And away we go…

Przed nami przeprowadzka… Podziało się dużo i, jak to z nami, w tempie ekspresowym. W telegraficznym skrócie było tak…

Zaprosiliśmy znajomego agenta do naszego domu, żeby nam doradził czy, kiedy i jak ewentualnie wystawić go na sprzedaż. Bez zobowiązań. Powiedzieliśmy czego mniej więcej szukamy i gdzie. Miał nam zacząc posyłać nowe oferty. Spokojnie i tak dalej. Jakoś tak po tygodniu zawieźliśmy dzieci do dziadków a sami pojechaliśmy się rozejrzeć za jakimś większym autem, bo tym które mamy teraz ledwo się nam udaje spakować na wakacje. Zupełnie przypadkiem znaleźliśmy w okolicy dom na sprzedaż, który nam się wstępnie spodobał, więc zapytaliśmy agenta, czy może mógłby nam umówić na oglądanie. Okazało się, że tak, więc pojechaliśmy. Oczywiście oczarował nas na wejściu… Posłaliśmy rodzinę na dom otwarty, żeby nam powiedzieli czy zupełnie zwariowaliśmy czy nie, ale rodzina zgodnym chórem uznała, że dom bardzo fajny i idealny dla nas. No ale chcieć to nie znaczy mieć… Zwłaszcza w Toronto przy tym co się dzieje z domami wolnostojącymi. Miałem cichą nadzieję, że może nam się jednak uda, ale liczyliśmy się z tym, że jeśli spodoba się komuś z dużą ilością pieniędzy, na przykład azjatyckiemu inwestorowi chcącemu utopić forsę w nieruchomościach to nie mamy szans. Pocieszaliśy się tym, że dom jest bardzo fajny ale nie jest odpicowany i odnowiony pod sprzedaż, a na takie właśnie jest największe wzięcie. Zamówiliśmy inspektora, który potwierdził, że dom solidny. W trzy dni później po pracy pojechaliśmy składac ofertę. Na początek była tylko nasza, ale zaraz się okazało, że jest jeszcze jedna a może będzie trzecia. Nasz agent był dosyć sceptycznie nastawiony, zwłaszcza, że jak sam przyznał, właśnie niedawno przegrał kilka “bitew” o domy na które było wielu chętnych. Zaoferowaliśmy trochę więcej niż chcieli sprzedający. Kiedy w końcu oddzwonili nasz agent był wyraźnie zaskoczony… jakimś cudem udało nam się dom kupić. Sprzedający to para w średnim wieku z córką starszą od naszej. Mieszkali w tym domu 16 lat a teraz się wynoszą na ontaryjską wieś. Najwyraźniej nie zależało im na tym, żeby się ludzie zabijali cenami o ich dom, więc nam się udało. Kiedy stawialiśmy podpisy na umowie do końca nie wierzyliśmy, że naprawdę nam się udało, zwłaszcza, że wszędzie wokół wszystkie fajne domy idą za sto tysięcy albo więcej powyżej ceny początkowej. No ale się udało…

Tylko pozostawał jeden problem – nasz dom absolutnie nie był w stanie nadającym się do sprzedaży. Tak więc w tempie ekspresowym skończyliśmy w nim remonty. Daliśmy zrobić nowy dach, rynny i metalowe wykończenia na zewnątrz. Potem wywieźliśmy nasze rzeczy do schowka, przeprowadzili się do siostry na prawie miesiąc a do akcji wkroczyli malarze. Po malarzach przyszła rosyjskojęzyczna ekipa sprzątająca i tureckojęzyczna ekipa od zakładania dywanów na schodach. Po nich przyszła ekipa od wystroju wnętrz na sprzedaż, po angielsku staging. Nasz dom już zupełnie przestał przypomniać nasz. Na dole obce meble i wystrój, na ścianach obrazki “pod typowe gusta” i kolory “które się sprzedają”. Pusto, jak w żurnalach.
Potem agent i fofograf, tydzień niepewności i stresu. Dom się sprzedał bardzo szybko, więc się cieszymy, choć przez to, że jeszcze sporo rzeczy w nim trzeba zrobić i ma tylko jedną łazienkę nie udało nam się przyciągnąć inwestorów przebijających cenę i zostać bogaczami. No trudno, za to udało nam się z tym nowym.

