Inzerát na dům, ve kterém už nechci bydlet

dom

… czyli “Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać” to tytuł zbioru opowiadań jednego z moich ulubionych pisarzy, pana Hrabala. Ale dzisiaj książki są tylko tematem pobocznym a tytuł symboliczny. Tak naprawdę mój wpis jest o moim domu rodzinnym. W którym nie chciałem mieszkać. I po którym od dzisiaj rozlegać się będa inne kroki i tworzyć inne historie.

Wróćmy jednak do lat czterdziestych szalonego dwudziestego wieku, a nawet jeszcze dalej… Chyba się już nie dowiem dlaczego dokładnie mój urodzony w Zagłębiu Ruhry dziadek Franz/Franciszek wraz z częścią rodziny przeniósł się z głębi Niemiec na Górny Śląsk. Może łatwiej było o pracę, może narastające nastroje ksenofobiczne? Może wszystko po trochu? Za późno, żeby zapytać jak było naprawdę, pozostają opowieści rodzinne i domysły.

Pradziadkowie osiedlili się w pomiędzy Rybnikiem i Wodzisławiem Śląskim, w mieście które do niedawna istniało głownie dla i z powodu kopalni, dziś znanej jako KWK Marcel a wtedy po prostu Emma Grube (kopalnia do dziś nazywana jest tak przez miejscowych, którzy mówią “robia na Emie”, “tyn sklep koło Emy” itp.). Dom moich pradziadków dalej stoi i mieszka w nim moja dalsza rodzina. Ot taki typowy malutki śląski domek.

Mój dziadek, barwna postać o silnym charakterze, poślubił moją babcię mniej więcej w połowie Drugiej Wojny, niedługo po tym kiedy hitlerowcy wypuścili go z Buchenwaldu. W 1944 roku na świat przyszedł najstarszy brat mojego taty a dziadkowie zamieszkali w typowym dla śląskich miast familoku koło stacji kolejowej. Tam też przyszedł na świat drugi syn a w cztery lata po wojnie urodził się mój tato.

Nie wiem jak mój dziadek to zrobił, ale w połowie lat 50-tych zaczęli z babcią budować dom. Czasy były ciężkie i mało ciekawe. Do szaroburej aury wczesnego PRLu dochodziła ciężka, dosłownie, atmosfera śląskiego przemysłu. W mieście poza kopalnią była koksownia, elektrociepłownia na węgiel i pomniejsze zakłady produkcyjne. Jak większość mieszkańców wczesnego PRLu, dziadkowie nigdy nie mieli samochodu. Za to dziadek był znawcą ludzkich dusz i miał bardzo szeroki kręg znajomych, więc potrafił załatwić dosłownie wszystko i budowa szła sprawnie.

Rzecz jasna wtedy wszędzie był kwaterunek, więc dom wybudowano tak, żeby nie trzeba było mieszkać z obcymi ludźmi na głowie, co w praktyce oznaczało jedno: niskie sufity na piętrze, co oficjalnie dawało “strych” a nie osobne mieszkanie. Dziadkowie ciężko pracowali – dziadek poza swoją dzienną pracą (miał w swojej karierze kilka profesji) dorabiał fotografią. Podobno świetnie się sprzedawały święte obrazki na śląskich odpustach i gołe panienki wśród panów. Niestety szklane klisze do jednych i drugich gdzieś zaginęły, więc nie mam niestety pojęcia jak ta fotograficzna produkcja wyglądała. Dziadek robił też fotografie na zamówienie i załatwiał, często przez skomplikowany barter, deficytowe towary dla innych, żeby potem móc mieć się do kogo zwrócić o pomoc kiedy im samym było coś potrzebne. Babcia w przydomowym ogródku hodowała kury i sprzedawała jajka. Za domem, jak w tamtych latach w każdym śląskim domu i familoku, były króliki w klatkach i czasem gołębie w gołębniku. Szło ku lepszemu, ale łatwo nie było, a trzech chłopców-rozrabiaków w domu na pewno było dla dziadków sporym wyzwaniem.

