
Od naszego powrotu do skąpanego w wilgotnym żarze Toronto minęło już kilka dni, a więc czas coś skrobnąć o wakacjach, po potem zatrze się w pamięci. Tym razem pojechaliśmy po raz drugi na to samo miejsce, czyli do gór Adirondacks u naszych południowych sąsiadów.
***
Jakoś nam ostatnio średnio wychodzi wakacyjne pakowanie. Niby mamy wprawę, prawie wszystkie graty leżały od dawna na środku pokoju i na werandzie a mimo to coś wolno nam szło. Może to dlatego, że nie lubimy się zbyt jawnie pakować kiedy w domu mamy psa. On od razu wie, że coś się święci i niepotrzebnie się stresuje. No więc za pakowanie zabraliśmy tak na porządnie dopiero po tym jak odwiozłem futrzaka na psią farmę na zachód od Toronto. Nie pamiętam czy już wspominałem, że psia farma to doskonała instytucja, bo wszystkie psy spędzają czas stadnie i bardzo aktywnie, zamiast siedzieć w jakichś klitkach i się stresować. Niestety to zwykle również najdroższa częśc naszego wakacyjnego budżetu, bo psi kwaterunek kosztuje więcej niż nasze noclegi. No ale trudno, coś z kudłaczem trzeba zrobić a kiedy chce się mieć trochę odpoczynku od siebie nawzajem to niestety trzeba za to zapłacić.
Po odwiezieniu psa popędziłem do pracy a potem zabraliśmy się za pakowanie, żeby w piątek wcześnie rano wyjechać, bo mieliśmy zaplanowane miłe kampingowanie z Anetą i jej mężem. Udało nam się większość gratów spakować i poszliśmy spać jakoś przed drugą. Tym razem mieliśmy trochę łatwiejsze zadanie, bo przez to, że do Stanów nie wolno wozić jedzenia, nawet z Kanady, nie braliśmy z sobą żadnego prowiantu.
Oczywiście, przez to, że poszliśmy tak późno spać nie udało nam się wyjechać bladym świtem jak sobie zaplanowaliśmy, tylko pojechaliśmy z domu coś koło dziesiątej rano. Mieliśmy pecha, bo okazało się, że ruch na autostradzie 401 z Toronto w stronę Montrealu jest bardzo duży i do tego były jakieś korki i remonty. Przez to wszystko jechaliśmy bardzo długo i do mostu granicznego w Thousand Islands dojechaliśmy dosyć późno, o wiele później niż zaplanowaliśmy. Ponieważ w Stanach byliśmy ostatnio ponad rok temu musieliśmy oczywiście przechodzić przez całą orwellowską odprawę graniczną, z pozowaniem do zdjęcia i oddawaniem odcisków palców włącznie. Pogranicznicy amerykańscy byli dla nas bardzo mili, ale i tak trwało to wszystko prawie godzinę. Oczywiście na każdym przejściu granicznym mają swoje zasady. Na tym okazało się, że nie wolno wstępować do łazienki zanim się człowiek nie odprawi a później należy się zapytać oficera o zgodę. Coś mi to przypomina i nie są to pozytywne wspomnienia, no ale co robić. Trzeba być grzecznym, bo oczywiście wjazd do stanów to przywilej a nie prawo (o ile nie jest się obywatelem tego kraju), więc jakieś sceny z naszej strony zakończyłyby się jedynie odesłaniem z powrotem do Kanady, o czym informują zresztą na wejściu stosowne napisy dużą, grubą czcionką.
Na granicy pewna pani zrobiła zamieszanie, bo okazało się, że wcześniej odesłano ją z powrotem do Kanady po czym ona niezrażona wróciła z powrotem na amerykańską stronę i usiłowała przekonać oficerów, że muszą ją wpuśćić. Jedyny kłopot polegał na tym, że nie tylko nie była obywatelką ani Kanady, ani USA, ale do tego nie miała z sobą żadnego paszportu. Pani nie dała się przekonać, że musi mieć dokumenty i wizę. Pomogło dopiero kiedy oficer powiedział jej, że nie ma więcej cierpliwości i jeśli pani jeszcze raz wróci bez dokumentów to wsadzą ją do aresztu.
