchia wydawała się niemodna obronna ręką. Cały czas świadoma swoich obowiązków, zachowująca klasę, jedna z ostatnich wielkich osobowości które na swoją pozycję zapracowały pracowitością i poczuciem obowiązków. Sześćdziesiąt lat na tronie. Long live the Queen.
A tutaj link do galerii ze zdjęciami z różnych okresów panowania Elżbiety.



Trzy miesiące


Wczoraj Mała skończyła trzy miesiące. Niby nie tak wiele, jednak zmieniła się przez ten czas nie do poznania. Z nieobecnego, zapłakanego i wiecznie głodnego noworodka zmieniła się w coraz bardziej świadomą swojego otoczenia małą istotkę, która obdarza promiennymi uśmiechami ludzi i psy wokół. Gaworzy, robi “pajacyka” rękami i nogami, szczebioce i uważnie wpatruje się w nas, swoich rodziców. Te trzy miesiące nie były łatwe, o nie, ale było warto:) W końcu odzyskała z powrotem swoją lewą stopę, która od pierwszego tygodnia po urodzeniu tkwiła zapatulona w “foremkę” z gipsu i plastikowych bandaży. Wszystko przez to, że jej lewa stopa była wykrzywiona do tyłu (club foot), co jest częstą wadą rozwojową, całe szczeście łatwą bardzo do skorygowania. Po całej serii kolejnych “foremek” Mała w końcu dostała ortopedycze butki połączone aluminiową sztabką. Butki będą jej towarzyszyć przez następnych kilka lat, ale za jakiś czas będzie je dostawać tylko na noc, więc nie będą jej przeszkadzać w normalnym rozwoju ruchowym. Wyglada w nich jakby jeździła na desce.
***
Mieliśmy w końcu coś na kształt normalnej torontońskiej zimy. W poniedziałek wieczorem spadło sporo śniegu i nawet chwilę krótką było biało jak bogowie nakazali. Miałem nadzieję, że taka zimowa, przyjemna aura się utrzyma, ale dzisiaj znowu mamy ciepły halny, choć nie taki silny jak ostatnio.

***
Kanada zaczyna coraz bardziej żyć swoim ulubionym sportem politycznym, czyli amerykańskimi wyborami. Zainteresowanie prezydencką kampanią jest w Kanadzie chyba tylko odrobinę mniejsze niż w Stanach. Wynika to z naszej geopolitycznej i gospodarczej lokalizacji. Wydaje mi się, że przeciętny Amerykanin interesuje się naszym “dalekim krajem gdzieś na północy” o wiele mniej niż Kanadyjczycy interesują się Stanami. Dla nas Stany to taki trochę nieprzewidywalny brat, bez którego trudno żyć, ale który czasem potrafi być bardzo męczący i przytłaczający, a do tego nie zawsze traktuje nas poważnie. W praktyce wygląda to trochę tak, że kiedy Amerykanie robią Kanadyjczykom problemy w jakiejś sprawie to Kanadyjczycy się irytują i domagają się preferencyjnego traktowania, co nie przeszkadza w wytykaniu Amerykanom ich błędów i wypaczeń. Z drugiej strony kiedy Amerykanie chcą się zbyt bardzo bratać, Kanadyjczykom włącza się moduł niezależności i obawa przed utratą niepodległości. Większość Kanadyjczyków darzy Amerykanów dużą sympatią i traktuje USA jako “bliską zagranicę”, czyli miejsce gdzie się jedzie na zakupy, spędza zimowe miesiące na emeryturze i rodzinne wakacje. Ponieważ oba kraje pomimo wielu istotnych różnic są mimo wszystko dosyć podobne do siebie, Kanadyjczycy czują się w USA jak w domu. Mimo to bardzo dbają, żeby przypadkiem nie stracić kanadyjskiego paszportu, który jest kluczem na przykład do sensownej opieki medycznej. W tym kontekście nic dziwnego, że amerykańskie wybory prezydenckie są w Kanadzie obserwowane z żywym zainteresowaniem. W końcu prezydent ma sporo władzy wykonawczej i potrafi zaszkodzić albo ułatwić życie mieszkańcom Kanady. Prezydent Obama, choć dosyć popularny w Kanadzie jako osoba, widziany jest jako mniej prokanadyjski niż jego poprzednik, który na poziomie osobistym popularny zdecydowanie nie był. Kanadyjczycy są więc trochę rozdarci – lubią Obame, ale nie podobają im się jego posunięcia, na przykład zablokowanie rurociągu z Alberty. Ponieważ w tutejszej polityce najczęściej wygrywa pragmatyzm i umiarkowanie rząd federalny będzie się starał ułożyć poprawne stosunki z nowym prezydentem niezależnie od tego czy wygra Obama czy kto inny. Niebawem wejdą w życie nowe pomysły związane z security perimeter, przez co przejazd przez granicę ludzi i towarów ma być szybszy i sprawniejszy. Oba kraje mają też w końcu zacząć się dzielić informacjami o wjazdach i wyjazdach podróżnych, żeby lepiej radzić sobie z nielegalną imigracją. Pożyjemy zobaczymy, ale w miarę jak kampania będzie sie rozwijać amerykańskim wyborom Kanadyjczycy będą poświęcać coraz więcej uwagi.

