July 27th, 2010
Domowa archeologia
Nasz dom ma ponad 110 lat, więc kryje się w nim sporo niespodzianek. Choć niektóre z nich są bardzo przyjemne a inne wręcz odwrotnie, to zawsze można liczyć na jakieś ciekawe odkrycia. Pisałem już kiedyś o tym jak poszukiwaliśmy wejścia na strych i w końcu odkryliśmy go w szafie. Pisałem też o tajemniczych drzwiach w piwnicy, które okazały się być zamkniętym wyjściem do ogrodu, na którym poprzedni właściciele wybudowali szopę. Kiedy zimą wyrzuciliśmy z piwnicy podłogę i płyty gipsowe ze ścian to okazało się, że pod płytami są dwa okna, których wcześniej nie widzieliśmy, ale o tym też już chyba wspominałem.
Tym razem wybraliśmy się na piętro, bo postanowiliśmy sprawdzić co się kryje pod wykładzinami. Wykładziny były stare i sfatygowane, więc przymierzaliśmy się do wyrzucenia ich już od dawna, ale jakoś zwlekaliśmy z tą decyzją nie wiedzieć czemu. W końcu podjęliśmy się wyzwania, poganiani nasilającą się alergią – jak wiadomo wykładziny to idealne środowisko dla roztoczy i innych mikroorganizmów.
Na początek wyciąłem na próbę kawałek pod naszym łóżkiem, na wypadek gdyby pod spodem było coś dziwnego. A pod spodem była pianka, która tu zawsze pod wykładziny zakładają. Pod pianką znalazłem stare linoleum, na oko z lat czterdziestych albo piędziesiątych, być może jeszcze starsze. Pod linoleum był stary guby papier, który pachniał starym grubym papierem, a pod nim równo ułożone deski. Muszę przyznać, że bardzo mnie to znalezisko podekscytowało, tym bardziej, że deski wydawały się być gładkie. Bardzo szybko podjęliśmy decyzję, że idziemy na całość. Jedyny problem polegał na tym, że to była niedziela wieczorem a rano trzeba było iść do pracy…
Tak się rozochociłem, że postanowiłem wziąć dzień wolnego i poprosić siostrę o pomoc, bo akurat też miała wolny dzień. Od rana zabraliśmy się z A. do pracy i do wieczora udało nam się ściągnąć wszystkie warstwy w na całej górze, czyli w trzech sypialniach i przedpokoju. Po drodze odkryliśmy jeszcze inny wzór wykładziny i setki gwoździ, którymi przybijano to i owo. Poza tym znalazłem jeden tajemniczy schowek, niestety pusty i kawałki torontońskich gazet. Nie ma na nich dat, ale artykuły i reklamy wskazują na lata czterdzieste.

Wykładziny wspólnymi siłami pocięliśmy i pozwijali w małe rolki, resztę śmieci zapakowali do grubych worków i wystawili do ogrodu. Oczywiście najpilniej pracował nasz pies:)

Niestety akurat zapowiadali burzę, więc postanowiłem zapakować śmieci do auta i zawieźć do stacji przeładunku śmieci. Mamy jedną taką jakieś piętnaście minut od naszego domu. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale pomyślałem, że szkoda płacić komuś za wywóz wykładziny skoro mogę to zrobić sam. No więc pojechałem.
Miejsce jest bardzo kosmiczne. Najpierw są światła na których się czeka, żeby pojedyńczo wjechać samochodem na wagę. Potem trzeba zapłacić zaliczkę, najlepiej $20. Miałem tylko $10 gotówki, ale obsługujący wagę człowiek stwierdził, że worki wyglądają na lekkie, więc powinny wystarczyć. W zależności od tego jakie ma się śmieci każą potem jechać w różne miejsca. Moje worki klasyfikowały się jako zwykłe śmieci, więc człowiek mi kazał jechać do hangaru. Przed owym hangarem stoi bardzo klasycznie wyglądający pan i kieruje ruchem. Samochody podjeżdżają po jednym, ustawiają się obok siebie i każdy wyrzuca swoje śmieci. Musiałem trochę poczekać po czym dostałem przydział miejsca. Hala jest ogromna, bardzo brudna i ma bardzo specyficzny zapach psujących się resztek. Krajobraz jak z apokalipsy – worki, ogromne spychacze, które co jakiś czas upychają śmieci w odpowiednie miejsce a w tym wszystkim wszyscy kierowcy uwijają się przy swoich samochodach, wyrzucają to co przywieźli i karmią smieciową bestię.
Poszło mi bardzo sprawnie, więc w kilka minut później stałem z powrotem przed wagą. Inny człowiek zważył samochód, kazał dopłacić dolara, powiedział, że mialem 110 kg w workach i kazał jechać dalej. Potem powtórzyłem ten sam kurs z M., tym razem wieźliśmy rolki z wykładziną. Razem w obu kursach wyrzuciliśmy z domu około 240 kg śmieci, kto by pomyślał, że wykładzina jest taka ciężka!
Po zdjęciu warstw powyciągaliśmy trochę gwoździ, odkurzyli i umyli podłogi. Moja siostra tak się rozochociła, że następnego dnia czuła wszystkie kości. To co ukazało się naszym oczom po tych wszystkich zabiegach to bardzo przyzwoicie wyglądająca podłoga z twardego drewna, którą teraz musimy naprawić tu i ówdzie i wycyklinować. Ot coś takiego:


Bardzo mnie intrygowało co to za drewno, więc oheblowałem kawałek dwóch desek i wstawiłem zdjęcia na pewno zaprzyjaźnione forum stolarskie na którym sporo jest kanadyjskich ekspertów od drewna. Przeważają opinie, że to albo jesion (ash) albo kasztan (chestnut). Jedno i drugie to dosyć rzadkie już dzisiaj drzewa więc tym bardziej chcę podłogę przywrócić do świetności, zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że to oryginalna podłoga tak stara jak dom. Po wyczyszczeniu pojawia się bardzo zachęcający widok:

Oczywiście czeka nas sporo pracy i pewnie nie uda nam się skończyć przed zimą, ale bardzo jestem ciekaw jakie będą rezultaty końcowe.
***
Z innej nieco beczki – w końcu spadła trochę temperatura w mieście. Tegoroczne lato jest rekordowo gorące i wszystkie owoce pojawiają się o wiele wcześniej niż zwykle. Są też niezwykle smaczne. W zeszłym tygodniu kupiłem duże pudło borówek i zajadaliśmy się nimi z M. Przez upały nie za bardzo mam ochotę siedzieć przed komputerem, stąd i blogowanie niezbyt mi wychodzi.
***
Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że obejrzeliśmy trochę filmów. Najpierw moja mama przywiozła nam Rewers, który bardzo nam się podobał. Sam uważam, że to jeden z najbardziej udanych filmów polskich, bardzo polecam! Poza tym widzieliśmy w końcu The Last Station, również bardzo dobry film o Tołstoju u schyłku życia. Muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, że Tołstoj był aż taką barwną osobowością. Na koniec obejrzeliśmy również The Young Victoria i ten obraz również bardzo nam przypadł do gustu. Zdecydowanie nabędziemy sobie swoją kopię, bo można to oglądać wiele razy, choćby ze względu na kostiumy.
***
A niedługo wakacje i spotkanie z pewną blogowiczką:) Ale o szczegółach jak zwykle dopiero po fakcie. Jednak póki co mam nadzieję, że uda mi się niebawem znowu coś napisać.