Mój dziadek lubil rozmach, więc dom postawił z gestem, na ogromnej działce, szerokiej na ponad 20 metrów i długiej na ponad 160. Oczywiście dziadek nie przejmował się przyziemnymi drobiazgami typu jak taki moloch utrzymać, ogrzać, wyremontować czy posprzątać. Nie, dziadek, uparty, apodyktyczny choleryk o dobrym sercu, był mistrzem delegowania obowiązków. On był od planowania, od spraw przyziemnych byli inni. Dziadek przechadzał się po ogrodzie i domu z w okularach na nosie, nienagannie czystym ubraniu roboczym z którego kieszeni wystawał Zollstock (calówka), ulubione narzędzie dziadka i jego nieodłączny atrybut. Przechadzał się i wymyślał co by tu trzeba zrobić. Podobno było mu mało i chciał dokupić sąsiednią działkę, żeby mieć więcej przestrzeni życiowej…

Dziadkowie przepisali dom na mojego tatę, jedynego potomka z dziećmi i to właśnie tam dorastaliśmy z siostrą, czując się trochę jak na wsi, choć to jeden z nabardziej gęsto zaludnionych rejonów Polski. Za domem jest bardzo duża łąka a za nią pagórek z wąwozem, las i strumień. Mogliśmy biegać do woli, bawić się z kolegami i koleżankami w chowanego, jeździć na sankach i nartach, robić ognisko, spać w namiocie i budować w zaroślach leśne kryjówki. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do dorastania dla dzieci.

las

Kiedy dziadkowie odeszli, zdecydowanie za szybko zresztą, przeprowadziliśmy się z siostrą na góre do ich mieszkania, które urządziliśmy sobie po swojemu, domowymi sposobami, bo akurat upadał Mur Berliński i nadeszły trudne lata pełnych sklepów i pustych porfeli. Każde z nas miało swój pokój. Mieliśmy też kuchnię, strych, osobną ubikację i sporą łazienkę. Dla człowieka w liceum takie luksusy to w zasadzie raj na ziemi, tym bardziej, że nasi rodzice dawali nam naprawdę sporo swobody. Mogliśmy przyjmować znajomych, robić imprezy i przechowywać ludzi na noc. I choć kilka razy nasze pomysły naszych rodziców doprowadziły niemalże do zawału, w zasadzie radziliśmy sobie nieźle.

Niestety, każdy kij ma dwa końce… Ogromy dom i działka to sporo pracy i obowiązków. Co prawda poza psami żadnego żywego inwentarza po śmierci dziadków w domu nie było, ale i tak wszyscy musieli się sporo “nabakać”, używając klasycznej śląskiej terminologii na ciężką pracę fizyczną. Samo koszenie trawy, które w Toronto zajmuje nam pół godziny, tam było zajęciem na dwa popołudnia. A malowania płotów nie zapomnę chyba do końca życia, bo wtedy mi sie wydawało, że nigdy się ten płot nie skończy. 160 metrów to jednak sporo, a to dopiero jeden długi bok…

Kiedy wyniosłem się na studia do Krakowa stało się jasne, że raczej na Śląsku mieszkać nie będę, bo nie bardzo miałbym pracę. Stanęło na tym, że w domu zamieszka moja siostra. Jak było dalej już wiecie… Niespokojne z nas dusze, wiec Kraków okazał się dla nas za ciasny. Nasza kręta droga zaprowadziła nas do Toronto a za jakiś czas wiatry przywiały tu moją siostrę, której też na Śląsku było się trudno odnaleźć. W dużym starym domu moich dziadków pokoje zaczęły świecić pustkami a dla rodziców utrzymanie molocha stało się coraz trudniejsze, bo trawa dalej rosła i płoty trzeba było malować. Musieliśmy podjąć jakąś decyzję.

Przyszło nam do głowy, że można by w zasadzie spróbować sciągnąć rodziców do nas. Oboje przeszli na emeryturę, a Kanada ma z Polską umowę, która pozwala polskie emerytury przelewać bezpośrednio na kanadyjskie konta i odwrotnie. Jedynym, za to bardzo znaczącym problemem, była ogromna kolejka. Średnio czekało się 4-5 lat na rozpatrzenie sprawy imigracyjnej. Pomysleliśmy, że złożymy dokumenty, a ostateczną decyzję zawsze można podjąć później. Był 2009 rok.