Przeprowadzamy się kawałek na południowy wschód. Dzielnica jest jak na Toronto stara, z przełomu XIX i XX wieku, i bardzo przyjemna. Do jeziora będziemy mieć rzut beretem, do metra trochę dalej niż teraz, ale i tak rano zabieramy dzieci do przedszkola autem, które zostawiamy obok metra, więc niewiele się zmieni. Piechotą od stacji metra da się dojść jak trzeba a “walk score” nowego adresu to 73, “very walkable”. Stary adres był “walker’s paradise” i miał 92 punkty, ale coś za coś.

Nasz “nowy” dom jest rzeczywiście nowszy, bo z 1943 roku. Oryginalnie bungalow z cegły z dobudowanym piętrem w latach 90. Ma sporą działkę, trzy sypialnie na górze i jedną w piwnicy, trzy łazienki, dwie kuchnie i duży wolnostojący podwójny garaż z cegły – idealny na warsztat. Nie wiem kto budował ten garaż, ale ma ogrzewanie, kafelki na podłodze i duże jasne okna na ogród i sąsiada. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić lepsze miejsce na warsztat stolarski w warunkach miejskich.

Sam dom ma mnóstwo schowków, zabudowanych szaf i innych miejsc gdzie w końcu uda nam się myślę upchac nasze książki, fotografie i sprzęt turystyczny. Przed domem mamy duży klon a w ogrodzie jabłoń. Obok domu rośnie rabarbar i jeżyny a w ogrodzie z tyłu winogrona, duża pergola i dwa drewniane tarasy. Jest nawet szopka na narzędzia ogrodowe, prawie zupełnie nowa. Dzielnica jest bardzo spokojna. W okolicy jest dużo parków, szlaków rowerowo-pieszych. Jest też trochę dobrych knajp, jest pyszna kawa w ładnej kawiarni i tak dalej. Poza tym będziemy mieć bliżej do moich rodziców a do siostry mniej więcej tyle samo.

Cieszę się bardzo, ale ostatnie dwa i pół miesiąca dały nam bardzo popalić. Przeprowadzki, remonty i sprzedaż domu to stresująca sprawa. Mam nadzieję, że w tym nowym pomieszkamy długo. Oby.
Nasz stary kupiła młoda para. Ona jest dekoratorem wnętrz, on ma własny biznes. Nasza dzielnica przechodzi powolny renesans i chyba właśńie nadchodzi druga fala klasycznej gentryfikacji -po “pionierach” takich jak my wprowadzają się artyści i młode pary. Za kilka lat przyjdą ludzie z pieniędzmi, wtedy wszystkie domy będą już odnowione i drogie. A my będziemy “pionierami” w naszej nowej dzielnicy, która się też gwałtownie zmienia. Do niedawna mieszkali tam głównie starsi ludzie, ale od kilku lat przenoszą się tam młodsi mieszkańcy z dzielnicy przy plaży (the Beach), bo domy i działki większe a ceny, póki co, bardziej przystępne. Nasza nowa dzielnica nazywa się Birch Cliff (czasem pisane Birchcliff albo Birch Cliffe), czyli “brzozowe klify”. A to dlatego, że na początku XX wieku rosło tam dużo brzóz. Do lat czterdziestych jeździł do niej tramwaj.

Większe auto chyba będzie musiało poczekać… Poza tym w rozbiłem reflektor w naszym obecnym jadąc z gratami do schowka, bo ze zmęczenia nie zauważyłem słupka koło hydrantu na naszej ulicy. Ale co tam, zdarza się, to tylko lampa. Tak więc, away we go… Dzieci się cieszą, zwłaszcza nasza córka. Są w dobrym wieku do przeprowadzek. Będą mogły zapuścić korzenie w nowym miejscu.

2 thoughts on “And away we go…

  1. Alicja

    Ale wieści! Gratulacje!!
    Ekspresowo na pewno! Rabarbar! Jeżyny -ja nigdy w Ontario nie widziałam jeżyn i było to dla mnie niezwykłe. WypatrywałAm ich w przydrożnych rowach, z okna pociagu Toronto – Nowy York przez Niagarę, na trasie do “cottages” nad jeziorami Balsam i Fir i nad Georgian Bay i nic! A tu proszę – rosna!
    Ja tylko bardzo Wam życzę, abyście odwiedzili zachód Kanady z Calgary włacznie. Romans gwarantowany! Może następna przeprowadzka!
    Gratulacje!
    Alicja

    Reply
  2. Mariola

    Gratuluję.
    Juz wiem dlaczego tak dawno nie pisałeś.
    Życzę, by się Wam dobrze mieszkało. Pozdrów proszę rodziców od Marioli z Rybnika.
    Wszystkiego dobrego. Pozdrawiam
    Mariola

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *