Hawaje w Toronto


Jak donosi M. w Krakowie leje i jest dosyć zimno, tymczasem w Toronto wręcz odwrotnie. Jak informuje dzisiejsza torontońska prasa mamy temperaturę taką jak na Hawajach. Wczoraj ogłoszono stan pogotowia z powodu wysokiej temperatury, dzisiaj stopień pogotowia wzmożono do ekstremalnego (extreme heat alert). W mieście pootwierano miejsca gdzie ludzie będą się mogli schłodzić, bo nie wszyscy mają w domach klimatyzację. Do piątku będziemy mieć więcej żaru i gorąca niż przez całe lato w zeszłym roku. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne lato będzie trudne do zniesienia.
***
Przez to, że zimę mieliśmy nadzwyczajnie łagodną o wiele więcej jest w tym roku komarów i innych owadów, bo nie powymarzały. Zwykle w naszym ogrodzie komary to rzadkość, bo mieszkamy jakoś kilometr z hakiem od jeziora w linii prostej, ale wczoraj dosyć solidnie dały mi się we znaki. Trzeba będzie wypowiedzieć im wojnę i palić antykomarowe kadzidełka.
***
Zbliża się szybkimi krokami szczyt G8 i G20. Ten pierwszy będzie poza Toronto, ale ten drugi rząd federalny z jakiegoś powodu postanowił zorganizować w samym centrum. Będzie chaos, protesty i zadymy to już wiadomo. Różne grupu anarchistyczne obiecują tyle zamieszania ile się da. Ponieważ dla protestantów wydzielono teren koło ontaryjskiego parlamentu w Queen’s Park jako oślą łączkę cała okolica jest przerażona. Władze University of Toronto, który graniczy z Queen’s Park postanowiły, że zamkną na kilka dni cały kampus, bo doświadczenia z innych miast, które gościły G20 pokazują, że pracownicy i studenci mogą być narażeni na gaz łzawiący i uszkodzenia ciała i ducha. Wygląda więc na to, że będziemy mieć dodatkowe wakacje, bo kampus zamykają już w środę wieczorem.
***
Wszędzie kwitną bzy, więc zapach jest niesamowity. W sklepach pojawiły się dojrzałe morele. Jest też sezon na żółte mango, które sprzedają bardzo dojrzałe. Aż cieknie z niego sok i można się objadać do woli, bo cztery duże sztuki kosztują $5 a jeśli ktoś kupi skrzynkę to wychodzi jeszcze taniej. Mniam mniam…
***
Z doków przy jeziorze Ontario policja wyłowiła beczkę z niecodzienną zawartością. Sytuacja rodem z filmów mafijnych – w beczce zamurowane były zwłoki, które już zidentyfikowano (policja mówi, że beton zadziałał konserwująco i ciało jest zachowane doskonale) jako azjatycki gangster Quang Lu – specjalista od pożyczek na dziwne procenty. Gangster zaginął bez wieści w 2007 i teraz zguba się znalazła… Przy okazki zawiodła się policja w Montrealu, bo w zeszłym tygodniu zaginął tamtejszy don mafijny i wszyscy się spodziewali, że w beczce będzie on. A tu nic z tego…
***
O największej na świecie żeremi bobrowej na jeziorze w Albercie już chyba wszyscy słyszeli, ale donoszę dla porządku, na wypadek gdyby ktoś nie słyszał. Bobry zbudowały tamę na terenie parku narodowego i pewnie nikt by o nich nie wiedział, ale tama jest tak ogromna, że widać ją z powietrza, a nawet z kosmosu, przez co bobry nie są już incognito:)
***
No i to by było na tyle. Na zakończnie pogodna piosenka Toma Waitsa “The Long Way Home”, akurat na dzisiaj…



Poproszę pół funta kiełbasy i litr benzyny.