Po drugiej stronie niedaleko granicy jest Watertown. Wstąpiliśmy więc tam na zakupy. Martwiliśmy się dosyć, że Aneta i Robert będą na nas czekać i staraliśmy się jak najszybciej ze wszystkim uwinąć, ale niestety wizyta w amerykańskim spożywczym to dla nas jak wyprawa na inną planetę, bo większość produktów ma inne opakowania a do tego są też inne marki. A z tego większa częśc jest albo koszmarnie słodka, albo przetworzona. Ale udało nam się wybrać to i owo i okazało się to być bardzo smaczne. Tyle, że trzeba czytać każdą metkę, bo inaczej się kończy tak jak z “masłem” jabłkowym (rodzaj dżemu). W Kanadzie kupujemy i bardzo lubimy a w składzie są tylko zagęszczone jabłka, trochę sody i nic więcej. Nie ma cukru ani żadnych dosładzaczy (po co dosładzać jabłka?). Niestety amerykańska wersja okazała się kompletnym niewypałem. Nie przeczytałem naklejki i potem się okazało, że to coś w słoiku smakuje jak zagęszczony sok z jabłek z cukrem i cynamonem. Obrzydliwe.
Potem kupiliśmy piwo. Jak zwykle dosyć mnie rozbawiło to, że muszę pokazywać prawo jazdy. I jak zwykle pani widząc prawo jazdy z Ontario nie za bardzo wiedziała gdzie szukać daty urodzenia. Ale z drugiej strony come on, ileż można szukać takiego szczegółu na dokumencie, na którym są bodaj dwie inne daty poza tym? W każdym razie trwało to trochę. Na sugestię, że nie trzeba sześciopaka z piwem wkładać do torby plastikowej pani na mnie spojrzała jakbym był z marsa i powiedziała, że takie prawo (you know, open container policy…) Wcześniej jeszcze pani też na mnie dziwnie spojrzała kiedy powiedziałem, że proszę trzy torby plastikowe. W naszym kochającym podatki mieście o torby trzeba prosić i za nie płacić, więć się przyzwyczaiłem, że trzeba mówić czy się chce i ile. No więc powiedziałem. Na co pani zapakowała mi towar do toreb a poza tym dorzuciła trzy dodatkowe, obrzucając wspomnianym wcześniej spojrzeniem. Ot co kraj to obyczaj:)
Po uporaniu się z zakupami udało nam się w końcu pomknąć w stronę Cranberry Lake…
View Larger Map
Kiedy dotarliśmy na miejsce Aneta z Robertem i psiakiem już na nas czekali i się martwili czy aby nam się coć nie stało. Szybko się rozbiliśmy i potem zabraliśmy się za spędzanie bardzo miłego wieczoru razem. Aneta zrobiła bardzo smaczne jedzenie, my usmażyliśmy nabyte w sklepie kiełbaski i popijając bardzo dobrym amerykańskim (Samuel Adams Boston Lager) i polskim piwem rozmawialiśmy do późna. Rano A&R spakowali się i pojechali w dalszą drogę a my zaczęliśmy tydzień wakacji we dwoje.
Większość czasu spędziliśmy poza namiotem i poza kempingiem. Tym razem chodziliśmy mniej po górach, choć i tak weszliśmy na dwie górki (Mount Arab i jakaś druga, nazwy której nie pamiętam), za to więcej oglądaliśmy wodospadów, których w okolicach Cranberry Lake jest całe mnóstwo. W sierpniu jest bardzo mało owadów, więc ani komary ani meszki za bardzo nam nie dokuczały, poza jednym epizodem o którym później.
