Trzy miesiące


Wczoraj Mała skończyła trzy miesiące. Niby nie tak wiele, jednak zmieniła się przez ten czas nie do poznania. Z nieobecnego, zapłakanego i wiecznie głodnego noworodka zmieniła się w coraz bardziej świadomą swojego otoczenia małą istotkę, która obdarza promiennymi uśmiechami ludzi i psy wokół. Gaworzy, robi “pajacyka” rękami i nogami, szczebioce i uważnie wpatruje się w nas, swoich rodziców. Te trzy miesiące nie były łatwe, o nie, ale było warto:) W końcu odzyskała z powrotem swoją lewą stopę, która od pierwszego tygodnia po urodzeniu tkwiła zapatulona w “foremkę” z gipsu i plastikowych bandaży. Wszystko przez to, że jej lewa stopa była wykrzywiona do tyłu (club foot), co jest częstą wadą rozwojową, całe szczeście łatwą bardzo do skorygowania. Po całej serii kolejnych “foremek” Mała w końcu dostała ortopedycze butki połączone aluminiową sztabką. Butki będą jej towarzyszyć przez następnych kilka lat, ale za jakiś czas będzie je dostawać tylko na noc, więc nie będą jej przeszkadzać w normalnym rozwoju ruchowym. Wyglada w nich jakby jeździła na desce.
***
Mieliśmy w końcu coś na kształt normalnej torontońskiej zimy. W poniedziałek wieczorem spadło sporo śniegu i nawet chwilę krótką było biało jak bogowie nakazali. Miałem nadzieję, że taka zimowa, przyjemna aura się utrzyma, ale dzisiaj znowu mamy ciepły halny, choć nie taki silny jak ostatnio.

***
Kanada zaczyna coraz bardziej żyć swoim ulubionym sportem politycznym, czyli amerykańskimi wyborami. Zainteresowanie prezydencką kampanią jest w Kanadzie chyba tylko odrobinę mniejsze niż w Stanach. Wynika to z naszej geopolitycznej i gospodarczej lokalizacji. Wydaje mi się, że przeciętny Amerykanin interesuje się naszym “dalekim krajem gdzieś na północy” o wiele mniej niż Kanadyjczycy interesują się Stanami. Dla nas Stany to taki trochę nieprzewidywalny brat, bez którego trudno żyć, ale który czasem potrafi być bardzo męczący i przytłaczający, a do tego nie zawsze traktuje nas poważnie. W praktyce wygląda to trochę tak, że kiedy Amerykanie robią Kanadyjczykom problemy w jakiejś sprawie to Kanadyjczycy się irytują i domagają się preferencyjnego traktowania, co nie przeszkadza w wytykaniu Amerykanom ich błędów i wypaczeń. Z drugiej strony kiedy Amerykanie chcą się zbyt bardzo bratać, Kanadyjczykom włącza się moduł niezależności i obawa przed utratą niepodległości. Większość Kanadyjczyków darzy Amerykanów dużą sympatią i traktuje USA jako “bliską zagranicę”, czyli miejsce gdzie się jedzie na zakupy, spędza zimowe miesiące na emeryturze i rodzinne wakacje. Ponieważ oba kraje pomimo wielu istotnych różnic są mimo wszystko dosyć podobne do siebie, Kanadyjczycy czują się w USA jak w domu. Mimo to bardzo dbają, żeby przypadkiem nie stracić kanadyjskiego paszportu, który jest kluczem na przykład do sensownej opieki medycznej. W tym kontekście nic dziwnego, że amerykańskie wybory prezydenckie są w Kanadzie obserwowane z żywym zainteresowaniem. W końcu prezydent ma sporo władzy wykonawczej i potrafi zaszkodzić albo ułatwić życie mieszkańcom Kanady. Prezydent Obama, choć dosyć popularny w Kanadzie jako osoba, widziany jest jako mniej prokanadyjski niż jego poprzednik, który na poziomie osobistym popularny zdecydowanie nie był. Kanadyjczycy są więc trochę rozdarci – lubią Obame, ale nie podobają im się jego posunięcia, na przykład zablokowanie rurociągu z Alberty. Ponieważ w tutejszej polityce najczęściej wygrywa pragmatyzm i umiarkowanie rząd federalny będzie się starał ułożyć poprawne stosunki z nowym prezydentem niezależnie od tego czy wygra Obama czy kto inny. Niebawem wejdą w życie nowe pomysły związane z security perimeter, przez co przejazd przez granicę ludzi i towarów ma być szybszy i sprawniejszy. Oba kraje mają też w końcu zacząć się dzielić informacjami o wjazdach i wyjazdach podróżnych, żeby lepiej radzić sobie z nielegalną imigracją. Pożyjemy zobaczymy, ale w miarę jak kampania będzie sie rozwijać amerykańskim wyborom Kanadyjczycy będą poświęcać coraz więcej uwagi.

***
W czasie świąt zapisaliśmy sie do Netflix. Dla tych, którzy nie wiedzą co to takiego wyjaśniam – to internetowa wypożyczalnia filmów. Płaci sie jakoś $7 na miesiąc i można do woli oglądać filmy przez Internet na własnym telewizorze. Wybór jest ogromny, choć i tak kanadyjska oferta jest mniejsza od amerykańskiej. Jest sporo produkcji kanadyjskich, mnóstwo filmów europejskich i azjatyckich, sporo staroci i wiele nowości. Ponieważ często wieczorem oglądanie filmów jest jedyną rzeczą jaka możemy robić razem usypiająć Małą (przy czym Mała nie zobaczy telewizora przynajmniej przez pierwsze dwa lata życia, a później będzie miała surową reglamentację), nadrabiamy filmowe zaległości w kawałkach. Lubimy bardzo dobre kryminały, więc w zeszłym tygodniu pochłonął nas dosyć Sherlock, nowa adaptacja przygód słynnego detektywa autorstwa BBC. To ciekawa ekranizacja, bo akcję przeniesiono w czasy współczesne. Na początku sam koncept mi się do końca nie podobał, ale zmieniłem zdanie zaraz na początku pierwszego odcinka. Uświadomiłem sobie, że książkowy Holmes był postacia korzystającą ze wszystkich możliwych nowinek wiktoriańskiej technologii, więc przeniesienie go w czasy współczesne jest całkiem dobrym pomysłem. Aktor grający neurotycznego geniusza dedukcji jest doskonały, doktora Watsona gra za to aktor, którego niebawem zobaczymy w ekranizacji Hobbita Petera Jackson’a. Para ma bardzo dobrą dynamikę i film pochłania niezwykle. Do tej pory wyszły dwa sezony Sherlocka (po trzy odcinki w każdym), ale w naszym Netflix jest tylko pierwszy póki co. Bardzo polecam wszystkim miłosnikom kryminałów, Holmes’a i Londynu. Świetna muzyka, doskonałe aktorstwo i wiele londyńskich scen…
Dla zaczęty kilka filmików…








Zimno, wieje i wieje…


Od kilku dni mamy wiatr, taki paskudny, zimny, przynoszący ból głowy i nieciekawy humor. Ludzie są nerwowi, kierowcy trąbią jeden na drugiego, ja się irytuję, szukam dziury w całym i mam mało cierpliwości. Jestem zmierzły na potęgę, brrr… Do tego wiatr na Małą chyba też tak wpływa, bo ostatnie dni dała nam popalić nieźle. W takich momentach oboje mamy ochotę zaszyć się gdzieś w jakimś zakamarku i oderwać od rzeczywistości. Niestety kiedy jest się świeżymi rodzicami nie bardzo można, bo Mała nie ma do tego zrozumienia:) ALe zawsze można się odreagować na przykład takim wierszykiem Tuwima. Dedykuję wszystkim z przymrużeniem oka rzecz jasna…



Podobno niebawem pogoda ma być lepsza…



Nie wywołuj zimy znad Zatoki Hudsona…, varia zimowe


W zeszłym tygodniu pisałem o naszej nietypowej, ciepłej zimie i proszę bardzo… Zaraz po tym nad Toronto przyszła masa przeraźliwie zimnego powietrza, pewnie z północy Ontario albo Dalekiej Północy. Zawiało, zasypało, zamroziło i do soboty włącznie trzymało miasto zamarznięte. W końcu poczułem, że mamy styczeń. Kałuża przy porannym spacerniaku pana psa zamieniła się w małą lodową łatę, po której można się poślizgać. Niestety w tym roku na prawdziwe lodowisko się raczej nie wybierzemy, bo Mała jest za mała, ale już za rok to i owszem. Trochę się stęskniłem. Jeśli ktoś się przypadkiem wybiera niebawem do Ottawy do zdecydowanie polecam tamtejszą ślizgawkę, o której kiedyś pisała M. Nam się bardzo na kanale Rideau podobało i pewnie wybierzemy się tam jeszcze nie jeden raz na ślizganie i pyszne “bobrowe ogony”, które są jedną z kanadyjskich słodkich specjalności.

M. już pisała, że mieliśmy egzamin na kanadyjskie obywatelstwo. Czekamy z niecierpliwością na termin przysięgi, po której pobiegniemy wyrobić paszporty. A potem pojedziemy odwiedzić A&R pod Syracuse, o czym jeszcze nie wiedzą :) W tym roku nie wybieramy się za atlantycką sadzawkę, więc mamy nadzieję na kilka krótkich wakacyjnych wypadów z Małą w przyrodę i tym podobne sprawy. Ciekawe ile by zajęła podróż samochodem do Atsaników…. hm, muszę to sprawdzić.

***
Pisałem kiedyś o tym jakie imiona dla dzieci są w Kanadzie popularne. W tym tygodniu znalazłem w mojej e-skrzynce pocztowej nowy list z Baby Center Canada. To taka całkiem dobra strona dla przyszłych i obecnych rodziców. Jej międzynarodowe mutacje są dostępne w wielu krajach anglojęzycznych. Baby Center posłało mi linka do listy stu najpopularniejszych imion dla dzieci w Kanadzie w 2011 roku. Poniżej wstawiam listę dla tych, których interesują imienne trendy. Sam temat jest dosyć ciekawy. Na przykład interesujące jest to, że choć w krajach Anglosfery trendy są podobne, to jednak występują wśród nich spore różnice. Zajrzałem kiedyś na listę imion jakie się teraz nadaje dzieciom w Polsce i zauważyłem, że częśc się pokrywa. Ciekawe skąd się biorą mody i niemody na imiona i dlaczego niektóre imiona, jak Maya/Maja, które do tej pory nie były specjalnie popularne nagle stają się nadużywane. Dosyć jednak tej dygresji, oto kanadyjska lista. Wstawiam pierwszych dwadzieścia, reszta na stronie, żeby nie zachwaszczać:

Dziewczynki:

Emma
Sophia
Olivia
Emily
Hailey
Ella
Lily
Zoe
Ava
Kaitlyn
Chloe
Abigail
Madison
Brooklyn
Sophie
Isabella
Sarah
Isabelle
Hannah
Charlotte

Chłopcy:
Liam
Ethan
Jackson
Jacob
Noah
Lucas
Nathan
Aiden
Mason
Logan
Jack
James
Nicholas
Benjamin
Jayden
Evan
William
Kayden
Zachary
Thomas