Mamy w Toronto pierwszy heat alert, czyli ostrzeżenie o upałach. Dzisiaj żar leje z nieba od rana, w cieniu było prawie 30 stopni i pies całkiem mi padł. Kopie sobie dziury w ziemi, po czym kładzie sie brzuchem na swieżo rozkopanej warstwie i chłodzi… Idealny dzień na jakiś lekki temat.
***
Jednym z najbardziej niezwykłych i wymagających od nowoprzyjezdnych sporo inwencji, cierpliwości i samozaparcia aspektów życia w Kanadzie jest tutejsza mieszanka miar i wag. Niby wszystko jest proste. Na fali zmian, które ogarnęły prawie wszystkie kraje anglojęzyczne poza Stanami Zjednoczonymi kilka dekad temu kraj przeszedł z tradycyjnego systemu miar i wag brytyjskich (imperial) na system metryczny. No ale to tylko teoria. Podobnie jak w Anglii, starsze pokolenie używa dalej starego systemu a młodzież używa mieszanki. Zresztą nie da się inaczej, choćby przez to, że u naszych południowych sąsiadów system metryczny jest abstrakcją używaną tylko i wyłącznie przez naukowców.
W praktyce wygląda to tak, że panuje kompletny chaos. Tak więc odległości na mapach, znakach drogowych i ograniczenia prędkości podawane są w kilometrach. Jeśli jednak ktoś kupił auto w Stanach, to musi sobie przeliczać mile na kilometry we własnym zakresie.

Benzynę na stacjach sprzedaje się na litry, mleko w sklepie też, ale na tym kończy się metryczność cieczy. Soki, puszki i przetwory mają standardowe wielkości w ciekłych uncjach (oz), kwartach albo galonach, choć często podawane są też wielkości metryczne, których i tak nikt nie uzywa, bo we wszystkich przepisach jasno stoi: weź X-uncjową puszkę pomidorów, dodaj kubek/kwartę/itp. wody i tak dalej. Czym głębiej tym trudniej. Piwo w pubach sprzedaje się co prawda na pinty, ale nie są to pinty brytyjskie, tylko mniejsze, amerykańskie (niecałe pół litra). Farbę kupujemy na kwarty i galony, za to oliwę na litry. Jak wspomniałem, benzynę kupujemy w litrach, ale jeśli pytamy kogoś ile pali jego auto to zawsze odpowie nam w milach na galon (mpg), co trzeba sobie samemu przeliczyc na l/100km.

Ceny owoców, warzyw mięsa i serów najczęściej podawane są w dolarach za funta, choć owoce często sprzedawane są na ilość (3 cytryny za $1, 4 mango za $5) albo suche pinty (borówki, pomidory koktajlowe). Choć ceny mięsa są w dolarach za funta ($/lb) wagi są kalibrowane albo metrycznie albo tradycyjnie, zależy od sklepu.

Kiedy zapytamy Kanadyjczyka o wzrost i wagę w 99% odpowie, że ma X stóp i Y cali, a waży Z funtów. To też odstępstwo od brytyjskiej normy, bo sami Brytyjczycy ważą się w kamieniach (stone), z których Kanadyjczycy często się podśmiewają. Żaden Kanadyczyk, którego znam nie zna swojego wzrostu w centrymetrach.

Działki budowlane mierzymy w stopach i akrach, natomiast powierzchnię domów w stopach kwadratowych, choć zdarzają się wyjątki, kiedy powierzchnię podaje się w m2, czego z kolei nie rozumie wielu Kanadyjczyków. Tkaniny kupujemy na jardy, wykładziny na stopy bieżące a podłogi drewniane na stopy kwadratowe.

Wszystkie materiały budowlane kupujemy tradycyjnie. Królują funty, uncje, cale, stopy i galony. Zdarzają się inne miary, ale rzadziej.

Temperaturę w radiu i telewizji podają tylko w Celsjuszach, ale mniej więcej połowa populacji używa Fahrenheitów, które dla mnie są jedyna nieprzetłumaczalną w prosty sposób jednostką imperialną.