Pozytywna odpowiedź przyszła rok temu. Moi rodzice otrzymali stały pobyt w Kanadzie i tym samym zegar zaczął tykać nieco bardziej nerwowo. Pojawiły się trudne do rozwiązania problemy. Na przykład to, jak sprzedać dom, w mieście w którym domy najczęściej się dziedziczy a nie kupuje? Jak zamknąć bardzo długi rozdział swojego życia i zapakować swoje wspomnienia i ponad czterdzieści lat dorobku w pudła? Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Nie udało mi się tam więcej pojechać. Ostatni raz byłem w Polsce na skok na przełomie 2007 i 2008 roku. Udało mi się wtedy pożegnać, o czym nie wiedziałem, z dziadkiem i bratem mojej mamy. Nie wiedziałem też, że żegnam się z domem, w którym dorastałem i z którym łaczą mnie wspomnienia dzieciństwa i lat późnoszczenięcych. Chyba tak lepiej, choć zdecydowanie trudniej dla moich rodziców, bo musieli spakować resztę naszych manatków (a dowieźliśmy sporo z Turcji i Krakowa) i rozparcelować to, co miało zostać na miejscu.

Jeśli, mam nadzieję, wszystko pójdzie dobrze, moi rodzice w czwartek wieczorem wylądują w Toronto. Zobaczymy się wszyscy razem po raz pierwszy od 2006 roku, bo od tamtej spory zawsze kogoś brakowało, choć widzimy się w zasadzie co roku. Cieszymy się bardzo, również z tego, że dzieci będą miały choć jednych dziadków na miejscu. Z drugiej strony to będzie duże wyzwanie dla wszystkich, ale dla nich największe. Zacznie się zupełnie nowy rozdział w ich i naszym życiu. Do tej pory byli w Toronto goścmi, teraz będą musieli się odnaleźć jako mieszkańcy. Na początek zamieszkają w domu mojej siostry i szwagra, ale potem chcą sobie wynająć jakieś małe mieszkanie blisko dzieci i wnuków.

A w domu moich dziadków od dziś są nowi gospodarze, młode małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. Dla nich też zaczyna się zupełnie nowy rozdział w życiu, mam nadzieję, że nie mniej szczęśliwy niż dla nas przez te wszystkie lata kiedy moja rodzina tam mieszkała.

———————
PS. Jak myslicie, ile dwudziestokilogramowych paczek potrzeba, żeby przenieść za ocean starannie wybrane sprzęty codzienne i wspomnienia z ponad czerdziestu lat życia w jednym miejscu? Moim rodzicom udało się zmieścić w ponad czterdziestu. Jedna paczka na rok życia:)

A mnie pozostało w zasadzie jedno miejsce, które mnie łączy z dzieciństem – dom moich zaolziańskich dziadków w Czechach. Już ponad stuletni staruszek, choć po kilku większych remontach. Nie wiem jak długo moja ciocia zechce w nim mieszkać. Kiedy/jeśli się wyprowadzi dom sprzeda pozostaną mi tylko wspomnienia, bez namacalnej części. Tak to już jest. Coś się kończy, coś się zaczyna…

Przepraszamy, awaria

Ten rok jest dla nas rokiem awarii, napraw i spraw pokrewnych…

Zima

Burza lodowa w Toronto. Na naszej wierzbie robi się gruba skorupa lodu i duża gałąź spada z hukiem na płot, ogród sąsiadów i kabel od telefonu. Zostajemy bez internetu, za to z prądem, w przeciwieństwie do tysięcy mieszkańców miasta, którzy nie mają prądu przez tydzień.

Pan arborysta oznajmia, że nasza wierzba jest tak stara jak dom, czyli stuknęło jej ponad sto lat i w każdej chwili może nam zrobić psikusa i spaść na głowę, bo wierzby żyją 60-80 lat. Tak, może przyjechać na wiosnę z ekipą i da nam dobrą cenę…

Wosna

Po długich perypetiach i sporych kosztach pozbywamy się wierzby z ogrodu. Po kolejnych udaje nam sie pozbyć pnia. Okazuje się, że trzeba zrobić nowy płot, tym bardziej, że naszemu sąsiadowi coś odbiło i mir sąsiedzki zanikł. Nie da się z nim wytrzymać.
Tym razem perypetii nie ma, za to spore wydatki, bo za płot płacimy sami. Właściciel domu, w którym mieszka trudny sąsiad obiecuje nam oddać połowę. Naiwnie wierzymy… po czym zostajemy sumiennie zignorowani. Nie odpowiada na nasze telefony ani emaile. W końcu w lecie sprzedaje dom komu innemu. No cóż.
Gdy robi się gorąco i ma nadejść lato wysiada nam klimatyzacja. Wzywamy fachowca, któremu udaje się maszynerię doprowadzić do porządku. Kolejne wydatki. Trudna sprawa, bo akurat w tym roku żyjemy z jednej wypłaty i macierzyńskiej “dopłaty”.

Lato

Siada nam internet. Przychodzi fachowiec i wymienia kabel telefoniczny do domu. Na naszej drodze zaczyna się generalny remont. Wymieniają kanalizację i wodociągi. Jakaś ciężarówka zrywa kabel elektryczny nam i sąsiadom. Energetyka naprawia częśc od słupa do izolatora na domu, ale za częśc od izolatora do licznika musimy wstępnie zapłacić sami ściągniętemu awaryjnie elektrykowi. Awaryjne podłączenie wiąże się z awaryjnym pozwoleniem, które dodaje do i tak wysokich kosztów sporą kwotę. Jęczymy wydając kolejnych $1600, ale pociesza nas myśl, że firma, która zerwała kabel nam odda do miesiąca forsę. O naiwni…
Psuje się internet. Podejrzewamy, że padł nam modem, bo nie ma w ogóle sygnału DSL. Zamawiamy szybszy internet i nowy modem. Przychodzi fachowiec i mówi, że ktoś nas odpiął od internetu w skrzynce, zostawiając telefon. Nowy internet będzie na jesień.

Jesień

Kilku kolejnych fachowców podłącza nam internet. Nie działa. Nikt nie wie dlaczego. Okazuje się, że coś pochrzanili w centrali i przepieli nas do nie tego profilu co trzeba, więc trzeba wszystko odkręcać. W końcu się udaje, odpukać.
Zaczyna siadać maszynka do chleba. Rzęzi i stęka. Raz spada z blatu, co przez wszystkie lata dosyć intensywnej eksploatacji jej się nie zdarzyło.
A na ulicy krajobraz jak po wojnie. Wyłączają wodę, strzelają rury przy głównej ulicy i tak dalej. Potem jakoś się rozchodzi w kościach i zapominamy o remoncie, do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Zbliża się weekend. Szykujemy duża imprezę. Będzie 15 dorosłych i 5 dzieci. Spora część gości nie wie jak rozmawiać trzeba z psem, więc wysyłamy Pana Psa na przymusowy i zabójczo drogi turnus na farmie za miastem myśląc smętnie, że średniowieczne metody kiedy to wiązało się delikwenta i wrzucało do loszku jednak nie były takie złe… Przynajmniej nie kosztowało to tyle co weekend w hotelu dla dwojga… No ale przynajniej Pan Pies poużywa sobie za miastem psiego życia.
W sobotę rano, dniu imprezy, budzimy się i z przerażeniem stwierdzamy, że w rurach sucho… Okazuje się, że walnął głowny zawór przy głównej ulicy. Jeden z dwóch, oczywiście akurat ten do którego podpięta jest cała nasza droga. Nie ma wody, nie ma fachowców, miasto nie wie jak długo to potrwa. Zbliża się godzina Z a my nie mamy wody, działającej ubikacji ani naczyń, bo zawór siadł o czwarej rano, zanim nasza zmywarka zdążyła się włączyć. Idziemy na główną ulicę zobaczyć czy może coś ruszyło. Owszem, trzech panów z łopatami smętnie stoi nad małą dziurą przy chodniku. Z nadzieją w oczach pytamy czy może wiedzą ile to zabierze, bo mamy imprezę. Ze zrozumieniem kiwają głowami i mówią, że czekają na maszyny od kilku godzin, bo w mieście akurat przez te remonty jest sporo awarii wodociągów i ekipy nie mogą nadążyć. Mówią, że potrwa przynajmniej kilka godzin, ale że lepiej się nie nastwaiać… Desperujemy i zastanawiamy się czy całej sprawy nie odwołać, ale pies wysłany na farmę, ludzi umawiamy od kilku tygodni, trudno będzie przenieść na kiedy indziej. Robimy sondaż przez SMSy (internet nam nie działa…) i ludzie okazuja się być pozytywnie nastawieni do improwizacji. No więc cała naprzód. Udka się wędzą, ciasto upieczone, piwo się chłodzi w lodzie ze sklepu. Impreza udaje się fantastycznie. Wodę włączają przed 7 wieczorem na kilka minut po czym znowu szlag wszystko trafia. Okazuje się, że zawór padł ponownie. W końcu woda pojawia się na dobre przed dziesiątą w nocy.

Ekipa remontowa wyrywa nam chodnik przed domem, rozwala płot i wymienia kanalizację. Jest git, leci woda. Internetu dalej ni śladu. Dziecko starsze zaczyna się poważnie niepokoić – jej ulubiony Miś Uszatek się zepsuł i nie chce przychodzić na dobranoc. Pozaostaje Krecik na DVD, ale po kilku dniach krecikowej diety latorośl zaczyna się powoli buntować. Proszę wziąć pod uwagę, że w naszym domu nie ogląda się telewizji wcale a nasze dziecię starsze ogląda jedynie trzy-cztery Uszatki na dobranoc na zmianę z Krecikiem i to tylko jeśli jest grzeczna. A tu bach, Uszaty poszedł w diabły i tłumacz tu dziecku czemu skoro miły Pan Fachowiec był i grzebał to Uszatka dalej nie ma i nie wiadomo kiedy będzie…
Obawiamy się buntu załogi, ale w końcu podłączają nam szybszy internet. Hura. Uszatek wraca.
Któregoś dnia wieczorem siedzę przed komputerem i słyszę, że coś hałasuje. To umiera twardy dysk, jeszcze nie wiem który, bo wszystko się zawiesza. Okazuje się, że owszem, padł ten najnowszy i największy, ten na którym miałem wszystkie zdjęcia i skany. Częśc mam zgranych, sporej części nie zdążyłem.
Pocieszam się, że już wkrótce…


zima…

…i długie zimowe wieczory. Będę miał czas skanować na nowo negatywy i slajdy i odzyskiwać zdjęcia, patrząc przez okno na piękny księżycowy krajobraz i koparki…
Ale zanim nadejdzie zima, przyjadą do Toronto moi rodzice a potem fachowcy od drzew przyjdą nam do ogrodu posadzić drzewo. O takie. I to się liczy.

Liriodendron_tulipifera

Koniec lata

No i mamy kolejną jesień. Tak, wiem, kalendarze i astronomowie twierdzą, że lato dalej pełną gębą, ale co tu kryć: zaczęła się szkoła, przeszły moje okrągłe tym razem urodziny, ptaki się zbierają albo już zebrały a na drzewach pojawiły się kolory jesieni. Do tego tradycyjnie w Kanadzie koniec lata wieszczący długi weekend z okazji Święta Pracy (Labour Day) też za nami…

Zrobiło nam się nostaligicznie i jesiennie właśnie. Zwłaszcza, że 31 sierpnia minęło 11 lat od naszego przyjazdu z Ankary do Kanady i mniej więcej 14 (15 jeśli liczyć wcześniejszy wyjazd na kilkumiesięczny rekonesans do Ankary) od wyjazdu z Krakowa. To dużo, na tyle dużo, że nie wiem czy bym w Krakowie bez trudu odnalazł wszystkie miejsca w których tak często przesiadywaliśmy. Zresztą wielu już nie ma.

Kraków większość z Was zna, ale założę się, że w Ankarze mało kto był, choć warto, choćby z powodu Muzeum Cywilizacji Anatolijskich (Hetyci) i wspaniałej starówki. Z ciekawości zerknąłem czy o Ankarze pojawiły się jakieś ciekawe filmy i oto co odkryłem. Idealne na nostalgiczny wieczór:)


Pełna wertepów droga do skarbca, czyli odrobina przemyśleń o dwujęzyczności u dzieci

Chyba żaden temat związany z wychowaniem dzieci nie jest obciążony takim balastem jak dwujęzyczność. Ludzie najczęściej mają w tej kwestii dosyć sprecyzowane i mocne przekonania. Niektórym rodzicom bardzo zależy, żeby ich pociechy były dwu- albo trójjęzyczne (bo i takie przypadki się zdarzają), inni by chcieli, ale nie wiedzą jak się za sprawę zabrać albo łatwo kapitulują. Jeszcze innym nie zależy albo jest im wszystko jedno. Ostatnia, dosyć liczna grupa, to ludzie którzy tak bardzo chcą, żeby ich dzieci odniosły “sukces” w społeczeństwie w którym dominuje jakiś inny język, że od samego początku robią wszystko, żeby dziecko było monoglotą i skutecznie zniechęcają dziecko do mówienia w języko innym niż dominujący.

Rodzice, z tej ostatniej grupy dosyć często powielają ten sam fałszywy, choć popularny, model myślowy: są święcie przekonani, że ich dziecko najpierw ma się nauczyc języka dominującego (w tym przypadku angielskiego) a drugiego języka albo “nauczy się później” albo “nie będzie mu potrzebny, bo teraz mieszka tutaj”. Spotkałem jeden i drugi przypadek i muszę przyznać, że napawa mnie smutkiem. A to dlatego, że wiem (i potwierdzają to liczne naukowe badania), że jeśli się z dzieckiem od małego nie rozmawia w danym języku to nie tylko nigdy nie będzie nim operować na poziomie języka ojczystego, ale raczej w ogóle nie będzie chciało w tym języku mówić ze swoimi rodzicami z różnych powodów. Nawet jeśli rodzice znają język którego dziecko się uczy na zaawansowanym poziomie komunikacja między nimi nie będzie płynna a z czasem wręcz może się pogorszyć. Poza tym język to nie tylko gramatyka i fleksja, ale też kontekst społeczny i kultura cywilizacji, która ten język wytworzyła. Jeśli kultura jest podobna, jak w przypadku polskiej i kanadyjskiej to nie ma większego problemu (choć i tu bym dyskutował, bo wielu słowiańskich konceptów kulturowych nie da się łatwo przeszczepić na anglo-kanadyjski grunt). Kiedy kultury są od siebie odległe, na przykład jeśli rodzice dorastali w Chinach albo Korei a dziecko wyrasta w Kanadzie, brak wspólnej płaszczyzny językowej prowadzi do wielu nieporozumień i komunikacyjnej blokady. Da się skomunikować, ale bardzo trudno przekazać kontekst, niuanse i delikatne odcienie kulturowej mozaiki. Każdy kto uczy się jakiegoś języka jako dorosły wie o czym mówie, bo sama znajomość na przykład hiszpańskiego albo tureckiego wcale nie otwiera nam drzwi do kultury Meksyku albo Turcji. W skrajnych przypadkach rodzice i dzieci mogą z czasem stracić możliwość porozumiewania się – pamiętam artykuł w jednej z kanadyjskich gazet, opisujący kobietę w średnim wieku, która musiała się porozumiewać ze swoją matką przez tłumacza, bo matka, której językiem ojczystym był mandaryński chiński i która angielski zawsze znała na średniozaawansowanym poziomie zachorowała a jej angielski zanikł zupełnie. Tamten artykuł mnie przygnębił, bo wyobraziłem sobie co muszą czuć ludzie, którym się coś takiego przydarzyło.

W społeczeństwie krąży sporo mitów na temat dwu- i wielojęzycznośći u dzieci. Najczęściej spotykane to przekonanie, że dzieci dwujęzyczne będą skonfundowane, że zaczną późno mówić, że będą mieszać języki i żadnego dobrze nie poznają, wreszcie, że będą mniej inteligentne niż rówieśnicy monogloci. Niestety mity trzymają sie dobrze i są powszechnie spotykane nawet wśród wykształconych rodziców, w tym niektórych lekarzy. Tymczasem wszystkie badania na ten temat potwierdzają, że jest odwrotnie: dzieci znające od dziecka przynajmniej dwa języki o wiele łatwiej radzą sobie z nauką, łatwiej się uczą nowych języków, cechuje je bardziej twórcze myślenie i doskonale przestawiają się z jednego kodu językowego na inny. Jednym słowem, nie ma żadnego naukowo potwierdzonego dowodu na to, że dwujęzyczność w jakikolwiek sposób szkodzi za to wiele wskazuje na to, że zdecydowanie pomaga w rozwoju i wzbogaca intelektualny, kulturowy, naukowy i rozwojowy potencjał dziecka.

Staram się zawsze namawiać ludzi wokół, żeby poświecili czas na nauczenie dzieci swoich języków. Niestety łatwo się zdeklarować, że się to zrobi, ale otoczenie, nieubłagana erozja języka której wszyscy na stałe otoczeni innym kontekstem językowym podlegają i brak konsekwencji często zadanie utrudniają. Łatwo przecież powiedzieć, że będziemy do swojego dziecka mówić tylko po polsku, ale szybko się okazuje, że przy najlepszych chęciach to po prostu nierealne. Podam kilka przykładów dlaczego. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzą do nas znajomi, ktorzy po polsku nie mówią (zakładam, że nie mieszkamy i nie funkcjonujemy w getcie kulturowym). Jeśli ze znajomymi będziemy mówić po angielsku a z dzieckiem po polsku to skończy się na tym, że nikt z nikim nie będzie rozmawiał, poza tym byłoby to dosyć niegrzeczne wobec gości. Kiedy dzieci idą do przedszkola albo szkoły to pojawia się problem (dla nas póki co teoretyczny) odrabiania zadań domowych. Czy będę swoim dzieciom tłumaczyć matematykę albo chemię po polsku? Wątpie, bo po pierwsze mój polski leksykon matematyczno-chemiczny całkiem się rozwiał, po drugie więcej czasu byśmy stracili na tłumaczeniu w tę i wewtę niż nad zrobieniem zadania. Jak widać, nie jest łatwo.

Ja sam nie jestem, nad czym niestety ubolewam, dwujęzyczny, ale od małego miałem kontakt z ludźmi którzy są, jak mój kuzyn z Serbii czy kuzyn i częśc rodziny w Czechach. Musze dodać, że im było i jest o wiele trudniej niż komuś kto poznaje dwa języki mniej spokrewnione niż polski i jakiś inny słowiański, bo czeskie albo serbskie słowa i końcówki fleksyjne zdradzieko się wdzierają do rozmowy. W tym kontekście dygresja na temat: niektórym się wydaje, że osoba dwujęzyczna, albo operująca na wysokim poziomie kilkoma językami automatycznie jest niejako tłumaczem na zawołanie. Nic bardziej błędnego. Sztuka przekładu to zupełnie inna para kaloszy i nie można oczekiwać, że osoba dwujęzyczna zastąpi tłumacza a często będzie jej szło gorzej niż tłumaczowi, który dwujęzyczny nie jest.

Po co dziecku dwu- albo wielojęzyczność? Zakładamy, że nigdy nie będzie mieszkać w kraju, w którym się drugim językiem mówi i tak dalej. Częściowej odpowiedzi udzieliłem powyżej pisząc o pozytywnym wpływie dwujęzyczności na rozwój dziecka. Poza tym, czy w dzisiejszym świecie ciągłych zmian, globalizacji i kurczących się granic możemy być pewni, że nasze dzieci nie wyjadą na dłużej lub krócej za granicę? My sami też przecież wyjechaliśmy, więc nie wiadomo jak będzie z naszym potomstwem za lat dwadzieścia kilka.

Największą zaletą wychowania dziecka dwujęzycznie jest moim zdaniem to, że niejako za darmo (nie do końca, ale to inny temat) wprowadzamy go w zupełnie inny świat i dajemy my narzędzie, z którym jeśli będzie chciało (to też teman na inny wpis) może wiele zrobić i osiągnąć. Dla mnie dwujęzyczność jest jednym z najcenniejszych darów jakie rodzice mogą dać swom dzieciom. Może brzmi górnolotnie, ale wydaje mi się, ze naprawdę tak właśnie jest.

Tyle teorii, ale jak się za to zabrać i co zrobić, żeby nie utknąć na manowcach? To temat na inny wpis, w ktorym podzielę się z Wami naszymi dotychczasowymi doświadczeniami.

*******
Poniżej dziewczynka, trochę starsza od naszej córki, która automatycznie przełącza się między dwoma językami, w tym przypadku japońskim i angielskim:

Park Narodowy Point Pelee

img166-Edit
Głównym celem naszych wakacji był Park Narodowy Point Pelee. Ten południowy kraniec Kanady do pewnego stopnia przypomina półwysep Hel, choć oczywiście jest na jeziorze. Na końcu coraz węższego pasa lądu są ruchome wydmy i bardzo silne prądy przewalających się nad nimi wód jeziora Erie. Wydmy zmieniają się w zależności od pory roku i poziomu wody w jeziorze, ale piaszczysta mielizna ciągnie się zdradziecko tuż pod taflą jeziora kilka kilometrów w głąb, co w przeszłości prowadziło do wielu tragedii. Samo jezioro Erie ma opinię bardzo trudnego w nawigacji a jego dno usiane jest wrakami większych i mniejszych statków. Na Point Pelee tonęli też często ludzie. Dzisiaj jest tam absolutny zakaz nie tylko pływania ale i wchodzenia do wody, bo prądy są na tyle silne i zdradzieckie, że podobno potrafią wciągać nawet tych, którzy tylko moczą nogi. Szczerze mówiąc, widząc jakie tam są fale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że ktoś chciałby tam z własnej woli pływać, bo ta woda wyraźnie wysyła sygnał: “niebezpieczeństwo!”. Za to pięknie wygląda, jak wiele niebezpiecznych miejsc (zdjęcia będą).

Point-Pelee-National-Park-Map

Park narodowy jest dosyć spory. Główna droga parku prowadzi od wjazdu na południe wzdłuż zachodniego brzegu półwyspu. Trudno uwierzyć, że woda po obu stronach to to samo jezioro. Po wschodniej stronie są niekończące się mokradła w których ma raj ptactwo wodne, po zachodniej jest albo wąski pas plaży (gdzie niegdzie) albo dosyć ostry brzeg i głęboka woda. Nie ma żadnych mokradeł i jest piękny widok na całe jezioro Erie. Widać też zarys wyspy Pelee, do której jak wspominałem w innym wpisie można dopłynąć promem.

