Arts & Crafts


Zarówno Kanada jak i USA to kraje, w których prawie każdy, bez względu na dochody, wykształcenie, czy miejsce zamieszkania może bardzo łatwo zająć się jakimś hobby. Są oczywiście od tej reguły wyjątki, bo trudno sobie wyobrazić mieszkańca White Horse (Yukon) zajmującego się ogrodnictwem albo mieszkańca Arizony pływającego w każdy weekend na kajaku jak pewna pasjonatka z Syracuse, ale poza rzadkimi przypadkami ekstremalnymi kiedy geografia, klimat, miejsce zamieszkania albo inne żywioły stoją na przszkodzie, reguła pozostaje taka sama: chcesz się czymś zająć, nie ma sprawy. Czasem oczywiście wymaga to sporo nakładów i cieprliwości, ale najczęściej pozostaje dostępne.

Chcesz sobie kupić harleya i poczuć się jak easy rider? Nie ma sprawy. W każdym większym mieście, a w tym konkretnym przypadku również w małych miasteczkach znajdziesz innych, którzy ci doradzą, pomogą i nakierują. Nie masz pieniędzy na nowy sprzęt? Nie ma problemu, od czego jest nieśmierteleny Craigslist i wyprzedaże garażowe. Może twój pierwszy motocykl nie będzie błyszczal jak harleye bajkerów z Hell’s Angels, ale na pewno dasz radę skompletować coś na czym da się jeździć i znajdziesz innych, którzy mają takie same zachcianki. Chcesz się zająć fotografią? Proszę bardzo, setki czasopism, stron internetowych, forów i klubów czeka na ciebie. Lubisz warzyć piwo? Nic prostszego, wszystkie potrzebne składniki dostaniesz w internecie i specjalnych sklepach dla hobbystów. Oczywiście stosowne kluby i fora ci pomogą. Chcesz robić biżuterię? Ależ proszę bardzo, poza tuzinem tytułów w księgarniach i antykwariacie twoja biblioteka publiczna na pewno będzie mogła ci służyć jakimiś pozycjami na temat. A wszystkie potrzebne materiały zamówisz przez telefon, kupisz w sklepie albo znajdziesz w internecie. Chcesz szyć misie artystyczne jak moja siostra? Nic prostszego. Szklane oczy oraz przeguby do rąk i nóg kupisz na Ebayu albo przez internet, pierwszych szesć-siedem książek o robieniu misiów znajdziesz w sklepach z antykami albo na wyprzedażach garażowych po $1-5 za sztukę, materiały i plusze kupisz w lokalnym składzie z tkaninami, a solidną maszynę do szycia dostaniesz w miejscowym serwisie tego typu sprzętów za bardzo przystępną cenę. No i możesz szyć. Rezultaty bardzo przytulne…



Jednym słowem Kanada i USA to raj dla tych, którzy chcą się czymś zająć. Nigdzie do tej pory nie widziałem, żeby tak wielu ludzi zajmowało się tak wielką ilością hobby jak tutaj, choćby były to sprawy tak rzadkie jak budowa maszyn z drewna, zabawne jak małpy ze skarpetek, smakowite jak robienie kiełbasek, albo zmysłowe, jak robienie świeczek i mydeł.

Nie inaczej było z moim nowym hobby. Pierwsze dwie książki, Woodworking for Dummies i The Complete Guide to Home Carpentry kupiłem po $5 za sztukę w BMV (fantastyczna księgarnia/antykwariat w Toronto) w czasie przerwy na lunch. Na półce mieli kilkadziesiąt tytułów na temat stolarstwa i robienia mebli, mniej lub bardziej specjalistycznych. Potem zamówiłem coś ze dwadzieścia książek w Toronto Public Library, znalazłem kilka dodatkowych pozycji na wyprzedaży w bibliotece (po 50 centów za sztukę) i antykwariacie (po $2-3 dolary za sztukę) i tak w ciągu dwóch tygodni zebrała mi się niezła kolekcja. Pierwszą maszynę specjalnie pod kątem stolarstwa, frezarkę, ze stołem kupiłem na wyprzedaży w sklepie żelaznym. W ten sam sposób kupiłem zestaw frezów.

