A weekend…


… a weekend mocium panie mieliśmy nader intensywny. W sobotę rano pojechałem do mojego ulubionego sklepu z narzędziami, czyli Lee Valley, bo mieli “dni hebli”. Lee Valley to kanadyjska firma z Ottawy, która specjalizuje się w produkcji i sprzedaży narzędzi ręcznych doskonałej jakości, w tym hebli. Duża część narzędzi robiona jest w Kanadzie i choć ceny są dosyć wysokie, firma cieszy się dużą popularnością wśród drzewnych profesjonałów i amatorów. Popularność to nie do końca odpowiednie słowo, raczej można by mówić o nałogu…

Dni hebli organizowane są raz do roku. Można sobie wtedy przyjść do sklepu i popróbować na żywo wszystkich hebli i heblopodobnych, które Lee Valley produkuje w Kanadzie i sprzedaje pod marką Veritas. Nie mogłem sobie darować. W sobotę rano wstałem dosyć wcześnie i spojrzałem za okno, a tam jakoś pół metra śniegu, który napadał w nocy… Całe szczęście nasze auto ma zimowe opony, więc wykopałem go spod śniegu i pojechałem zasypanymi ulicami do Lee Valley. Na miejscu czekała kawa i miła niespodzianka, czyli brak tłumów, bo przez pogodę chętni do zabawy z drewnem zaczęli się pojawiać dopiero później. Poza mną w sali seminaryjnej sklepu było tylko kilka osób i trzech specjalistów, którzy odpowiadali na pytania i pokazywali jak czego używać. Wszyscy mieli niezłą zabawę, ja siedziałem tam chyba trzy godziny i próbowałem po kolei wszystkich narzędzi na kawałkach topoli, które obsługa wpięła do imadeł. Moja lista życzeń dosyć się rozrosła i chyba muszę zacząć grać częściej w Totka, bo zebrało się tych hebli i pokrewnych na ponad dwa tysiące dolarów;)

W tym samym czasie M. popędziła z aparatem nad jezioro, bo przy takiej ilości śniegu i doskonałym świetle zdjęcia ładnie wychodzą. Rezultaty pewnie będą na stronie M., kiedy uda się jej usiąść przed komputerem.

Nad jeziorem też było śnieżnie. Mieszkamy po sąsiedzku z dzielnicą, która się nazywa the Beach(es), w której poza plażą, dreptakiem i bardzo ładnymi domami jest też sporo ciekawych miejsc gdzie można coś zjeść albo napić się kawy. Odebrałem M. spod starej stacji wodociągów, która jest moim zdaniem jednym z ciekawszych architektonicznie budynków publicznych w Toronto. Stację wybudowano w latach trzydziestych w stylu art deco. Przypomina swoją strukturą katedrę i jest bardzo wdzięcznym obiektem do fotografii, zwłaszcza, że zaraz za nią zaczyna się dzika plaża i jest widok z jednej strony na centrum Toronto, a z drugiej na dzikie plaże Scarborough Bluffs. Sama budowla wygląda tak.

Poszliśmy na kawę do Remarkable Bean, jednego z najlepszych niezależnych przybytków z kawą w mieście. Mają pyszne latte i doskonałe tarty, a sam wystrój kojarzy się bardzo z kawiarniami w Krakowie, polecam. Kawę prażą na miejscu… O tu:


View Larger Map

Po kawie z tartą pojechaliśmy “wyzwolić” naszego psa. Intensywny spacer w parku całkiem go zadowolił.

W niedzielę mieliśmy jechać na łyżwy. Plany nam się zmieniły kiedy okazało się, że na forum storlarskim pewien człowiek poza Toronto wystawił na sprzedaż heblarkę (jointer). Od dłuższego czasu polowałem na taką okazję, bo wszystkie swoje maszyny staram się kupować używane, za to dobrej jakości. Umówiłem się, że w niedzielę koło południa zjawimy się odebrać maszynę. Postanowiliśmy sobie przy okazji z M. zrobić wycieczkę fotograficzno-zimową. Pojechaliśmy dosyć kawałek za miasto, bo aż do Norwich:


View Larger Map

Za Hamilton teren się robi płaski i jest coraz więcej pól uprawnych i farm. Miasteczka, które mijaliśmy po drodze są w większości dosyć małe ale za to bardzo stare. Sporo w nich pięknych domów, koniecznie musimy pojechać w tamtą stronę kiedy będzie zielono. Człowiek od którego kupiłem maszynę do niedawna prawocwał w czymś co miało związek z robotyką i automatyką samochodową. Kilka lat temu postanowił zostać farmerem. Teraz mieszka na farmie i uprawia tytoń, jak wielu ludzi w okolicy. Farma ma sto akrów ziemi (ponad 40 hektarów), więc przestrzeni mu nie brakuje. Powiedział mi, że w zimie ma dużo czasu, więc zbudował sobie w starym chlewie warsztat stolarski z prawdziwym piecem na drewno, wysokim sufitem i dużą ilością naturalnego światła. Bardzo przyjemnie, nie powiem.

Zapytałem go, czy przypadkiem w okolicy są jakieś ciekawe obiekty do fotografowania. Powiedział mi, że kilka mil od jego farmy jest stary młyn nad zaporą i małe miasteczko. Naładowaliśmy maszynę do bagażnika i ruszyliśmy z M. szukać młyna. Oczywiście trochę trwało zanim go znaleźlismy, ale w końcu się udało. Miasteczko nazywa się Otterville (Wydrowo? Wydrów? Otter to wydra). Na początek zamiast młyna znaleźliśmy stary Cmentarz Afrykańskich Metodystów Episkopalnych. Jak się okazuje w Otterville była kiedyś kolonia byłych niewolników ze Stanów. Kanada przez wiele lat dawała schronienie zbiegłym niewolnikom i jeśli kogoś interesuje ten temat to polecam artykuł na temat szlaków przerzutowych, czyli Underground Railroad w Wikipedii. Oto link do polskiej wersji.

Młyn jest ogromny i wygląda bardzo ciekawie w środku, niestety zimą jest zamknięty, więc będziemy mieli jeszcze jeden powód do ponownej wycieczki do Otterville, tym bardziej, że nie zauważyliśmy historycznej stacji kolejowej, która też wygląda ciekawie.


Niedziela była mroźna i dosyć sporo czasu spędziliśmy na świeżym powietrzu, więc do domu wróciliśmy wywietrzeni za wszystkie czasy. Udało mi się przy pomocy M. znieść nowo nabyty sprzęt do warsztatu, ale o tym i o narzędziach będzie inny wpis.

Mam nadzieję, że M. wstawi niebawem jakieś zdjęcia z wycieczki, dołożę wtedy linki, proszę zajrzeć za jakiś czas, może już będą. Kilka zdjęć już jest. O tu.
***

Dawno nie było żadnej muzyki. Dzisiaj proponuję 16 Horsepower i doskonały, ciemny kawałek Poor Mouth. Przez kilka dni słuchałem tego w pracy i w samochodzie na okrągło:



I drugi, równie intensywny i wielowarstwowy kawałek tej samej grupy, American Wheeze:



5 Comments, Comment or Ping

  1. wow! jaka pracowita niedzielea!!! :) głaski dla futrzastego! ;)

    January 19th, 2011

  2. fajny weekend :-) kawiarnia przypominajaca krakowskie powiadasz? na preriach to ja sobie moge co najwyzej pomarzyc o czyms takim… a szanse na torontonskiego joba sa nikle :-( ech, zycie…

    January 19th, 2011

  3. Monika

    Uwielbiam the Beach(es) ale nigdy nie bylam tam zima:) Czesto latem jezdzimy polazic, na kawe i poszwedac sie po Queen St:))) Pozdrawiam z Mississauga

    PS Formalnie to Beaches zostaly przemianowane na the Beach ale chyba tez juz wiesz o tym, jako ze uzywasz podwojnej nazwy:)

    January 19th, 2011

  4. resvaria

    Witam witam:)

    The Beach jest nazwą historyczną, ale od początku używano obu. Za to dosyć ciekawym zjawiskiem jest używanie nazw Upper Beach(es) i Upper Upper Beach(es) na dzielnice powyżej, zwłaszcza przez agentów nieruchomości. My mieszkamy w Upper Beach (według jednych klasyfikacji, bo według innych to Danforth Village), która powoli zaczyna się robić modna, bo ma bardzo dobry dojazd metrem do ścisłego centrum i sporo ładnych starych domów. I rzeczywiście do plaży nie jest daleko – od nas z domu mamy jakoś 1,5 km do brzegu jeziora. Za to Upper Upper Beach to zupełnie inna historia, z plaża nie ma wiele wspólnego, ale co tam:)

    Atsaniku, nie desperuj. Nigdy nie wiadomo, może się jednak robota w Ontario wykluje…

    January 19th, 2011

Reply to “A weekend…”