Kiedy już się wyuczyliśmy co jest co przychodzi pora na wyższą jazdę. Wizyta w sklepie z drewnem szybko uświadamia nam, że deski się mierzy albo na “stopy deskowe” (board feet) albo stopy bieżące, albo na standardowe rozmiary, jak na przykład 2x4x8 czy 2x6x10. Teoretycznie oznacza to deskę, która ma dwa cale grubości, 4 cale szerokości i osiem stóp długości, ale w praktyce deska jest nieco węższa i ciensza. Kiedy już uporamy się z deskami przychodzi czas na gwoździe i wkręty. Gwoździe mają swoje własne miary (2d, 3d itp.) natomiast wkręty sprzedawane są w calach, na przykład 1×1 1/4. Potrzebne nam są jeszcze śruby i klucze. Jedne i drugie sprzedaje się albo w wielkościach calowych, albo w metrycznych i potem trzeba uważać, bo calowe klucze nie pasują do metrycznych śrub i na odwrót…

Papier kupujemy tylko w formatach calowych, dwa najpopularniejsze to legal (8,5×14) i letter (8,5×11), choć papier fotograficzny oczywiście jest w innych rozmiarach. Ani o A4 ani o A3 nikt nie słyszał, zresztą i tak nie pasuje do tutejszych kopert:)

Przez to wszystko życie jest oczywiście o wiele ciekawsze. Ja sam uwielbiam tradycyjne miary i wagi, bo dobrze mi się kojarzą. Moja babcia używała śląskich funtów a cale są po dziś dzień używane na Śląsku do określania średnicy rur i tym podobnych. Niech więc żyją cale i funty, dodaje to kolorytu codzienności.



Victoria Day – kilka słów o monarchii w Kanadzie




Na początek życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga, którzy mieszkają w Kanadzie udanego Victoria Day! To święto federalne, które obchodzone jest jako oficjalny dzień urodzin panującego monarchy. Pomimo, że oficjalnie nazywa się Victoria Day to rzecz jasna obchodzone jest jako urodziny Królowej Elżbiety II, kanadyjskiej głowy państwa.

W odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, które wraz z proklamowaniem niepodległości przyjęły ustrój republikański, pomimo, że Waszyngtonowi proponowano wstąpienie na tron, Kanada była i pozostaje monarchią. Kiedyś oczywiście wszystko było jasne, bo Kanada wchodziła w skład Imperium Brytyjskiego, więc de facto nie była nawet niezależnym państwem. Pomimo, że w 1867 roku parlament brytyjski ustanowił utworzenie Kanady jako osobnego bytu państwowego, Kanadyjczycy nadal pozostawali obywatelami brytyjskimi i posługiwali się brytyjskimi paszportami. To zmieniło się dopiero po wojnie, kiedy Imperium Brytyjskie się rozpadło. Dopiero w 1982 Kanada wprowadziła w życie swoją własną konstytucję, zachowując ciągłość monarchii i członkostwo w Brytyjskiej Wspólnocie Narodów.

Z powodu zawirowań historycznych Kanada ma teraz stare i nowe symbole państwowe. Na codzień hymnem jest co prawda “O Canada”, ale kiedy z wizytą zjawia się królowa obowiązuje “God Save the Queen”…


Do 1965 w Kanadzie używano albo flagi brytyjskiej, albo jednego z dwóch wariantów Canadian Red Ensign:


Dopiero w 1965 parlament w Ottawie zatwierdził znaną wszystkim biało-czerwoną flagę z klonowym liściem. Ta flaga obowiązuje do teraz, ale na obiektach historycznych dalej wiesza się brytyjską Union Jack albo starą flagę kanadyjską. Natomiast kiedy zjawia się królowa to wieszana jest kanadyjska flaga królewska, która wygląda tak:


Na codzień w Kanadzie monarchia nie wysuwa się na pierwszy plan i o tym, że naszą głową państwa jest królowa przypominają głównie monety i banknoty dwudziestodolarowe. Również paszporty kanadyjskie mają na okładce nie liść klonowy ale herb królewski z sentencją “Od morza do morza”:


O ile w życiu codziennym poza symboliką monarchii nie widać, to cały ustrój polityczny, prawodastwo i inne oficjalne strefy życia są oparte na monarchii właśnie. Wszystkie prawa i ustawy w każdej prowincji są pisane w imieniu królowej. Formułka używana do tego celu wygląda następująco:
ELIZABETH THE SECOND, by the Grace of God of the United Kingdom, Canada and Her other Realms and Territories Queen, Head of the Commonwealth, Defender of the Faith. (ELŻBIETA II, z Łaski Bożej Zjednoczonego Królestwa, Kanady i Jej pozostałych Włości i Terytoriów Królowa, Głowa Wspólnoty Narodów, Obrońca Wiary). Jak widać podchodzi się do sprawy całkiem poważnie:)

Wszystkie sprawy sądowe w których stroną jest państwo prowadzonę są w imienu Korony. Do Korony należy praktycznie wszystkie włości w Kanadzie, które nie są własnością prywatną albo nie należą do plemion indiańskich albo Inuitów. Wreszcie każdy naturalizowany obywatel Kanady musi złożyć przysięgę obywatelską, w której zobowiązuje się do bycia wiernym królowej i jej następcom.

Mnóstwo śladów monarchii można też znaleźć w nazewnictwie ulic, miejscowości i innych obiektów geograficznych. Poczynająć od Victorii, która jest stolicą Kolumbii Brytyjskiej, poprzez nieskończoną ilość ulic, parków i skwerów z nazwami Queen, King, Victoria, Edward, Elizabeth, aż do nazw “królewski” w instytucjach. Z tych ostatnich najbardziej znaną jest oczywiście Królewska Kanadyjska Policja Konna (Royal Canadian Mounted Police, potocznie zwana Mounties), czyli kanadyjski odpowiednik FBI. Ale jest też Royal Canadian Legion w każdym mieście, są Królewskie Ogrody Botaniczne, w Toronto mamy Szpital Księżniczki Małgorzaty (Princess Margaret Hospital) i tak dalej i tak dalej.

Jak w każdym kraju który jest monarchią częśc społeczeństwa to zdeklarowani republikanie, którzy uważają, że monarchia jest instytucją anachroniczną i jedynie zamiana w republikę jest właściwym rozwiązaniem. Muszę przyznać, że nie za bardzo wiem dlaczego niby republika miałaby być lepsza. Koronne (sic!) argumenty republikanów to zazwyczaj koszty oraz to, że monarchia nie jest demokratyczna, bo nie każdy może zasiąść na tronie. Ten pierwszy argument jest bez sensu, bo utrzymanie monarchii kosztuje każdego Kanadyjczyka coś koło $1 z hakiem na rok, prezydent bez wątpienia kosztowałby więcej. Argument o tym, że mało demokratyczna też mnie za bardzo nie przekonuje, bo w większości demokratycznych krajów o ustroju republikańskim prezydentami nie zostają ludzie z ulicy, ale członkowie elit, najczęściej prawnicy. W Kandzie póki co nikt poważnie o zniesieniu monarchii nie myśli, zresztą jest to praktycznie niemożliwe, bo trzeba by zmieniać wszystko, od konstytucji poczynając. A zmiana konstytucji jest właściwie niewykonalna, bo każda kanadyjska prowincja ma prawo veta. Tradycyjnie prowincje atlantyckie były i są bardzo anglosaskie i monarchia jest częścią ich dziedzictwa kulturowego w o wiele większym stopniu niż ma to miejsce w kosmopolitycznym Ontatio. Nie ma więc praktycznie możliwości, żeby PEI albo Nowa Szkocja się zgodziły na zmianę systemu. Poza wszystkim jednak monarchia jest jedną z niewielu rzeczy, które tak naprawdę odróżniają Kanadyczyków od Amerykanów i Kanadyjczycy zdają sobie z tego sprawę. Przez to zapał do zmiany status quo jest niewielki, co mnie osobiście cieszy, bo uważam, że monarchia konstytucyjna to doskonały wynalazek. Póki co, Happy Victoria Day i Long Live the Queen!



Prawie lato – varia


Dzisiaj będzie poszarpanie, bo różne myśli mi się kołaczą po głowie.
***
Wszlekie znaki na ziemi i w niebie wskazują, że wielkimi krokami do Toronto zbliża się lato. Sąsiad Bob brzdąka wieczorami na gitarze, szopy pracze zaczęły na naszej ulicy robić regularny Blitzkrieg z koszami na śmieci, kwitną bzy, pojawiły się komary, a nasz pies przestawił się w tryb kaniny kanikułowej. Polega to na tym, że ze spaceru wraca zipiąc i sapiąc jak lokomotywa z nieśmiertelnego wiersza Tuwima. Od dwóch dni zaczął też spędzać sporo czasu na podłodze w łazience, bo wyraźnie go to chłodzi. Ja chłodzę się zimnym Upper Canada Lager.
***
M. poleciała za wielka wodę, gdzie o lecie póki co nikt nie myśli, bo kolejne fale powodziowe przechodzą tu i ówdzie. Rodzice posłali mi zdjęcie z Zaolzia i wygląda to naprawdę nieciekawie. Mam nadzieję, że w końcu przestanie lać. To pierwsza wizyta M. za wodą od czterech lat, więc bardzo jestem ciekaw jej wrażeń i zdjęć. Póki co przez kolejny tydzień z hakiem będziemy prowadzić gospodarstwo w składzie męskim.
***
Mamy długi weekend, jak co roku zresztą. W poniedziałek Kanada obchodzi oficjalne urodziny królowej Wiktorii…

… a więc long live the Queen, zarówno Wiktoria (metaforycznie rzecz jasna) jak i Elżbieta. Ta druga przyjedzie w lipcu Kanady, więc może nam się uda ją zobaczyć w Toronto. Prawdopodobnie mianuje nowego Gubernatora Generalnego (vice regenta), bo kadencja obecnej GG Michaëlle Jean dobiega końca.
***
Od lipca w Ontario i Kolumbii Brytyjskiej idą w górę podatki. W Ontario zamiast dwóch podatków, GST (5%) i PST (8%) będziemy mieć jeden HST (13%). Niby nie ma różnicy, tyle, że teraz za wiele produktów i usług płaci się tylko GST, więc sporo spraw zdrożej z dnia na dzień o 8%. Mam nadzieję, że rządząca naszą prowincją Partia Liberalna dostanie za to po uszach przy następnych wyborach.
***
Słucham ostatnio sporo fajnej muzyki z pogranicza gatunków, najczęściej to pogranicze folku, bluesa, alt-country, bluegrassa i czegoś tam jeszcze. Prawie na okrągło lecą mi różne płyty Slim Cessna’s Auto Club a dzisiaj trafiłem na coś równie niesamowitego, a mianowicie Legendary Shack Shakers, którzy grają coś co się nazwa swamp coś tam. Rewelacja jak dla mnie. W ogóle jestem zafascynowany tym co robią muzycy na amerykańskim Południu, zwłaszcza w okolicach Denver. Nie dość, że muzyka bardzo oryginalna to jeszcze słowa są bardzo niezwyczajne. Sporo jest w tym bardzo metaforycznych i przewrotnych odwołań do ludzkiej kondycji, etyki i religijności. Sporo też ciemnych klimatów i trudnych tematów, taki południowy gotyk. Może to co napisałem brzmi nieco górnolotnie, ale tak właśnie tę muzykę odbieram.
Ale sami posłuchajcie… Najpierw “Pinetree Boogie”


Potem “CB Song”

I jeszcze “No Such Thing”


Na koniec proponuję jeden smakowity kawałek Slim Cessna’s Auto Club i jeden kawałek Munly’ego z Munly & The Lee Lewis Harlots, którego muzykę już tu kiedyś prezentowałem:
“Children of the Lord”


Big Black Bull Comes Like A Caesar



Majowa plucha i lektury na lato.