***
W czasie świąt zapisaliśmy sie do Netflix. Dla tych, którzy nie wiedzą co to takiego wyjaśniam – to internetowa wypożyczalnia filmów. Płaci sie jakoś $7 na miesiąc i można do woli oglądać filmy przez Internet na własnym telewizorze. Wybór jest ogromny, choć i tak kanadyjska oferta jest mniejsza od amerykańskiej. Jest sporo produkcji kanadyjskich, mnóstwo filmów europejskich i azjatyckich, sporo staroci i wiele nowości. Ponieważ często wieczorem oglądanie filmów jest jedyną rzeczą jaka możemy robić razem usypiająć Małą (przy czym Mała nie zobaczy telewizora przynajmniej przez pierwsze dwa lata życia, a później będzie miała surową reglamentację), nadrabiamy filmowe zaległości w kawałkach. Lubimy bardzo dobre kryminały, więc w zeszłym tygodniu pochłonął nas dosyć Sherlock, nowa adaptacja przygód słynnego detektywa autorstwa BBC. To ciekawa ekranizacja, bo akcję przeniesiono w czasy współczesne. Na początku sam koncept mi się do końca nie podobał, ale zmieniłem zdanie zaraz na początku pierwszego odcinka. Uświadomiłem sobie, że książkowy Holmes był postacia korzystającą ze wszystkich możliwych nowinek wiktoriańskiej technologii, więc przeniesienie go w czasy współczesne jest całkiem dobrym pomysłem. Aktor grający neurotycznego geniusza dedukcji jest doskonały, doktora Watsona gra za to aktor, którego niebawem zobaczymy w ekranizacji Hobbita Petera Jackson’a. Para ma bardzo dobrą dynamikę i film pochłania niezwykle. Do tej pory wyszły dwa sezony Sherlocka (po trzy odcinki w każdym), ale w naszym Netflix jest tylko pierwszy póki co. Bardzo polecam wszystkim miłosnikom kryminałów, Holmes’a i Londynu. Świetna muzyka, doskonałe aktorstwo i wiele londyńskich scen…
Dla zaczęty kilka filmików…








Zimno, wieje i wieje…


Od kilku dni mamy wiatr, taki paskudny, zimny, przynoszący ból głowy i nieciekawy humor. Ludzie są nerwowi, kierowcy trąbią jeden na drugiego, ja się irytuję, szukam dziury w całym i mam mało cierpliwości. Jestem zmierzły na potęgę, brrr… Do tego wiatr na Małą chyba też tak wpływa, bo ostatnie dni dała nam popalić nieźle. W takich momentach oboje mamy ochotę zaszyć się gdzieś w jakimś zakamarku i oderwać od rzeczywistości. Niestety kiedy jest się świeżymi rodzicami nie bardzo można, bo Mała nie ma do tego zrozumienia:) ALe zawsze można się odreagować na przykład takim wierszykiem Tuwima. Dedykuję wszystkim z przymrużeniem oka rzecz jasna…