Matilda nie jest w pierwszej setce, co daje mi nadzieję, że imie nie stanie się nagle tak popularne jak Emma albo Sophie. Póki co bardzo mi się podoba to, że imię naszej córki wywołuje dużo pozytywnych reakcji. Najczęściej rozmówcom się podoba, że to stare, klasyczne imię a nie jedno z tych imion przyrodniczo-botanicznych.
***
Wczoraj miałem dzień walki z transportem miejskim. Zepsuło się metro, przez co musiałem jechać do domu tramwajem, co trwa całe wieki. Ponieważ nie byłem jedynym pasażerem, który wpadł na taki pomysł, tramwaj wyglądał jak konserwa rybna. Droga od wyjścia z domu do wejścia do pracy, która zwykle zabiera mi około 30 minut, zajeła mi dwie godziny. Plusem całej sprawy było to, że tramwaj mija rejony naszego dawnego domu w Riverdale i East China Town. Jest tam taka jedna kantońska restauracja, Ka Ka Lucky Seafood BBQ Restaurant, w której serwują pyszną wieprzowinę na różne grillowane i pieczone sposoby. Od dosyć dawna miałem się tam zamiar wybrać, więc skorzystałem z okazji i kupiłem nam take-out na kolację. Jedzenie mają pyszne a ceny bardzo przystępne, więc jeśli będziecie w okolicy to zdecydowanie polecam. To autentyczna kantońska knajpa, więc klientela jest w większości azjatycka, obsługa o wiele lepiej operuje kantońskim niż angielskim, a ceny są bardzo przystępne. Kupiłem dwa rodzaje wieprzowiny i ryż zapiekany z jajkiem i warzywami. Zjedliśmy dosyć sporoa na kolację, dzisiaj mamy jeszcze oboje na duży lunch, a całość kosztowała $18.
***


Od miesiąca słucham nowej płyty Toma Waitsa, Bad As Me, która dostałem pod choinkę od M. Płyta jest zaraźliwie doskonała.Jeśli ktoś lubi Toma to bardzo bardzo polecam, bo to jedna z jego lepszych i mocniejszych płyt. Oto kilka kawałków:

Face to The Highway, bardzo mi się podoba:


Tytułowa Bad As Me, świetna…




Get Lost…


Chicago…



Dyżur ojcowski


Dzisiaj mamy kolejny przełomowy dzień, a raczej wieczór. Po raz pierwszy zostałem z Małą sam na sam w domu na dłużej. Najpierw całą trójką pojechaliśmy do naszej ulubionej malezyjsko-tajskiej knajpki na kolację, po raz pierwszy z małą, później podwiozłem M. na spotkanie jej klubu fotograficznego i zaczął nam się czas ojcowski. Chciałem wziąć małą gdzieś, gdzie jeszcze nie była, na przykład do jednego z ulubionych sklepów jej ojca, na przykład Lee Valley Tools, Home Depot, Lowe’s albo Rona, ale po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że taką wycieczkę sobie zrobimy jeszcze nie jeden raz, a tym razem możemy sobie po prostu pobyć w domu razem z Panem Psem. Zresztą i tak nie miałem przy sobie całego arsenału pieluch, wózka ani innych sprzętów. Chodzenie z fotelem samochodowym jakoś mi się nie uśmiechało i tak dalej. A tak naprawdę to nie byłem pewien o której się obudzi i zacznie włączać tryb głodnego nazgula… Wtedy to nie ma żartów, jak nie ma w pobliżu M. to jest problem:) Dziś mamy jednak dzień na eksperymenty i postanowiliśmy spróbować jak sobie Mała będzie radzić z mlekiem odpompowanym do butelki (normalnie karmiona jest tylko piersią). M. z poświęceniem przygotowywała od kilku dni zapas, ja przeczytałem stosowne uwagi na temat karmienia z butelki w książce, nic tylko próbować. Okazało się, że po powrocie do domu Mała postanowiła spać i obudziła się dopiero po niecałych dwóch godzinach. Miałem przygotowaną specjalną butelkę ze smoczkiem Medeli imitującym sutek, Mała na chwilę wyłączyła nazgula i postanowiła spróbować pić. Wszystko szło pięknie i gładko, więc czułem, że coś to za proste. No i rzeczywiście, kiedy wypiła coś z 1/3 zawartości udało się jej zachłysnąć, smoczkiem którym się teoretycznie zachłysnąć nie powinno. Nic się nie stało i zaraz mogła by pić dalej, ale niestety zachłyśnięcie zirytowało ją niezmiernie i aż cała poczerwieniała ze złości na twarzy. Na domiar złego mleko przestało lecieć jej ze smoczka, bo zamiast ssać się denerwowała. Oczywiście zaraz pojawił się zaciekawiony wielce Pan Pies, rzucił mi kość pod nogi i zaczął się szykować do pocieszającego polizania Małej po twarzy. Udało mi się go spacyfikować i mała zaczęła nawet na nowo ssać, ale mieliśmy powtórkę z rozrywki:) Potem już na tyle się zirytowała, że musiałem zastosować wariant drugi – inna butelka, tym razem Philipsa, również imitująca sutek, ale inny. Przelałem mleko, bo oczywiście każdy smoczek pasuje często tylko do butelek danej firmy… Mała na szczęście chyba dalej była dosyć głodna, bo się przyssała całkiem i z błogim uśmiechem na twarzy wyssała prawie wszystko. Potem sobie miło westchnęła i po kilku sekundach włączyła syreny. Ci z Was którzy nie mają dzieci pewnie wiedzą, że po karmieniu się dzieci “odbija”, żeby powietrze, które z mlekiem zassały do żołądka mogło się wydostać z powrotem. Można co prawda dziecka nie odbijać, ale wtedy lepiej sobie przygotować ścierki, bo jest duża szansa, że spora część zawartości wyląduje w okolicy maleństwa. Odbijanie Małej to jak gra w rosyjską ruletkę – nigdy nie wiadomo co z tego będzie i jest duża szansa, że pomimo szmatki ochronnej na koszulce człowiek po całym zabiegu będzie się nadawał do prania:)

Udało nam się, chwilę poleżała wpatrując się w swoje ulubione rybki z kołyski, po czym włączyła kolejną syrenę. Może głodna? Nie. Może nieodbita? Nie, nie o to chodzi. Pielucha przebrana przed karmieniem, więc też odpada, zimno jej nie jest, gorąco też nie… Okazało się, że po prostu Maleństwu się nudziło w kołysce i chciała się porozglądać po okolicy. Poszliśmy więc z wizytą do Pana Psa, obejrzeliśmy ogromną sowę w kalendarzu w kuchni, który podarowała nam Essi, podziwiliśmy bukiet miniaturowych róż w wazonie, porozmawialiśmy o tym i owym i było dobrze, można wracać do rybek.

Rybki działały świetnie, tyle, że zaczęła się Małej czkawka, jak prawie zawsze kiedy po karmieniu jest w pokoju na dole, choć na górze też się jej zdarza. Teraz patrzy więc na rybki, walczy z czkawką i poziewuje. Czekamy na powrót M. i cieszymy się, że tak dobrze nam poszło:)

***
Z innej beczki, skoro mam czas i dyżuruję to napiszę o kilku innych sprawach.

M. pisała już trochę o opiece medycznej. Może dopiszę swoje co nieco. Do tej pory nasz kontakt z lekarzami był rzadki i właściwie ograniczał się do “przeglądów” co jakiś czas, oraz wizyt u dentysty i okulisty. Przez całą ciążę, poród i po mieliśmy więc po raz pierwszy okazję zobaczyć jak sławiona przez jednych a krytykowana przez drugich kanadyjska służba zdrowia wygląda. Od razu zastrzegam, że za służbę zdrowia i edukację odpowiedzialne są prowincje i rząd federalny nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia. W związku z takim podziałem obowiązków każda prowincja ma inny system usług medycznych i edukacji, choć oczywiście są pewne wspólne wytyczne dla całego kraju. W Ontario służba zdrowia to ulubiony temat polityków i mediów. Przez to, że nasza prowincja ma najwięcej mieszkańców i że wiele specjalistycznych klinik jest w Toronto utrzymanie całego systemu jest bardzo drogie. Płacimy za owe dobrodziejstwa dosyć słono z nasych podatków, w zamian za co każdy stały mieszkaniec prowincji ma prawo do “bezpłatnych” usług medycznych. Oczywiście usługi nie są bezpłatne, bo składamy się na nie z podatków, poza tym wiele spraw nie jest pokryta. Leki na receptę, dentyści, okuliści, fizjoterapia, prywatne i półprywatne pokoje w szpitalach to luksusy za które trzeba albo samemu zapłacić, albo płaci dodatkowe ubezpieczenie, które dostaje się w ramach “benefitów” w pracy albo wykupuje się samemu. Nam się udało, bo zarówno pracodawca M. jak i mój oferują pracownikom doskonałe benefity, przez co nie musimy dopłacać za lekarstwa i dodatkowe sprawy z własnej kieszeni, ale nie wszyscy mieszkańcy mają takie ubezpieczenia a lekarstwa na receptę potrafią być bardzo drogie. Bezpłatna pozostaje dla wszystkich stałych mieszkańców opieka w szpitalu i podstawowa opieka medyczna. Nie trzeba więc samemu płacić za operację czy zabiegi ani za wizyty w szpitalu albo u lekarza. Poziom opieki jest bardzo dobry, przynajmniej do tej pory nie trafiliśmy na coś na co można by było narzekać. Szpitale są czyste i bardzo nowoczesne, obsługa bardzo miła. Na początku byliśmy nieco zszokowani, bo nasze doświadczenia z polską służbą zdrowia wiadomo jakie były, choć może przez ostatnich 12 lat coś się tam zmieniło, nie mam pojęcia. W każdym razie tutaj lekarze mają takie podejście, że pacjent się nie czuje jak intruz albo petent, co bardzo mi się podoba. Ale więcej na ten temat w innym wpisie. Teraz kończę, bo M. wróciła. Póki co Mała ją ignoruje, ale pewnie za chwilę znowu zgłodnieje:)



Przemyślenia młodego ojca


Kiedy się urodziłem moi rodzice byli mniej więcej w połowie drogi do trzydziestki. W tamtych czasach w Polsce była to o ile mi wiadomo norma, moi rodzice byli nawet chyba odrobinę starsi niż “średnia krajowa”. Moją siostrę rodzice mieli tuż przed trzydziestką, więc też nie tak wcześnie jak na “owe czasy”. Ja sam właśnie zostałem młodym ojcem a mam ponad dziesięć lat więcej niż mój tato, kiedy sam został ojcem po raz pierwszy. Nie czuję się staro, wręcz przeciwnie. Ludzie wokół nas dopiero zaczynają zakładać rodziny, kupować domy i stabilizować się.

Tymczasem w “owych czasach” w Polsce ludzie jakoś szybciej się starzeli. Rozmawialiśmy na ten temat nie tak dawno z naszymi siostrami. Przypomniało mi się, że w latach siedemdziesiątych niezwykle popularny był w Polsce “Czterdziestolatek”, czyli jeden z polskich seriali komediowych, powszechnie lubiany również dzisiaj. Tytułowy bohater ma lat czterdzieści i przechodzi kryzys wieku średniego. Rozmawiając sobie na temat starzenia się w Polsce wówczas i teraz, jak również zastanawiając się nad różnicami w podejściu do wieku w Kanadzie i Polsce współczesnej zauważyliśmy, że tytułowy pan inżynier Karwowski wygląda na człowieka dosyć leciwego. Sprawdziliśmy biogram aktora i okazało się, że grając w serialu miał właśnie tyle lat co tytułowy bohater. I co? I w głowie nam się nie mieści, że mężczyzna w wieku lat 40 może tak wyglądać. Zniszczona cera, zapadłe policzki, zmęczenie… Wiem wiem, życie było wtedy niełatwe, wszyscy palili i tak dalej.

