February 1st, 2012
Trzy miesiące
Wczoraj Mała skończyła trzy miesiące. Niby nie tak wiele, jednak zmieniła się przez ten czas nie do poznania. Z nieobecnego, zapłakanego i wiecznie głodnego noworodka zmieniła się w coraz bardziej świadomą swojego otoczenia małą istotkę, która obdarza promiennymi uśmiechami ludzi i psy wokół. Gaworzy, robi “pajacyka” rękami i nogami, szczebioce i uważnie wpatruje się w nas, swoich rodziców. Te trzy miesiące nie były łatwe, o nie, ale było warto:) W końcu odzyskała z powrotem swoją lewą stopę, która od pierwszego tygodnia po urodzeniu tkwiła zapatulona w “foremkę” z gipsu i plastikowych bandaży. Wszystko przez to, że jej lewa stopa była wykrzywiona do tyłu (club foot), co jest częstą wadą rozwojową, całe szczeście łatwą bardzo do skorygowania. Po całej serii kolejnych “foremek” Mała w końcu dostała ortopedycze butki połączone aluminiową sztabką. Butki będą jej towarzyszyć przez następnych kilka lat, ale za jakiś czas będzie je dostawać tylko na noc, więc nie będą jej przeszkadzać w normalnym rozwoju ruchowym. Wyglada w nich jakby jeździła na desce.
***
Mieliśmy w końcu coś na kształt normalnej torontońskiej zimy. W poniedziałek wieczorem spadło sporo śniegu i nawet chwilę krótką było biało jak bogowie nakazali. Miałem nadzieję, że taka zimowa, przyjemna aura się utrzyma, ale dzisiaj znowu mamy ciepły halny, choć nie taki silny jak ostatnio.
***
Kanada zaczyna coraz bardziej żyć swoim ulubionym sportem politycznym, czyli amerykańskimi wyborami. Zainteresowanie prezydencką kampanią jest w Kanadzie chyba tylko odrobinę mniejsze niż w Stanach. Wynika to z naszej geopolitycznej i gospodarczej lokalizacji. Wydaje mi się, że przeciętny Amerykanin interesuje się naszym “dalekim krajem gdzieś na północy” o wiele mniej niż Kanadyjczycy interesują się Stanami. Dla nas Stany to taki trochę nieprzewidywalny brat, bez którego trudno żyć, ale który czasem potrafi być bardzo męczący i przytłaczający, a do tego nie zawsze traktuje nas poważnie. W praktyce wygląda to trochę tak, że kiedy Amerykanie robią Kanadyjczykom problemy w jakiejś sprawie to Kanadyjczycy się irytują i domagają się preferencyjnego traktowania, co nie przeszkadza w wytykaniu Amerykanom ich błędów i wypaczeń. Z drugiej strony kiedy Amerykanie chcą się zbyt bardzo bratać, Kanadyjczykom włącza się moduł niezależności i obawa przed utratą niepodległości. Większość Kanadyjczyków darzy Amerykanów dużą sympatią i traktuje USA jako “bliską zagranicę”, czyli miejsce gdzie się jedzie na zakupy, spędza zimowe miesiące na emeryturze i rodzinne wakacje. Ponieważ oba kraje pomimo wielu istotnych różnic są mimo wszystko dosyć podobne do siebie, Kanadyjczycy czują się w USA jak w domu. Mimo to bardzo dbają, żeby przypadkiem nie stracić kanadyjskiego paszportu, który jest kluczem na przykład do sensownej opieki medycznej. W tym kontekście nic dziwnego, że amerykańskie wybory prezydenckie są w Kanadzie obserwowane z żywym zainteresowaniem. W końcu prezydent ma sporo władzy wykonawczej i potrafi zaszkodzić albo ułatwić życie mieszkańcom Kanady. Prezydent Obama, choć dosyć popularny w Kanadzie jako osoba, widziany jest jako mniej prokanadyjski niż jego poprzednik, który na poziomie osobistym popularny zdecydowanie nie był. Kanadyjczycy są więc trochę rozdarci – lubią Obame, ale nie podobają im się jego posunięcia, na przykład zablokowanie rurociągu z Alberty. Ponieważ w tutejszej polityce najczęściej wygrywa pragmatyzm i umiarkowanie rząd federalny będzie się starał ułożyć poprawne stosunki z nowym prezydentem niezależnie od tego czy wygra Obama czy kto inny. Niebawem wejdą w życie nowe pomysły związane z security perimeter, przez co przejazd przez granicę ludzi i towarów ma być szybszy i sprawniejszy. Oba kraje mają też w końcu zacząć się dzielić informacjami o wjazdach i wyjazdach podróżnych, żeby lepiej radzić sobie z nielegalną imigracją. Pożyjemy zobaczymy, ale w miarę jak kampania będzie sie rozwijać amerykańskim wyborom Kanadyjczycy będą poświęcać coraz więcej uwagi.
***
W czasie świąt zapisaliśmy sie do Netflix. Dla tych, którzy nie wiedzą co to takiego wyjaśniam – to internetowa wypożyczalnia filmów. Płaci sie jakoś $7 na miesiąc i można do woli oglądać filmy przez Internet na własnym telewizorze. Wybór jest ogromny, choć i tak kanadyjska oferta jest mniejsza od amerykańskiej. Jest sporo produkcji kanadyjskich, mnóstwo filmów europejskich i azjatyckich, sporo staroci i wiele nowości. Ponieważ często wieczorem oglądanie filmów jest jedyną rzeczą jaka możemy robić razem usypiająć Małą (przy czym Mała nie zobaczy telewizora przynajmniej przez pierwsze dwa lata życia, a później będzie miała surową reglamentację), nadrabiamy filmowe zaległości w kawałkach. Lubimy bardzo dobre kryminały, więc w zeszłym tygodniu pochłonął nas dosyć Sherlock, nowa adaptacja przygód słynnego detektywa autorstwa BBC. To ciekawa ekranizacja, bo akcję przeniesiono w czasy współczesne. Na początku sam koncept mi się do końca nie podobał, ale zmieniłem zdanie zaraz na początku pierwszego odcinka. Uświadomiłem sobie, że książkowy Holmes był postacia korzystającą ze wszystkich możliwych nowinek wiktoriańskiej technologii, więc przeniesienie go w czasy współczesne jest całkiem dobrym pomysłem. Aktor grający neurotycznego geniusza dedukcji jest doskonały, doktora Watsona gra za to aktor, którego niebawem zobaczymy w ekranizacji Hobbita Petera Jackson’a. Para ma bardzo dobrą dynamikę i film pochłania niezwykle. Do tej pory wyszły dwa sezony Sherlocka (po trzy odcinki w każdym), ale w naszym Netflix jest tylko pierwszy póki co. Bardzo polecam wszystkim miłosnikom kryminałów, Holmes’a i Londynu. Świetna muzyka, doskonałe aktorstwo i wiele londyńskich scen…
Dla zaczęty kilka filmików…