Podobno niebawem pogoda ma być lepsza…



Nie wywołuj zimy znad Zatoki Hudsona…, varia zimowe


W zeszłym tygodniu pisałem o naszej nietypowej, ciepłej zimie i proszę bardzo… Zaraz po tym nad Toronto przyszła masa przeraźliwie zimnego powietrza, pewnie z północy Ontario albo Dalekiej Północy. Zawiało, zasypało, zamroziło i do soboty włącznie trzymało miasto zamarznięte. W końcu poczułem, że mamy styczeń. Kałuża przy porannym spacerniaku pana psa zamieniła się w małą lodową łatę, po której można się poślizgać. Niestety w tym roku na prawdziwe lodowisko się raczej nie wybierzemy, bo Mała jest za mała, ale już za rok to i owszem. Trochę się stęskniłem. Jeśli ktoś się przypadkiem wybiera niebawem do Ottawy do zdecydowanie polecam tamtejszą ślizgawkę, o której kiedyś pisała M. Nam się bardzo na kanale Rideau podobało i pewnie wybierzemy się tam jeszcze nie jeden raz na ślizganie i pyszne “bobrowe ogony”, które są jedną z kanadyjskich słodkich specjalności.

M. już pisała, że mieliśmy egzamin na kanadyjskie obywatelstwo. Czekamy z niecierpliwością na termin przysięgi, po której pobiegniemy wyrobić paszporty. A potem pojedziemy odwiedzić A&R pod Syracuse, o czym jeszcze nie wiedzą :) W tym roku nie wybieramy się za atlantycką sadzawkę, więc mamy nadzieję na kilka krótkich wakacyjnych wypadów z Małą w przyrodę i tym podobne sprawy. Ciekawe ile by zajęła podróż samochodem do Atsaników…. hm, muszę to sprawdzić.

***
Pisałem kiedyś o tym jakie imiona dla dzieci są w Kanadzie popularne. W tym tygodniu znalazłem w mojej e-skrzynce pocztowej nowy list z Baby Center Canada. To taka całkiem dobra strona dla przyszłych i obecnych rodziców. Jej międzynarodowe mutacje są dostępne w wielu krajach anglojęzycznych. Baby Center posłało mi linka do listy stu najpopularniejszych imion dla dzieci w Kanadzie w 2011 roku. Poniżej wstawiam listę dla tych, których interesują imienne trendy. Sam temat jest dosyć ciekawy. Na przykład interesujące jest to, że choć w krajach Anglosfery trendy są podobne, to jednak występują wśród nich spore różnice. Zajrzałem kiedyś na listę imion jakie się teraz nadaje dzieciom w Polsce i zauważyłem, że częśc się pokrywa. Ciekawe skąd się biorą mody i niemody na imiona i dlaczego niektóre imiona, jak Maya/Maja, które do tej pory nie były specjalnie popularne nagle stają się nadużywane. Dosyć jednak tej dygresji, oto kanadyjska lista. Wstawiam pierwszych dwadzieścia, reszta na stronie, żeby nie zachwaszczać:

Dziewczynki:

Emma
Sophia
Olivia
Emily
Hailey
Ella
Lily
Zoe
Ava
Kaitlyn
Chloe
Abigail
Madison
Brooklyn
Sophie
Isabella
Sarah
Isabelle
Hannah
Charlotte

Chłopcy:
Liam
Ethan
Jackson
Jacob
Noah
Lucas
Nathan
Aiden
Mason
Logan
Jack
James
Nicholas
Benjamin
Jayden
Evan
William
Kayden
Zachary
Thomas


Matilda nie jest w pierwszej setce, co daje mi nadzieję, że imie nie stanie się nagle tak popularne jak Emma albo Sophie. Póki co bardzo mi się podoba to, że imię naszej córki wywołuje dużo pozytywnych reakcji. Najczęściej rozmówcom się podoba, że to stare, klasyczne imię a nie jedno z tych imion przyrodniczo-botanicznych.
***
Wczoraj miałem dzień walki z transportem miejskim. Zepsuło się metro, przez co musiałem jechać do domu tramwajem, co trwa całe wieki. Ponieważ nie byłem jedynym pasażerem, który wpadł na taki pomysł, tramwaj wyglądał jak konserwa rybna. Droga od wyjścia z domu do wejścia do pracy, która zwykle zabiera mi około 30 minut, zajeła mi dwie godziny. Plusem całej sprawy było to, że tramwaj mija rejony naszego dawnego domu w Riverdale i East China Town. Jest tam taka jedna kantońska restauracja, Ka Ka Lucky Seafood BBQ Restaurant, w której serwują pyszną wieprzowinę na różne grillowane i pieczone sposoby. Od dosyć dawna miałem się tam zamiar wybrać, więc skorzystałem z okazji i kupiłem nam take-out na kolację. Jedzenie mają pyszne a ceny bardzo przystępne, więc jeśli będziecie w okolicy to zdecydowanie polecam. To autentyczna kantońska knajpa, więc klientela jest w większości azjatycka, obsługa o wiele lepiej operuje kantońskim niż angielskim, a ceny są bardzo przystępne. Kupiłem dwa rodzaje wieprzowiny i ryż zapiekany z jajkiem i warzywami. Zjedliśmy dosyć sporoa na kolację, dzisiaj mamy jeszcze oboje na duży lunch, a całość kosztowała $18.
***


Od miesiąca słucham nowej płyty Toma Waitsa, Bad As Me, która dostałem pod choinkę od M. Płyta jest zaraźliwie doskonała.Jeśli ktoś lubi Toma to bardzo bardzo polecam, bo to jedna z jego lepszych i mocniejszych płyt. Oto kilka kawałków:

Face to The Highway, bardzo mi się podoba:


Tytułowa Bad As Me, świetna…




Get Lost…


Chicago…



I to ma być torontońska zima?


Za oknami od prawie dwóch tygodni mamy wiosnę. Czasem pochmurno i wieje wiatr, ale często świeci słońce a temperatura jak na Toronto niezwykle wysoka, coś kolo 2-6 stopni nad zerem. Jak tak dalej pójdzie pobudzą się wszystkie pączki na drzewach i potem kiedy w lutym przyjdą siarczyste mrozy będzie problem. O ile mrozy przyjdą rzecz jasna…

Nie pisałem jeszcze o samym początku naszej przygody z Małą, ale potrzebuję czasu na to, żeby zebrać myśli, bo to był dziwny okres, pełen różnego rodzaju emocji. Póki co wczoraj mała dostała pierwszą serię szczepień, następna za jakiś czas. Właśnie czytałem w Maclean’s, że w Kanadzie i innych krajach Zachodu rośnie coraz większa grupa dzieci, których rodzice postanowili nie szczepić z różnych względów. Niestety taki stan stwarza zagrożenie dla wszystkich w przyszłości, bo szczepionki aby były skuteczne muszą być zastosowane na krytycznej masie społeczeństwa. Kilka lat temu w Quebecu właśnie przez brak szczepień pojawiła się na nowo świnka, która teoretycznie została w Ameryce Północnej wyeliminowana jakiś czas temu. Co ciekawe o ile kiedyś nie szczepili swoich dzieci najczęściej ludzie z mniej zamożnych i wyedukowanych warstw społecznych, to teraz najwięcej niezaszczepionych to dzieci białych rodziców z wyższej klasy średniej. Obawiam się, że tacy nawiedzeni rodzice mają więcej “ciekawych” pomysłów, bo przecież wszystko i tak wiedzą najlepiej. Wydaje mi się, że szczepienia powinny być jednak obowiązkowe a ci, którzy dzieci nie szczepią powinni na przykład nie dostawać żadnych ulg podatkowych, co może by ich skłoniło do zmiany zdania.

W zeszły weekend wpadli do nas na kolację nasi hinduscy znajomi. Miałem mały dylemat – czym podjąć kogoś, kto nie je ryb, mięso jada tylko w bardzo małych ilościach a do tego lubi wyraziste smaki. Na początku chciałem ugotować moje ulubione Murgh Curry (curry z kurczaka z jogurtem), ale serwowanie Hindusom hinduskiego jedzenia jest trudne, bo musielibyśmy mieć jeszcze kilka rodzajów zakąsek, poza tym zakładaliśmy, że chętnie zjedzą coś odmiennego od ich własnej tradycji. Problem w tym, że my jemy głównie dania azjatyckie i podbne, a kuchnia europejska opiera się w większości na dużych kawałkach mięsa, które dla nich są nie do przejścia. Stanęło na lasagne z ricotą, bazylią, winem, pomidorami i wołowiną. Wiem wiem, wołowina… Dla nich jednak to nie był problem, o czym upewniliśmy się jeszcze przed całą sprawą. Lasgne z surowego makaronu wychodzi bardzo dobrze i szybko się toto gotuje, więc pomysł okazał się udany. Na zakąske kupiłem na próbe nadziewane tureckie bakłażany, okazały się bardzo smaczne, polecam. W Toronto da się kupić w większości supermarketów spożywczych, więc może gdzie indziej też są. Jak ktoś ma obok siebie sklep arabski albo pokrewny, to bardzo również polecam turecki przecier pomidorowy, tureckie, libańskie albo syryjskie oliwki, turecki bulgur. Pyszne są również sery, zwłaszcza akawi. Od jakiegoś czasu często kupujemy też bułgarski owczy kashkaval i pyszną bułgarską fetę. W Toronto do dostania w wielu miejscach, nie wiem jak gdzie indziej. Na śniadanie dobry chleb, feta polana oliwą, do tego dobre oliwki i pomidory…

Udało nam się ostatnio obejrzeć kilka filmów i bardzo wszystkie polecam, choć w większości to starocie, więc pewnie znacie. Chciałem zobaczyć jak wyglądają ładne wizualnie filmy w dużej rozdzielczości i zainspirowała mnie ta lista. Sporo z nich widziałem wcześniej, ale wielu nie, więc pogrzebałem w zasobach naszej biblioteki i pożyczyłem kilka z nich.



Film jest po prostu piękny, nie mam innego słowa na kolory i scenografię. To taki azjatycki dramat szekspirowski. Wbrew temu co pokazuje trailer, w filmie jest bardzo mało walki, za to mnóstwo scen pałacowych. Naprawdę fenomenalne.

12 Monkeys, Terry Gilliam serwuje nam dystopiczny sci-fi z doskonałą obsadą. Brad Pitt i Bruce Willis… Świetne, nie wiem jak udało mi się tego wcześniej nie widzieć…


The Fifth Element. Bardzo ładnie zrobiony film i świetny klimat z kilkoma doskonałymi scenami. Całość fabuły trochę wtórna (James Bond, Star Wars i Indiana Jones w jednym), ale wrażenia wizualne doskonałe. No i ta scena w operze…


Jeszcze widzieliśmy to i owo, ale może innym razem zachęcę:) Teraz się cieszę na to… Cały film jest niemy i czarnobiały. Bardzo mnie rozbawiły kąśliwe komentarze w prasie, że w końcu pojawił się w kinach francuski film, którego Amerykanie nie będa musieli robić na nowo, żeby uniknąć czytania napisów:)