Po przeczytaniu prawie trzech książek już mniej więcej wiedziałem co powinienem kupić, żeby móc zrobić stół. Stanęło na pile tarczowej i heblarce kątowej. Zacząłem więc przeglądać wyprzedaże w sklepach żelaznych, Craiglist i Kijiji, czyli wirtualne tablice lokalnych ogłoszeń. Sam też wstawiłem ogłoszenia na jednym i drugim, że szukam piły. W ciągu tygodnia dostałem kilka propozycji, sam złożyłem kilka propozycji i zadałem sporo pytań. Przeczytałem też mnóstwo porad i recenzji pił na kanadyjskich i amerykańskich portalach dla stolarzy-hobbystów. Zapisałem się do kilku. Dowiedziałem sie, że wśród kilkuset kursów, które nasze miasto organizuje dla mieszkańców, jest kilka takich, na które chciałbym się zapisać jeśli czas mi pozwoli.

W końcu w piątek pojechałem do pewnego pana, który wystawił swoje narzędzia na sprzedaż w Craigslist i kupiłem od niego porządną stołową piłę tarczową, wyrzynarkę i heblarkę kątową. Za wszystko zapłaciłem mniej, niż kosztuje sama nowa pila w sklepie, obie strony bardzo zadowolone. Dzisiaj rano wstałem szybko, bo w Home Depot mieli wyprzedaż odkurzaczy przemysłowych do warsztatów i garaży. Kupiłem też materiał na stół roboczy. Jednym słowem, po niecałym miesiącu od pomysłu na to, żeby zając się robieniem mebli mam w piwnicy stertę narzędzi, materiał na ławę, na półkach stos książek i kilka pomysłów na to czym się zajmę kiedy w końcu skończy się semestr:) A to wszystko za kilkaset dolarów, czyli kwotę którą każdy przeciętny Kanadyjczyk albo Amerykanin może poświęcić na to, żeby zacząć robić coś z niczego. Czyż nie to właśnie jest American Dream w lokalnym, kanadyjskim wydaniu? Czego by o Amerykanach i Kanadyjczykach nie mówić, duch zaradnch pionierów, którzy budowali oba kraje przetrwał w obu krajach i pomaga tym, którzy chcą realizować swoje marzenia, pasje i zachcianki.
****
Za oknem wiosna. Pąki na drzewach, w kwiaciarniach piękne tulipany a za tydzień święta. Mam zamiar upiec pecynek. Niestety nie mam jak mój tato wędzonych w domu wędlin, ale coś tam wymyślimy. Myślałem o kupieniu małego wędzarnika, ale nasz ogród jest trochę za mały:)
****
PS. Zdjęcia moich nowych-starych maszyn i tak dalej będą później.
****
Na koniec dwa kawałki muzyczne z płyt, które ostatnio cały czas za mną chodzą…

Slim Cessna’s Auto Club — Hold My Head

Jerry Garcia & David Grisman — The Thrill is Gone

i… The Kinks — Lola

Dobrej nocy:)



Co robiłem kiedy mnie nie było


Hm hm… Z komentarzy w blogu i nie tylko wynika, że stara Res Varia jakoś prawie wszystkim bardziej do gustu przypadła niż nowy, krótki eksperyment. Kajam się więc i obiecuję, że przestanę się zajmować zmianami, a zamiast tego skupię się na pisaniu o różnych sprawach, tych z Kanady, Toronto, przeszłości, terażniejszości i tak dalej, jak do tej pory. Wyznam nieśmiało, że taka forma mnie samemu również najbardziej odpowiada, bo jednorodność zdecydowanie kłóci się z moim eklektyczno-rozbieganym charakterem. Dziękuję Wam wszystkim bardzo za komentarze, dobre słowo i to, że chce Wam się tutaj od czasu do czasu zaglądać.