No i mamy klasyczną torontońską aurę. Zwykle od poniedziałku do piątku jest słonecznie i ciepło, po czym kiedy zbliża się piątkowy wieczór matka natura/bogowie/kosmici/spiskowcy nasyłają nad naszą część Ontario chmury, wiatry, ulewy i fale zimnego powietrza. Właściwie tak właśnie to wygląda, mniej lub bardziej regularnie, od kilku dobrych tygodni. Czasem oczywiście natura/bogowie/kosmici/spiskowcy robią wyjątki od reguły i akurat ten tydzień jest cały nad wyraz nieprzyjemny. Może to dlatego, że mieliśmy wyjątkowo ciepły kwiecień, więc żeby nie było nam za dobrze maj jest zimy, nieprzyjemny i paskudny. Kilka minut temu próbowałem wypuścić naszego psa do ogrodu, ale po kilku krokach w deszczu zrobił w tył zwrot, popatrzył się na mnie z wyrzutem i popędził do domu, żeby móc dalej spać. Jak wiadomo w czasie deszczu psy się nudzą a nasz do tego zwykle chrapie głośno i śpi głęboko, rozkoszując się swoimi pieskimi snami.

Oczywiście nie poddajemy się żywiołom i dzielnie stawiamy opór aurze. Dzisiaj na przykład rozgrzewamy się winem, a wcześniej herbatą. Poza tym od prawie dwóch miesięcy staram się jakoś ogarnąć drewno i narzędzia w moim piwnicznym warsztacie. Zwykle wprawia mnie to w pozytywny nastrój. O tym jednak może w innym wpisie.
***
Zaczyna się sezon wizytowo-rewizytowy. Jakiś czas temu moja siostra i szwagier wrócili z Polski. Z powodu islandzkiego wulkanu ich wakacje przedłużyły się o tydzień, co w sumie było całkiem miłą niespodziewajką. Niebawem za wielką wodę poleci M., potem będziemy mieć gości właściwie aż do jesieni. Mam nadzieję, że wulkan nie będzie się za bardzo awanturował i wszystkie wizyty odbędą się zgodnie z planem.
***
Robię sobie listę lektur na lato. Zwykle wracam do klasyków, czasem tych z dzieciństwa, a często sięgam po coś na co od dawna mam ochotę i jakoś nigdy mi się nie udało dotrzeć. Ostatnie dwa miesiące spędziłem w towarzystwie książek o drewnie, robieniu mebli, narzędziach i tak dalej. Na półce mam ponad czterdzieści (!) tytułów z naszej biblioteki miejskiej i kilka innych, które kupiłem tu i ówdzie. Ale powoli czas wrócić do literatury. Nie wiem czy również miewacie takie wakacyjno-letnie ciągi literackie, ale mnie zawsze to dopada, choć język, styl i gatunek zależą od mojego nastroju. Kilka lat temu wzięło mnie na przykład na dwie części doskonałych opowiastek kryminalnych Jiřího Marka. Najpierw przeczytałem “Panoptikum grzesznych ludzi”, którą to książkę zupełnie przypadkiem znalazłem kiedyś w jakichś dziwnych okolicznościach, których już teraz zupełnie nie pamiętam. Doskonała lektura, a polski przekład jest bardzo przyzwoity, to takie kryminały w starym stylu. Potem