Dyżur ojcowski


Dzisiaj mamy kolejny przełomowy dzień, a raczej wieczór. Po raz pierwszy zostałem z Małą sam na sam w domu na dłużej. Najpierw całą trójką pojechaliśmy do naszej ulubionej malezyjsko-tajskiej knajpki na kolację, po raz pierwszy z małą, później podwiozłem M. na spotkanie jej klubu fotograficznego i zaczął nam się czas ojcowski. Chciałem wziąć małą gdzieś, gdzie jeszcze nie była, na przykład do jednego z ulubionych sklepów jej ojca, na przykład Lee Valley Tools, Home Depot, Lowe’s albo Rona, ale po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że taką wycieczkę sobie zrobimy jeszcze nie jeden raz, a tym razem możemy sobie po prostu pobyć w domu razem z Panem Psem. Zresztą i tak nie miałem przy sobie całego arsenału pieluch, wózka ani innych sprzętów. Chodzenie z fotelem samochodowym jakoś mi się nie uśmiechało i tak dalej. A tak naprawdę to nie byłem pewien o której się obudzi i zacznie włączać tryb głodnego nazgula… Wtedy to nie ma żartów, jak nie ma w pobliżu M. to jest problem:) Dziś mamy jednak dzień na eksperymenty i postanowiliśmy spróbować jak sobie Mała będzie radzić z mlekiem odpompowanym do butelki (normalnie karmiona jest tylko piersią). M. z poświęceniem przygotowywała od kilku dni zapas, ja przeczytałem stosowne uwagi na temat karmienia z butelki w książce, nic tylko próbować. Okazało się, że po powrocie do domu Mała postanowiła spać i obudziła się dopiero po niecałych dwóch godzinach. Miałem przygotowaną specjalną butelkę ze smoczkiem Medeli imitującym sutek, Mała na chwilę wyłączyła nazgula i postanowiła spróbować pić. Wszystko szło pięknie i gładko, więc czułem, że coś to za proste. No i rzeczywiście, kiedy wypiła coś z 1/3 zawartości udało się jej zachłysnąć, smoczkiem którym się teoretycznie zachłysnąć nie powinno. Nic się nie stało i zaraz mogła by pić dalej, ale niestety zachłyśnięcie zirytowało ją niezmiernie i aż cała poczerwieniała ze złości na twarzy. Na domiar złego mleko przestało lecieć jej ze smoczka, bo zamiast ssać się denerwowała. Oczywiście zaraz pojawił się zaciekawiony wielce Pan Pies, rzucił mi kość pod nogi i zaczął się szykować do pocieszającego polizania Małej po twarzy. Udało mi się go spacyfikować i mała zaczęła nawet na nowo ssać, ale mieliśmy powtórkę z rozrywki:) Potem już na tyle się zirytowała, że musiałem zastosować wariant drugi – inna butelka, tym razem Philipsa, również imitująca sutek, ale inny. Przelałem mleko, bo oczywiście każdy smoczek pasuje często tylko do butelek danej firmy… Mała na szczęście chyba dalej była dosyć głodna, bo się przyssała całkiem i z błogim uśmiechem na twarzy wyssała prawie wszystko. Potem sobie miło westchnęła i po kilku sekundach włączyła syreny. Ci z Was którzy nie mają dzieci pewnie wiedzą, że po karmieniu się dzieci “odbija”, żeby powietrze, które z mlekiem zassały do żołądka mogło się wydostać z powrotem. Można co prawda dziecka nie odbijać, ale wtedy lepiej sobie przygotować ścierki, bo jest duża szansa, że spora część zawartości wyląduje w okolicy maleństwa. Odbijanie Małej to jak gra w rosyjską ruletkę – nigdy nie wiadomo co z tego będzie i jest duża szansa, że pomimo szmatki ochronnej na koszulce człowiek po całym zabiegu będzie się nadawał do prania:)

Udało nam się, chwilę poleżała wpatrując się w swoje ulubione rybki z kołyski, po czym włączyła kolejną syrenę. Może głodna? Nie. Może nieodbita? Nie, nie o to chodzi. Pielucha przebrana przed karmieniem, więc też odpada, zimno jej nie jest, gorąco też nie… Okazało się, że po prostu Maleństwu się nudziło w kołysce i chciała się porozglądać po okolicy. Poszliśmy więc z wizytą do Pana Psa, obejrzeliśmy ogromną sowę w kalendarzu w kuchni, który podarowała nam Essi, podziwiliśmy bukiet miniaturowych róż w wazonie, porozmawialiśmy o tym i owym i było dobrze, można wracać do rybek.

Rybki działały świetnie, tyle, że zaczęła się Małej czkawka, jak prawie zawsze kiedy po karmieniu jest w pokoju na dole, choć na górze też się jej zdarza. Teraz patrzy więc na rybki, walczy z czkawką i poziewuje. Czekamy na powrót M. i cieszymy się, że tak dobrze nam poszło:)

***
Z innej beczki, skoro mam czas i dyżuruję to napiszę o kilku innych sprawach.

M. pisała już trochę o opiece medycznej. Może dopiszę swoje co nieco. Do tej pory nasz kontakt z lekarzami był rzadki i właściwie ograniczał się do “przeglądów” co jakiś czas, oraz wizyt u dentysty i okulisty. Przez całą ciążę, poród i po mieliśmy więc po raz pierwszy okazję zobaczyć jak sławiona przez jednych a krytykowana przez drugich kanadyjska służba zdrowia wygląda. Od razu zastrzegam, że za służbę zdrowia i edukację odpowiedzialne są prowincje i rząd federalny nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia. W związku z takim podziałem obowiązków każda prowincja ma inny system usług medycznych i edukacji, choć oczywiście są pewne wspólne wytyczne dla całego kraju. W Ontario służba zdrowia to ulubiony temat polityków i mediów. Przez to, że nasza prowincja ma najwięcej mieszkańców i że wiele specjalistycznych klinik jest w Toronto utrzymanie całego systemu jest bardzo drogie. Płacimy za owe dobrodziejstwa dosyć słono z nasych podatków, w zamian za co każdy stały mieszkaniec prowincji ma prawo do “bezpłatnych” usług medycznych. Oczywiście usługi nie są bezpłatne, bo składamy się na nie z podatków, poza tym wiele spraw nie jest pokryta. Leki na receptę, dentyści, okuliści, fizjoterapia, prywatne i półprywatne pokoje w szpitalach to luksusy za które trzeba albo samemu zapłacić, albo płaci dodatkowe ubezpieczenie, które dostaje się w ramach “benefitów” w pracy albo wykupuje się samemu. Nam się udało, bo zarówno pracodawca M. jak i mój oferują pracownikom doskonałe benefity, przez co nie musimy dopłacać za lekarstwa i dodatkowe sprawy z własnej kieszeni, ale nie wszyscy mieszkańcy mają takie ubezpieczenia a lekarstwa na receptę potrafią być bardzo drogie. Bezpłatna pozostaje dla wszystkich stałych mieszkańców opieka w szpitalu i podstawowa opieka medyczna. Nie trzeba więc samemu płacić za operację czy zabiegi ani za wizyty w szpitalu albo u lekarza. Poziom opieki jest bardzo dobry, przynajmniej do tej pory nie trafiliśmy na coś na co można by było narzekać. Szpitale są czyste i bardzo nowoczesne, obsługa bardzo miła. Na początku byliśmy nieco zszokowani, bo nasze doświadczenia z polską służbą zdrowia wiadomo jakie były, choć może przez ostatnich 12 lat coś się tam zmieniło, nie mam pojęcia. W każdym razie tutaj lekarze mają takie podejście, że pacjent się nie czuje jak intruz albo petent, co bardzo mi się podoba. Ale więcej na ten temat w innym wpisie. Teraz kończę, bo M. wróciła. Póki co Mała ją ignoruje, ale pewnie za chwilę znowu zgłodnieje:)



… i po Świętach


Pierwsze święta w powiększonym składzie za nami. W końcu mieliśmy odrobinę oddechu, bo M. ma rok urlopu macierzyńskiego a ja miałem prawie dwa tygodnie wolnego. Jak co roku, uniwersytet z przyległościami zamykają w czasie świąt na cztery spusty. Mieliśmy więc trochę czasu na rodzinną integrację z naszą córką i spokojny, w granicach możliwości kiedy ma się bobasa w domu, czas.

Za nami nie tylko pierwsze święta, ale i wiele “pierwszych momentów” i odkryć. Mała skończyła dzień przed w Sylwestra dwa miesiące i przez ten czas bardzo się zmieniła. Z płaczącej, nieświadomej niczego istoty zamienia się coraz bardziej w uśmiechniętą, ciekawą świata i zainteresowaną wszystkim małą dziewczynkę. Rośnie jak na drożdżach i od dłuższego czasu całkiem nieźle trzyma sama głowę, kręcąc nią we wszystkie strony i uśmiechając się rozbrajająco. Oczywiście są też momenty kiedy zamienia się w nazgula. Nie przesadzan, jej krzyk pomieszany z płaczem potrafi być tak rozdzierający jak krzyki nazguli we Władcy Pierścieni i dosyć długo mi trwało zanim się do tego przyzwyczaiłem. Najbardziej krzyczy i płacze właściwie z dwóch powodów – kiedy się ją przebiera i kiedy ma kolkę. Tak tak, przez to, że mała ma nogę w gipsie z powodów ortopedycznych, nie może podnosić jednego kolana, więc dopadły ją kolki. Na początku nazgulowała z tego powodu tak, że myśleliśmy oboje, że osiwiejemy. W końcu odkryliśmy sławny kanadyjski specyfik na ową przypadłość, czyli gripe water. Jest to wyciąg z nasion, łodygi i liści kopru, zaprawiony imbirem, sodą i bardzo małą dawką alkoholu. Kanadyjczycy stosują toto od wielu pokoleń i muszę przyznać, że skutki ma to dosyć pozytywne. O dziwo małej smakuje, choć zapach koperku ma ów specyfik porażający. Jak ktoś jest zainteresowany to można dostać w każdej kanadyjskiej aptece bez recepty, ale w niektórych trzeba prosić aptekarza.