Kiedy mnie nie było świat oczywiście nie stanął w miejscu. Kibicowaliśmy dzielnie kanadyjskim olimpijczykom, o czym pisała już Magda, pojechaliśmy do Ottawy, udało nam się pojeździć sporo na łyżwach i raz na biegówkach. Rozpoczęliśmy kolejny sezon grillowy w naszym ogrodzie, przymierzamy się do wiosennych porządków… Poza pracą chodze na zajęcia, piszę prace, czytam po raz kolejny Chandlera dla odreagowania, czyli życie na pełnych obrotach, jak zwykle. Nie wiem czy też lubicie kryminały, ale ja, kiedy mam fazę, uwielbiam wyżej wspomnianego Chandlera i Marthę Grimes. Kiedyś lubiłem Agatę Christie, ale chyba wyrosłem i teraz trochę mnie nudzi. Wydaje mi się, że wszyscy miłosnicy kryminałów znają Chandlera, ale jeśli ktoś chce poznać to zrobię mu małą reklamę.

Chandler pisał w Kaliforni w latach czterdziestych. Głównym bohaterem jego kryminałów jest Philip Marlowe, prywatny detektyw i były policjant. Chandler swoim pisaniem zmienił sposób w jaki Amerykanie zaczęli patrzyć na samych siebie. W przeciwieństwie do sterylnych i “logicznych” kryminałów brytyjskich mistrzów gatunku, w książkach Chandlera widać amerykańskie ulice lat czterdziestych w całej krasie. Są więc skorumpowani gliniarze, prostytutki, szantażyści, milionerzy z Hollywoodu, gangsterzy mniejszego i większego gatunku, dysfunkcyjne rodziny… A to wszystko doprawione sporą dozą sarkazmu, bystrego spojrzenia na świat i autoironii w wykonaniu głównego bohatera. Dzisiaj książki Chandlera często określa się klasyką stylu noir, ale to przede wszystkim doskonałe wyczucie języka i sporo dobrej zabawy. Za każdym razem kiedy je czytam udaje mi się na chwilę przenieść do Kaliforni tamtych lat. Wiele książek Chandlera przeniesiono na ekran, ale paradoksalnie filmem który uważam za najbardziej zbliżony klimatem do świata Chandlera jest “Chinatown” Polańskiego. Ale dosyć o książkach.

Poza sprawami, o których pisałem powyżej, udało mi się w końcu zmienić imię. W przeciwieństwie do krajów w których obowiązuje prawo kodeksowe (na przykład Qebec oraz cała Europa poza UK i Irlandią), w krajach w których obowiązuje prawo zwyczajowe common law (cała Kanada z wyjątkiem Quebecu, USA, Irlandia, UK, Australia itd.) każdy może sobie zmienić imię i nazwisko kiedy tylko mu się zachce. Do tego można sobie zmienić na co się chce, o ile nie jest to obraźliwe itp. W Kanadzie imiona, tak jak wszystkie sprawy cywilne typu małżeństwa, rozwody i tak dalej, są regulowane na poziomie prowincji. W Ontario, żeby zmienić imię trzeba wypełnić podanie, dołączyć trochę papierków typu akt urodzenia, uiścic opłatę ($130) i wysłać całość do biura w Thunder Bay w północnym Ontario. Po mniej więcej sześciu tygodniach dostaje się oficjalny akt zmiany imienia i voila, od tej pory można używać nowego. Oczywiście trzeba sobie pozmieniać wszystkie dokumenty. A dlaczego to zrobiłem? Ano dlatego, że mam dosyć trudne dla anglofońskiego ucha nazwisko. Zestawienie Krzysztof + nazwisko katowało po kolei wsystkich, z którymi miałem coś do załatwienia. Magda ma łatwiej, bo po pierwsze ma inne nazwisko, po drugie jest to imię łatwe do wymowienia w wielu językach. Poza tym odkąd zacząłem się uczyć angielskiego zawsze po angielsku mówiłem i pisałem o sobie samym Chris albo Kris, więc tak też się do mnie zwracają wszyscy, którzy nie mówią po polsku. Dosyć długo się zastanawiałem czy zmienić swoje imię na Chris, Christopher czy Kris. Chciałem zachować inicjał, więć stanęło na Kris, które jest swoją drogą często w angielskim używane dla obu płci w obu pisowniach Chris/Kris. Poza tym od grudnia możemy w końcu składać papiery na kanadyjskie obywatelstwo a chcę dostać certyfikat naturalizacji już z nowym imieniem, więc chciałem to najpierw załatwić. Bardzo się cieszę i dobrze mi z tym. Przy okazji pozbyłem się drugiego imienia, które kiedyś nieopatrznie wpisałem na formularzu paszportowym i potem się za mną snuło i snuło. Było proste i łatwe do wymówienia, więc często, zwłaszcza w Turcji, ludzie mnie próbowali wołać przy jego użyciu, a ja oczywiście na nie w ogóle nie reaguję, więc…