pobiegłem do mojej biblioteki uniwersyteckiej i wypożyczyłem inny tom po czesku (Panoptikum Města pražského) i pochłonąłem go w ciągu kilku dni. To mi przypomina stare dzieje kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Alexandra Dumas’a… To był rok bodajże 1985 albo tak jakoś. W bibliotece miejskiej mieliśmy “Trzech muszkieterów”. Wziąłem sobie tę książke do dziadków do Stonavy. No i oczywiście po kilku dniach skończyłem, z wypiekami na czole i policzkach. Ale nie miałem drugiej części a do dziadków pojechałem na kilka tygodni, więc nie za bardzo wiedziałem co mam robić. Byłem zapisany, dosyć nieformalnie, do niestniejącej już biblioteki w nieistniejących Łąkach nad Olzą (Louky nad Olší – swoją drogą wstyd, że w Wikipedii nie ma wpisu na ten temat po polsku…). Bibliotekę prowadziła dobra koleżanka moich dziadków, Pani Wanda. Pojechałem więc na rowerze babci do biblioteki z nadzieją na dalszy tom. Okazało się, że owszem, mają drugą częśc, ale tylko po czesku, bo po polsku akurat ktoś wypożyczył. Machnąłem ręką i wziąłem. W domu zaraz się zabrałem do lektury i poszło mi dosyć gładko, z czego oczywiście byłem bardzo zadowolony, bo do tej pory po czesku czytywałem głównie bajki i książki “dla dzieci”. Kiedy czytałem drugą częśc zupełnie przypadkiem znalazłem na strychu w szafie z książkami (u dziadków na strychu była fantastyczna szafa z książkami) trzecią część opowieści o muszkieterach, co ciekawe również po czesku. Ciekawe o tyle, że w domu dziadków większość książek była po polsku. Po skończeniu “Dwudziestu lat później” zabrałem się więc za “Vice-hrabiego…”, ale jakoś mnie znudziła, bo oczywiście spodziewałem się tych samych bohaterów a tu wszystko się pozmieniało. Nie miałem serca do tej trzeciej części i do tej pory jej nie przeczytałem, za to popędziłem z powrotem do Pani Wandy i za jej rekomendacją wypożyczyłem sobie “Hrabě Monte-Christo” czyli rzecz jasna “Hrabiego Monte Christo”, znów po czesku. Oj co to była za lektura. Jeszcze większe wypieki na twarzy, nieprzespane noce i intryga rozwijająca się szybko na kartach powieści. Do tej pory pamiętam jaką frajdę mi sprawiał ten grubaśny tom. Od tamtej pory nie czytałem go ani razu w żadnym języku, ale właśnie zacząłem sobie robić listę książek na lato i to jedna z pozycji na mur beton. Tyle, że tym razem po angielsku, czyli “Count of Monte Cristo,” bo nie mam dostępu do czeskiej wersji. Jeśli kiedyś nauczę się dobrze francuskiego to głównie dla tej książki. Nie uważam twórczości Dumasa za wybitną literaturę, ale muszę przyznać, że Monte Christo to mistrzowska opowieść o zemście. Ciekawe jak mi się ją po dwudziestu z hakiem latach będzie czytać…

Na mojej liście poza Dumas wpisałem coś Pilcha (Narty Ojca Świętego? Moje pierwsze samobójstwo?), Krajewskiego (“Śmierć w Breslau” i dalsze części), Stasiuka (“Jadąc do Babadag”), Dehnela (“Lala”) i… Sherlocka Holmes’a. Dobrze zapowiada się też najnowszy Škvorecký, który żeby było zabawnie, mieszka od lat w Toronto. Dosyć eklektycznie i dosyć nietypowo, bo od lat czytam głównie po angielsku, ale chyba mam teraz potrzebę sięgnięcia do “źródeł” (stąd Dumas i Doyle) i do książek w jakichś słowiańskich językach, żeby całkiem nie zatracić językowego wyczucia, co niestety każdej osobie na emigracji prędzej lub później grozi. Od jakiegoś czasu chodzi też za mną Singer, tyle, że nie za bardzo wiem w jakim języku go czytać. Mam wrażenie, że angielskie przekłady są uproszczone (przynajmniej takie czytałem opinie), po polsku wydawał mi się nudny a jidysz nie znam. Wpadło mi do głowy, żeby się dla Singera nauczyć czytać w jidysz. Nie wydaje mi się to bardzo trudne, bo w końcu jidysz podobny jest do niemieckiego, ale moja doba musiała by mieć chyba 60 godzin. Może kiedyś. Ktoś ma jakieś doświadczenia z Singerem albo jidysz? Proszę o rekomendacje.
***
Skoro już o pisarzach mowa, to wpadła mi jakiś czas temu do ręki książka Olgierda Budrewicza “Z Polską w sercu – opowieści o ludziach niezwykłych.” To seria reportaży-wywiadów Budrewicza z ciekawymi Polakami, którzy z takich czy innych względów znaleźli się na emigracji, ale nie tylko. Wśród rozmówców znalazł się między innymi właśnie Isaac Bashevis Singer. Bardzo ciekawa rozmowa i niezwykle ciekawa postać pisarza wyłania się z reportażu Budrewicza. Zafascynowało mnie to, że człowiek, który całą młodość spędził w Polsce, doskonale znał polski i wielokrotnie pisał o Polsce z nostalgią właściwie niczego po polsku nie napisał. Podobnie sprawa się miała z Franzem Kafką, który również świetnie znał czeski i wychował się w Pradze, ale pisał tylko po niemiecku. Wracam jednak do Budrewicza – gorąco polecam, bo ludzie z którymi rozmawiał to naprawdę niezwykle ciekawe postacie. Chyba będę musiał przeczytać całość.
***
Wspomniałem wyżej Sherlocka Holmesa. Ci którzy mnie znają prywatnie wiedzą, że od “zawsze” jestem wielkim miłośnikiem kryminałów. Z Holmes’em zetknąłem się jeszcze w szkole podstawowej a podczas jednej z wizyt u Pani Wandy w łęckiej bibliotece wypożyczyłem sobie “Psa Baskervillów”, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza, że dom moich dziadków, jak wiele starych domów, potęgował atmosferę grozy. Później nie wracałem już do twórczości A. Conan Doyle’a i nigdy nie czytałem go po angielsku, ale ostatnio coś mnie naszło na powtórkę. Poniekąd, ale tylko do pewnego stopnia, to wpływ filmu, który obejrzeliśmy kilka dni temu. Muszę przyznać, że choć bardzo lubię to co robi Guy Ritchie i “Snatch” widziałem chyba z dziesięć razy, wydawało mi się, że jego Holmes będzie kiepski, może to wina migawek, które obejrzałem w internecie. Bardzo przyjemnie się rozczarowałem, bo film jest nie tyko bardzo ładnie zrobiony (wiktoriański Londyn jest naprawdę wspaniały) ale do tego reżyser i aktorzy podeszli do literackiego klasyka ze zdrowym dystansem, co bardzo odświeżyło całość. Jeśli ktoś nie widział to bardzo polecam, dialogi są zabawne, jak zwykle u Ritchiego, aktorzy mają widoczną frajdę z tego co robią a sam scenariusz też niczego sobie. I jeszcze doskonała muzyka, w tym kilka bardzo fajnych kawałków jak ten…



…i kilka soczystych irlandzkich kawałków The Dubliners, ot choćby to…


Ten film na pewno znajdzie się w naszej kolekcji. A teraz oczywiście mam ochotę przeczytać całego Doyle’a od deski do deski…
***
Na zakończenie chciałem się z Wami podzielić dosyć nową piosenką Voo Voo, tym razem z muzykami z Ukrainy. Mnie się podoba, jak większość twórczości Waglewskiego. Podziwiam jego eklektyzm. Tym którzy nie znają kto zacz przypominam “Kolegów” i “Kasztanki“, do posłuchania w linkach.