Gripe water to jedno odkrycie, drugie to wszelakie sprzęty do utrzymywania pupy malucha w czystości, przez co przechodzą chyba wszyscy rodzice. (Przy tej okazji przypomina mi się opowieść o znajomej znajomego, która swoją latorośl wychowywała bez pieluch… brrrr). Jeszcze trochę i zostaniemy specjalistami od pieluch, podmywajek i innych akcesoriów. Mieliśmy kilka wpadek, bo się okazało, że niektóre podmywajki (jak to się po polsku nazywa pojęcia nie mam, chodzi mi o wipes) są podrażniające a pieluchy za małe. Zwykle noworodki zaczynają od rozmiaru N, z wycięciem na pępek, ale nasza mała miała takich tylko jedną paczkę. Zaraz potem przeszliśmy na 1 a teraz jesteśmy przy numerze drugim, bo się nie mieściła… Ale dosyć o pieluchach:)


Nowa istota na naszej małej ulicy wzbudziła dużo zainteresowania i życzliwości sąsiadów. Dostaliśmy gratulacje, kartki, podarki dla małej i zaproszenie na lunch do sąsiadów z przeciwka. Jednym słowem, jeszcze więcej integracji. Wszyscy ludzie wokół nas, nie tylko rodzina, ale również przyjaciele, znajomi, współpracownicy i sąsiedzi bardzo miło się do całej sprawy odnoszą i są dosyć zainteresowani małą i nową sytuacją. Przy tej okazji chciałbym jeszcze raz podziękować BARDZO w imieniu całej naszej trójki za wszystkie miłe gesty! Specjalne podziękowania dla Anety i Roberta z Syracuse, Izy z kompanią z Nowego Jorku oraz Gosi i DJ Moose’a z Prerii!!!!

Przy okazji integracji sąsiedzkiej dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi są Hindusami z Guyany w Ameryce Południowej. Pisałem już o naszej sąsiadce Szkotce. Poza tym na naszej ulicy mieszka pani z Jamajki z dziećmi, Ukrainiec, Azjaci i tak dalej.

Zima w Toronto na dobre jeszcze nie zagościła. Do tej pory właściwie tylko dwa dni było bardzo zimno, poza tym jest miło i przyjemnie. Mamy wózek, którym można łatwo jeździć w błocie i śniegu, więc mamy się zamiar zacząć wybierać z małą na wycieczki za miasto, bo już nas nosi. Ostatni raz byliśmy dzień przed porodem i już nas dosyć nosi. Już zamówiliśmy u szwagra lekcje jazdy na łyżwach dla małej w przyszłym roku, w tym jeszcze za wcześnie.

W czasie Świąt o dziwo udało nam się nadrobić trochę zaległości filmowych, poczytać i porobić różne rzeczy na luzie. Jedynie na pisanie coś nie miałem nastroju i idzie mi topornie.

C.d.n….



Merry Christmas!!!




Niestety mam mało czasu ostatnio, więc blog kuleje, ale ojcowanie ważniejsze. Mała rośnie i rośnie, ma już ponad siedem kilo… Do końca roku mam wolne, więc mam nadzieję, że uda mi się popełnić jakiś wpis. Teraz jednak padam powoli na twarz. Mała płacze, M. stara się ją uspokoić, ja gotuję moczkę, czyli tradycyjny śląski kompot z suszonych owoców, orzechów i bakalii. Jutro będę robił makówki, również śląski deser świąteczny. To pierwsze święta w nowym składzie, na Wigilię idziemy do mojej siostry i szwagra, dla nich to pierwsze święta w nowym domu.

Póki co kilka kolęd. Miłego słuchania i udanych świąt wszystkim!!!