Udało nam się też dotrzeć do kina na Alicję, ale muszę przyznać, że choć podobali mi się aktorzy i sposób w jaki to zrobiono to sama fabuła mnie rozczarowała. Wizualnie choć ładne nie umywa się do Avatara, fabularnie nie umywa się do Alicji właściwej. No trudno.

Z innych spraw, które ostatnia zaprzątają mój umysł powinienem wspomnieć jeszcze moje nowe hobby:) Jak wiecie od dawna lubię coś tworzyć z niczego, czyli na przykład piec chleb, gotować albo robić piwo. Doszedłem do wniosku, że zdecydowanie za dużo mojego czasu pożera komputer, więc dla zachowania równowagi duchowej i fizycznej chcę się zająć stolarką. Właściwie ta decyzja jest poniekąd wynikiem dwóch spraw – wspomnianej chęci oderwania się od komputera i zajęcia czymś konkretnym, ale poza tym gdzieś tam coraz częściej kołacze mi się myśl, że dobrze by było poznać jakiś konkretny fach, bo jeśli dane nam będzie przeżyć jeszcze kilka takich kryzysów jak ostatnio to świat jaki znamy może się bardzo zmienić. I może się okazać, że takie umiejętności pozwolą łatwiej przeżyć. Coraz częściej mówi się i pisze o tym, że niebawem skończy się ropa a wraz z nią zawali się cała gospodarka. Nie wierzę ślepo w takie teorie, ale racjonalnie rzecz ujmując nie da się na dłuższą metę utrzymać takiego poziomu życia jak teraz przy tym przyroście naturalnym i topnących zasobach. Poza tym nie chodzi tylko o to czy coś się wydarzy, czy nie. Kto wie czy za dziesieć lat nie będziemy mieć dosyć mieszkania w mieście i nie wyniesiemy się na wieś:) Mógłbym wtedy wędzić, hodować pszczoły, warzyć piwo i robić stoły i kredensy. No nic, zobaczymy… Póki co nabyłem frezarkę, szukam porządnej piły tarczowej i myślę o tym jak w piwnicy najlepiej urządzić mały warsztat stolarski. A poniżej porządna piła, zwana na Śląsku krajzygą, która mi się marzy na początek…



Oczywiście kiedy powiedziałem mamie, że przymierzam się do robienia mebli to pierwszą reakcją z jej strony było stwierdzenie, że sobie utnę palec jak dziadek F. albo koniec palca jak dziadek T. Nie ma to jak pozytywne myślenie…
Ale na dzisiaj dosyć tych dywagacji. A dla podtrzymania nastroju i lepszego oddania tego co się telepie w mojej duszy dwa bardzo stare acz bardzo aktualne kawałki Republiki. Ot co…



Na dobry początek…


… bardzo fajny kawałek Slim Cessna’s Auto Club, Pine Box. Kapela jest zdaje się z Denver i grają coś co bardzo trudno zaklasyfikować do jakiegoś gatunku. To rock/bluegrass/alt country/folk i americana w jednym.



