Ława stolarska i trochę językowego humoru dla odmiany…


Udało mi się skończyć pierwszy projekt i zbudowałem sobie solidną ławę stolarską. Teraz robię drzwi do szafy, co pewnie trochę mi potrwa, ale co tam. Oto ława:

***
Przez wydarzenia ostatnich tygodni nie za bardzo miałem ochotę pisać coś w swoim własnym blogu, za to toczyliśmy długie dysputy na temat katastrofy, żałoby i innych spraw w Salonie Nowojorskim.
***
Pewien nasz znajomy wstawił linka i wczoraj obejrzeliśmy z M. Fantastyczne, o ile kogoś bawią językowe żarty. A więc proszę bardzo, szkocki akcent, winda i “jedenaście”…



Drewno i metal


Semestr się skończył, tak więc mogę się zabierać do robienia czegoś z drewna. Póki co chciałem Wam przedstawić moje nowe-stare narzędzia i maszyny. Jeszcze nie zdążyłem ich wypróbować ani naostrzyć, ale udało mi się pstryknąć kilka fotek. Proszę bardzo:)

Mój pierwszy osobisty hebel, bardzo cięzki, waży ponad dwa funty…


I jeszcze hebel z innej perspektywy…


Calówka — Zollstock bardzo starej amerykańskiej firmy Lufkin z Ohio. Mój dziadek miał bardzo podobną, tyle że niemiecką.


Inne ujęcie tejże calówki


Stare dłuta kanadyjskie, amerykańskie i angielskie…


I te same dłuta od facjaty…


Teraz czas na sprzęt cięzki, czyli moja pierwsza piła tarczowa, legendarna Ryobi BT3000. Precyzyjny sytem do cięcia drewna:)
Krajzyga

Zbliżenie pierwsze…
Krajzyga - ostrze

I drugie…


A na koniec heblarka (kątowa?) – nie mam pojęcia jak to się po polsku nazywa, po angielsku to jointer-planer.


Jest tego więcej, bo nie przedstawiłem Wam całej kolekcji, ale może na dzisiaj wystarczy. Póki co w przedpokoju czeka na mnie sterta drewna, którą w czasie weekendu mam zamiar przerobić na ławę stolarską.



Wiosna, panie dzieju (i koniec semestru…)


Słońce świeci jakby mniej ostrożnie, wiewiórki baraszkują coraz śmielej po naszej zieleniejącej się wierzbie, ptaki śpiewają coraz głośniej, skunksy się obudziły i znowu trzeba będzie pilnować psa… Jednym słowem wiosna pełną gębą. Dzisiaj spojrzałem z okna w pracy i się zdziwiłem, bo coś mi się wydaje, że zakwitły japońskie wiśnie, czyli sakury. Muszę wrzucić aparat do plecaka…
***
Jutro ostatni dzień zajęć w tym semestrze. Chwilowo mam dosyć, zwłaszcza, że na niektórych zajęciach czuję się jak na wykładach z indoktrynacji politycznej i prania mózgu. Jestem rozczarowany tym o czym się mówi na zajęciach, zwłaszcza, że na poprzednich studiach było neutralnie, więc teraz indoktrynacja, skrajna poprawność polityczna i lewicowy radykalizm napawają mnie niesmakiem. Moim skromnym zdaniem uczelnia powinna być neutralnym miejscem gdzie przedstawia się różne sposoby spojrzenia na świat, tymczasem coraz częściej zauważam, że neutralność została zastąpiona przez “progresywnych” profesorów, którzy zachowują się jak młodociani aktywiści a nie intelektualiści ciekawi świata. To temat na osobny post, ale może kiedy indziej, chwilowo mam dosyć. Z jednej strony paranoja i coraz większa kontrola państwa nad obywatelami, z drugiej coraz większy nacisk na prawa różnych grup interesu kosztem praw jednostek. Jako żywo Orwell się kłania. Może jednak obywatele zaczynają mieć powoli dosyć, bo ostatnio zaczęły się pojawiać jako te pierwsze jaskółki oznaki tego, że tolerancja, multikutluralizm i akceptacja radykalnych zachowań mają swoją granicę, przynajmniej w Quebecu. Ale w Ontario też jakby coś zaczęło się zmieniać.
***
Wczoraj dostałem paczkę. Kupiłem na Ebayu trochę narzędzi stolarskich od pewnego człowieka z Ontario. Jeszcze kogoś takiego nie spotkałem, choć na Ebayu kupuję i czasem sprzedaję od naszego przyjazdu do Kanady. Po zakończonej aukcji na której udało mi się wygrać bardzo ciekawą starą calówkę (po śląsku, po polsku to metr storlarski składany) posłał mi listę innych narzędzi które ma na sprzedaż. Nie wiem jak to zrobił, ale udało mu się sprzedać mi więcej narzędzi i skończyło się na tym, że wydałem $75 a dostałem cieżką paczkę, w której było sześć porządnych starych dłutek, jeden cięzki hebel w bardzo dobrym stanie i calówka, którą wygrałem na początku. Niesamowity dar sprzedaży, zwłaszcza, że obie strony są bardzo zadowolone z transakcji…
***
Poza tym wczoraj dotarła do nas inna paczka — jest w Kanadzie (dopisuję) w Kanadzie i Stanach księgarnia wysyłkowa, która się specjalizuje w sprzedaży tanich, nowych ksiażek. Zwykle to tytyły, których wydawcy chcą się pozbyć z magazynów albo ostatnie egzemplarze, jednym słowem tania książka. Tyle, że mają ogromny wybór, doskonałe ceny i od czasu do czasu dodatkowe wyprzedaże i kupony zniżkowe. Mają magazyny po obu stronach granicy, więc można zamawiać i z Kanady i ze Stanów. Zamówiliśmy z M. stertę książek o fotografii, robieniu mebli i narzędziach stolarskich:) Piszę jakbym robił im reklamę, ale naprawdę bardzo lubię tę księgarnię. Polecam, ich adres to http://www.bookcloseouts.com/. Powinienem dodać, że owe wspomniane kupony często oferują w sieci, wystarczy wygooglować…
***
A na koniec dwie przyjemne piosenki, które ostatnio za mną chodzą. Najpierw Slim Cessna’s Auto Club i Children of The Lord…



A potem Tom Waits i Fumblin With the Blues…



Święta bezświętne



Zajączki własnoręcznie zrobiła moja mama:)

Mamy środę wieczór, podobno była Wielkanoc? Ależ ten czas ucieka… Ponieważ jesteśmy z M. z tych niereligijnych to zawsze mamy problemy z obchodzeniem Wielkanocy. W odróżnieniu od Bożego Narodzenia, które można obchodzić na zasadzie świąteczne potrawy, choinka, podarki, bycie razem i atmosfera rodzinna, Wielkanoc z racji swojego przesłania jest jakby cięższego kalibru i nie za bardzo wiadomo co z tym zrobić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Wielkanoc to w sumie zaadoptowane pogańskie święta przesilenia wiosennego i pisanki, bazie a także Śmigus Dyngus to pogańskie rytuały w nowym opakowaniu, ale nie zmienia to faktu, że jakoś zawsze w czasie Wielkanocy czuję się mniej świątecznie niż zimą, choć podoba mi się pomysł świętowania odradzającej się przyrody (dla jednych) albo odradzającego się Chrystusa (dla innych).

W sumie należy z kronikarskiego poczucia obowiązku podkreślić, że tegoroczne święta były nietypowe, bo nad kościołem katolickim zebrały się czarne chmury a w Ontario przyroda spłatała wszystkim prawdziwego figla i zafudnowała nam kilka dni upalnej pogody. Trawa sie zazieleniła, zakwitły forsycje i tulipany a w naszym ogrodzie pojawiły się pierwsze kwiaty – małe granatowe, nazwy oczywiście nie pamiętam. Wracając do chmur nad kościołem — postanowiłem z ciekawości spojrzeć do polskich wiadomości w internecie, żeby zobaczyć czy i co piszą. I jakież było moje zdziwienie, bo tutejsza prasa i telewizja od kilku tygodni huczą o paskudnym chowaniu pod watykańskie dywany licznych przypadków molestowania dzieci przez księży, tymczasem w polskich wiadomościach temat jakby nie istniał. Smutne, ale chyba niczego innego się nie spodziewałem.

Wracam jednak do świąt-nieświat. Wielki Piątek (Good Friday) jest w Kanadzie świętem federalnym, więc mieliśmy wolne. Wypiliśmy sobie pierwszą w tym roku kawę na świeżym powietrzu a potem Magda wykorzystała letnią pogodę, żeby zrobić w ogrodzie wiosenne porządki.Na podobny pomysł wpadła większość naszych sąsiadów, więc w ogrodach było dosyć gwarno, zwłaszcza, że nasz sąsiad J. od czwartku zaczął budować w swoim ogrodzie szopę. Ja miałem dużą ochotę zabrać się za zrobienie ławy stolarskiej, ale niestety miałem do napisania dwie ostatnie prace na koniec semestru, więc prawie cały piękny dzień przesiedziałem przed komputerem. Po południu wzięliśmy psa na spacer do parku i oboje się przewietrzyliśmy. Za to wieczorem dla odmóżdżenia obejrzeliśmy sobie odcinek Ally McBeal, bo moja siostra pożyczyła nam cały pierwszy sezon. Kiedyś tam jeszcze w Polsce obejrzałem ze trzy cztery odcinki ale teraz wydaje mi się to o wiele bardziej zabawne, bo zupełnie inaczej się to odbiera w realiach kanadyjskich, zwłaszcza kiedy ma się żonę, która pracuje w dużej firmie prawniczej:)

W sobotę rano pojechaliśmy do polskiego sklepu po żurek, trochę kiełbasy, pasztet drobiowy i chleb. Pasztet był pyszny. Kiełbaski kupiliśmy na wieczór, bo mieli do nas przyjśc znajomi, których poznaliśmy pod koniec zeszłego roku, swoją drogą przez tego bloga. Oboje są przesympatycznymi ludźmi ale są bardzo zajęci, więc osatnio widzieliśmy się podczas poprzednich świat…

Przymierzałem się do upieczenia pecynka, jak w zeszłym roku, ale jakoś się nie mogłem zebrać i skończyło się na drożdzowej chałce z szafranem. Kiedy wieczorem przyszli A&M upiekliśmy kiełbaski na grillu i gadaliśmy przy piwie do późna. Tak minęła sobota. W niedzielę musiałem dalej pisać nieszczęsne eseje, ale chciałem jak najszybciej skończyć, więc postanowiłem się sprężyć. M. sobie czytała a wieczorem zrobiliśmy kwaśny śląski żurek z podsmażaną kiełbasą, tłuczonymi ziemniakami, podpieczonym bekonem i cebulą. Mniam… Dobre, ale ciężkie, w sam raz od święta.

No i tak nam minęła Wielkanoc. Nie było specjalnych potraw, za to mieliśmy trochę ciekawych dekoracji, w tym ręcznie zrobione przez moją mame, która specjalizuje się w takich cimcilimci, jak sama to nazywa, i zawsze można na nią liczyć w kwestii zaopatrzenia świątecznego (dziękuję!).

Jak widzę Atsaniki spędziły je w terenie, Aneta poleciała z mężem do Irlandii a reszta blogowiczów nie mam pojęcia jak, bo nie miałem czasu czytać…