Przenosimy się z powrotem do naszych czasów. Przecież my wszyscy jesteśmy prawie czterdziestolatkami. Ja sam skończę 40 za trzy lata, częśc rodziny przyjaciół już jakiś czas temu odbiła czwartą kreskę albo właśnie się przymierza… Żadne z nas nie wygląda jednak tak zaawansowanie wiekiem jak bohaterowie serialu. Tak, mamy łatwiejsze pod wieloma względami życie, ale to chyba nie tłumaczy całości. Może wynika to z tego, że po prostu ludzie w niektórych częściach Europy o wiele szybciej się kiedyś starzeli, a często nadal się starzeją. Ludzie nie dbają o formę, bo i po co, skoro po czterdziestce to już “z górki”? Ba, po 50 ludzie idą na emeryturę… Nie da się zacząć w Polsce czy Niemczech nowej kariery albo zacząć życia od zera jak w Stanach albo Kanadzie, gdzie widok studenta po siedemdziesiątce nikogo nie dziwi… Mam wrażenie i dużą nadzieję, że zjawisko szybszego starzenia się powoli zmienia. W końcu na emeryturę przechodzi nowe pokolenie mężczyzn i kobiet, którzy są o wiele aktywniejsci niż poprzednicy.

Wydaje mi się, że osobnym problemem są polscy panowie, ktorzy osiągając 40 lat dochodzą do wniosku, że osiągnęli już w życiu wszystko i teraz już nie muszą się o nic starać ani tym bardziej dbać o siebie. U pań również zjawisko się spotyka, ale chyba rzadziej. A co Wy myślicie? Czy też zauważacie różnice pomiędzy “wtedy” i “teraz” oraz Polską i USA albo Kanadą?

Na zakończenie dla przypomniena rzeczony Czterdziestolatek i piosenka tytułowa…



A potem było nas troje…


Niniejszym oznajmiam, że zakład w najbliższym czasie będzie otwarty w bardzo nieregularnych porach. Powtarzam, zakład otwarty będzie w porach bardzo nieregularnych. A to dlatego, że w noc Halloween rozrosła nam się rodzina o jedną małą istotkę…



Najpierw było nas dwoje, potem, po latach dokoptował do nas nasz wspaniały aczkolwiek mocno odjechany Pan Pies. A teraz po dziewięciu miesiącach ciężkiej pracy (o czym co niektórzy już wiedzieli) M. urodziła nam małą istotkę z czarnymi włosami i nadzwyczaj ciekawą mimiką. Mała istotka wcale nie jest taka mała, bo ważyła ponad 10 funtów/4,6 kg. Kiedy znajdę trochę czasu i sił chcę popełnić kilka wpisów na temat rodzenia i opieki przed i poporodowej w Kanadzie, choć może M. sama będzie chciała się podzielić swoimi wrażeniami na temat. Póki co powiem tylko, że jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. A teraz proszę pozwolić, że oklapnę całkiem… Oczywiście mam też zamiar rozpocząć serię wpisów “z pamiętnika młodego ojca” :)
Na koniec oczywiście informacje ‘konkretne’: istotka jest dziewczynką i ma na imię Matilda, co po angielsku wymawia się prawie tak samo jak polski odpowiednik:)

W ten sposób zaczyna się zupełnie nowy rozdział w naszym życiu i w naszej kanadyjskiej rzeczywistości. Matilda jest pierwszą, poza psem, rodowitą Kanadyjką.

PS W drodze wyjątku postanowiłem dodać jedno zdjęcie małej tutaj. Więcej nie będzie, bo nie lubię wstawiać prywatnych zdjęć na bloga, zainteresowani których znam mogą sobie pooglądać zdjęcia przez Facebook albo Picasę.