Okolice Cranberry Lake to najdziksza część parku Adirondacks. W okolicy nie ma żadnego średniej wielkości miasteczka i nawet stacji benzynowych jest bardzo mało. Za to przyroda sprawia niezapomniane wrażenie. Samo Cranberry Lake to mała osada, w której jest coś czterdzieści domów, z czego częśc to domy letniskowe, biblioteka, poczta, sklep spożywczy, diner (coś jak jadłodajnia) i jedna restauracja. I kamping stanowy. No i kilku nudzących się bardzo szeryfów. W każdym miasteczku jest limit prędkości 20-40 mil na godzinę i zdecydowana większość kierowców go przestrzega, inaczej niż w Ontario, gdzie jazda 60 (km/h) w miescach gdzie jest 50 (km/h) jest właściwie normą. Bardzo szybko zrozumieliśmy dlaczego – prawie codziennie, czasem po kilka razy na dzień widzieliśmy jak szeryf albo trooper zatrzymuje łamiącego przepisy kierowcę i lepi mandat. W rezultacie ruch panuje tak spokojny, że dzieciaki i piesi nie muszą się na ulicach czuć zagrożeni. Dla kierowców oznacza to czasem konieczność jazdy przez 10 mil w tempie żółwiowym, ale muszę przyznać, że amerykańskie znaki, podobnie jak kanadyjskie, są zwykle umieszczane w bardzo przemyślany sposób i nie ma ograniczeń bez sensu, jak często zdarzało mi się obserwować w Polsce.
Narazie tyle, częśc dalsza i zdjęcia nastąpią:)

4 Comments, Comment or Ping
Bardzoś mnie rozśmieszył historią toreb plastikowych
. A czy byliście może w tym jednym dinerze i spotkaliście łysego wysportowanego troopera ze ślicznym białym psem, który w tej knajpie pomaga? Facet nazywa się Michael, ma boskiego psa, który wyleguje się przy barku i poza pracą w policji stanowej pracuje jako strażak, ma farmę i jeszcze serwuje gościom posiłki w owym dinerze śpiewając przy tym głośno. Nieźleśmy się tam ubawili!
August 12th, 2010
Oj szczerze Wam wspolczuje zderzenia z tym maslem jablkowym:))) Takie maslo to w sumie powinny byc powidla, ja sie nauczylam na masle sliwkowym, jakies 20 lat temu jak szukalam wlasnie powidel. Nawet juz nie pamietam jakie one byly, ale od kilku lat kupuje sliwki i robie swoje wlasne powidla. Natomiast cynamon Amerykanie potrafia przemycic wszedzie;))) U nas jest wesolo, bo moj maz “tubylec” wychowany na cynamonie, lubi, a ja nie przepadam i jest to jedna z niewielu przypraw bez ktorej moge spokojnie zyc. Potrafie zapomniec, ze cynamon trzeba dodac do szarlotki i wtedy moj malzonek bywa zawiedziony;))
August 12th, 2010
No właśnie, powidła, brakowało mi wczoraj tego słowa. Też uwielbiam powidła śliwkowe. Niedoścignionym wzorem są powidła, które robiła moja ciocia, siostra babci. Miała w domu piec na węgiel, więc trzymała te powidła i trzymała i trzymała i trzymała… Nie da się tego smaku podrobić.
Cynamon bardzo lubię, ale nie w powidłach jabłkowych. Zresztą, gdyby to były powidła a nie sok jabłkowy z zagęszczaczem, cukrem i cynamonem to też by mi nie przeszkadzał. Za to jak pisałem, powidła jabłkowe w Ontario są pyszne, jabłka zresztą też. Co do jabłek to kupowaliśmy świeże miejscowe z Nowego Jorku (stanu) i były fenomenalny. Jersey Mac. Mniam:) Na punkcie jabłek mam trochę fioła, więc doceniam tym bardziej.
August 12th, 2010
Aneta, w Dinerze byliśmy ostatnim razem, teraz w knajpie jedliśmy tylko trzy razy, ale o tym może w następnym wpisie:)
August 12th, 2010
Reply to “Misty Mountains, czyli There and Back Again”