No to startujemy… jeszcze raz


Po dłuższych przemyśleniach i konsultacjach z M. postanowiłem jednak pozostać przy dotychczasowej formule. Będzie więc o wszystkim po trochu, ale postaram się częściej pisać o Kanadzie. W końcu mają to być res varia a nie wikipedia o kanadzie:) Przepraszam za zamieszanie i mam nadzieję, że się nie zniechęciliście. Kiepsko u mnie ostatnio z czasem i nie mam kiedy pisać…
******
Czasem, żeby coś zmienić trzeba zacząć od początku. Pisanie blogów nie jest wyjątkiem od tej zasady. Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad kierunkiem i formułą mojej pisaniny i doszedłem do wniosku, że chcę spróbować od nowa i na czysto. Nie będzie do rzecz jasna całkiem nowy twór, bo dalej pozostaje pod tym samym adresem, ale zmieni się tematyka. Zauważyłem, że sporo ostatnio pisalem o przeszłości, tymczasem mieszkamy z M. w kraju, w którym teraźniejszosć i otoczenie bardzo często zaskakują. Warto o tym pisać i dlatego postanowiłem się skupić na opisywaniu kanadyjskiej rzeczywistości, takiej jak ją widzę z mojej subiektywnej perspektywy. Praca i studia nie pozwalają mi na pisanie tak często jak bym chciał, poza tym chcę w końcu założyc bloga po angielsku, który nie będzie miał nic wspólnego z Res Varią. A tutaj będzie o Kanadzie, kraju, który dla setek tysięcy imigrantów, takich jak M. i ja, stał się prawdziwym domem.

Wszystkim którzy czytali starą Res Varię bardzo dziękuję. Nigdy nie myślałem, że przez bloga poznam tylu wspaniałych ludzi. Mam nadzieję, że nowa formuła nie zniechęci Was do czytania.

Cały stary blog przeniosłem do archiwum. Będzie tam sobie siedział i jeśli ktoś ma ochotę wrócić do jakiegoś tekstu albo posłuchać muzyki to zapraszam.



O stolicy słów kilka – I


Zacznijmy od stolicy, czyli podróż do Ottawy.
Od samego początku swojego istnienia Kanada oparta jest na kompromisach. Kompromisem było przecież choćby to, że amerykańskie kolonie Wielkiej Brytanii i Francji pokrojono na dwie duże części. Mieszkańcy jednej postawili na rewolucję, która przyniosła im niepodległośc i wolną republikę pod gwiaździstym sztandarem. Północ wybrała lojalność wobec korony i powolną, ewolucyjną drogę do własnej tożsamości. Kiedy na południu kolejne fale imigrantów wtapiały się w ‘amerykański kocioł’ na północy toczyła się debata na temat kształtu Brytjskiej Północnej Ameryki. Mijały kolejne dekady a debata toczyła się dalej. Dyskutowano po francusku i angielsku o przyszłości kraju, który nazwano Kanadą. Uczestników debaty mówiących po angielsku było więcej, ale to frankofoński Montreal był największym miastem i najważniejszym ośrodkiem gospodarczym nowego kraju. Trudno się dziwić, że debata była trudna.



Kiedy w końcu obie strony doszły do kompromisu i zgodziły, że powstanie nowy kraj, Dominium Kanady, formalnie podległy brytyjskiej koronie ale cieszący się sporą autonomią , pojawił się problem: gdzie ma być stolica. Motreal był dobrym kandydatem, ale taki wybór nie pasował anglojęzycznym mieszkańcom. Inne kandydatury nie satysfakcjonowały frankofonów. Jedni i drudzy poprosili więc w 1857 roku królową Wiktorię, żeby pomogła wyznaczyć stolicę kanadyjskiego Dominium. Królowa i jej doradcy wybrali rozwiązanie kompromisowe. Stolicą Kanady została położona na granicy dzisiejszego Ontario i Quebecu Ottawa. Wybór wydawał się być idealny, bo położona dogodnie na rzece Ottawa leży mniej tak samo daleko od Montrealu i Toronto, z którymi od połowy 19 wieku ma połączenie kolejowe. Poza tym miasto ma jeszcze jeden bardzo ważny atut. W przeciwieństwie do Toronto i Montrealu Ottawa leży dosyć daleko od granicy amerykańskiej, co po doświadczeniach wojennych kiedy to armie obu rywali paliły nadgraniczne miasta wydawało się bardzo roztropnym wyborem.



Dzisiejsza Ottawa tylko w niewielkim stopniu przypomina miasto z czasów królowej Wiktorii. Sporą częśc starych budynków, w tym całe wzgórze parlamentarne (Parliament Hill) zniszczyły pożary i surowy klimat. Do tego w latach siedemdziesiątych, jak w wielu miastach na świecie, w Ottawie królował w architekturze surowy, betonowy brutalizm. Ponieważ w mieście ma swoją siedzibę nie tylko parlament i rząd ale również większość urzędów federalnych rozrastająca się biurokracja przekształciła ottawską rzeczywistość w gigantyczne biuro.



Choć Ottawa ma tylko trochę więcej mieszkańców (812 tys.) niż Kraków (754 tys.), jest od tego ostatniego o wiele bardziej rozległa, głownie przez to, że poza centrum właściwie nie ma bloków. Niska zabudowa sprawia, że miasto wydaje się mało ‘wielkomiejskie’ i bardzo spokojne. W odróżnieniu od Toronto na ulicach nie widać tłumów a sklepy, bary i restauracje szybko się zamykają, co głodnego turystę może doprowadzać do frustracji.



Ottawa jest chyba jedynym w Kanadzie miastem prawie całkowicie dwujęzycznym. I to nie tylko dlatego, że prawie wszystkie napisy są w obu oficjalnych językach Kanady, ale przede wszystkim z powodu mieszkańców, których większość wydaje się płynnie posługiwać zarówno francuskim jak i angielskim, ewenement spotykany poza Ottawą właściwie tylko w Montrealu i niektórych miejscach Nowego Brunszwiku, przy czym w Montrealu mówienie po angielsku jest tolerowane ale bynajmniej nie akceptowane, bo jak wiadomo władze Quebecu mają na punkcie języka alergię.



Przez miasto bardzo malowniczo przepływa kanał Rideau, który wpada do granicznej rzeki Ottawy. Po drugieh stronie rzeki jest Quebec i Gatineau, zwane kiedyś Hull. Co prawda Gatineau i Ottawa są częścią tej samej, stolicznej metropolii, ale każde z nich ma swoje własne władze, a z racji położenia w innych prowincjach także prawo, podatki i święta urzędowe na przykład.

Centralnym punktem Ottawy jest Wzgórze Parlamentu, trochę podobne do Wawelu. Na jego szczycie malowniczo położone są trzy główne budynki parlamentu federalnego, które z jednej strony otacza rzeka Ottawa a z drugiej Urząd Podatkowy, Królewska Mennica, Grób Nieznanego Żołnierza i ambasada amerykańska. Zaraz obok mają swoje filie wszystkie główne instytucje kanadyjskie, których główne siedziby bardzo często znajdują się w Toronto, czego przykładem są na przykład banki i radio i telewizja CBC. Za ambasadą amerykańską, na terenie starego jarmarku położona jest dzielnica pubów i restauracji. To tak zwany Bywater Market, kiedyś centralne miejsce handlu w mieście. Miłośnicy dobrego piwa koniecznie powinni zajrzeć do położonego na terenie Bywater mikrobrowaru i pubu, czyli The Clock Tower Brew Pub. Poza wyśmienitym piwem w kilku odmianach można tam zjeść dosyć smaczne typowe jedzenie pubowe. W okolicy jest też piekarnia francuska z pysznymi deserami i inne miejsca dogadzające podniebieniu.
C.d.n.