Na terenie parku jest kilka bardzo różnych stref roślinnych. Poza wspomnianymi mokradłami jest sawanna, las karoliński i wydmy. Każde z nich ma swoją własną typową faune i florę, choć ptaki i motyle widać wszędzie. Nie widzieliśmy kolibrów, ale jest ich tam podobno sporo. Wierzę, bo kolibry zaglądają czasem do Toronto i południowo-wschodniego Ontario i sami widzieliśmy kilka razy, w tym w naszym ogrodzie. Za to było mnóstwo motyli różnych gatunków, piekne ptaki, węże, żółwie wodne (łatwo się płoszą, więc tylko słyszeliśmy jak wskakują do wody), ważki i inne. Część z sawanną jest chwilowo odnawiana, więc nie widzieliśmy, ale widziałem na zdjęciach, że rosną tam opuncje i inne kaktusy. Odnawiana dlatego, że do utrzymania sawanny potrzebne są pożary. Onegdaj kontrolowane pożary wzniecali Indianie i sawannę można było spotkać w kilku miejscach w południowym Ontario. Po tym jak miejsce Indian zajęli farmerzy pożary stały się zbyt niebezpiecznym rozwiązaniem, więc większość ontaryjskiej sawanny zarosła i ta w parku jest jednym z dwóch bodajże miejsc gdzie można tę formację roślinną w Ontario zobaczyć.

img161-Edit

W parku jest sporo miejsc widokowych po obu stronach półwyspu i kilka szlaków. Do szlaku na czubku nie da się dojechać swoim samochodem. Trzeba zostawić auto na parkingu koło centrum informacyjnego i albo przejść do szlaku piechotą albo pojechać parkowym kolejko-autobusem. Da się wrzucić na to wózek, więc sprawa ułatwiona. Dodam, że na końcu są wydmy po których nawet wózek z dużymi kołami nie przejedzie. Na wydmach rosną różne dzikie kwiaty i lataja piękne motyle. I oczywiście szumią fale jak nad morzem, bo też Erie ma więcej wspólnego z morzem niż z jeziorem.

Drugim szlakiem który zdecydowanie warto zobaczyć to kilkukilometrowy pomost z bali drewnianych przez środek mokradeł. Myśleliśmy, że będą tam komary, ale nic nas nie pogryzło, pewnie dlatego, że lata tam mnóstwo ptaków, w tym całe zastępy jaskółek, które skutecznie wyłapują drobne owady. Myślę, że warto tam pojechać wiosną albo jesienią, żeby zobaczyć ptasie migracje, ale nawet latem jest bardzo ciekawie. Na początku szlaku jest kilkupiętrowa drewniana wieża widokowa z której teren mokradeł widać z bardzo ciekawej perspektywy. Na miejscu można też wynająć canoe i popłynąć przez mokradła samemu. Niestety z niemowlakiem się nie da, więc musieliśmy to odłożyć na później.

Jest tam jeszcze kilka innych szlaków na które nie starczyło nam czasu. Na niektóre nie da się wejść z wózkiem, choć zapowiadają się bardzo ciekawie i na pewno musimy tam wrócić.

Przyjaciele – gatunek zagrożony wymarciem

Zbliżają się moje czterdzieste urodziny – cezura, która skłania do przemyśleń i refleksji. Z tej okazji trochę wpisów na tematy, ktore mnie nurtują, zajmują, irytują, ciekawią albo męczą. Dzisiaj temat rzeka: przyjaźnie.
***
Nie przepadam za górnolotnymi słowami, sztywnymi definicjami i wyświechtanymi łatkami. Mimo to muszę się zgodzić z tym, że kiedy się kończy czterdzieści lat nie jest to co prawda powód do rozpaczy, ale za młodzież też się już raczej trudno uważać. Czterdzieści lat nie minęło co prawda “jak jeden dzień”, ale dni pędzą jak szalone. Kiedy ma się, tak jak my, małe dzieci, świadomość tego, że czasy bycia beztroskim studentem minęły dosyć się wyostrza, przynajmniej w naszym wypadku. Co tu ukrywać, po całym dniu bycia dobrym rodzicem/mężem/żoną/pracownikiem człowiek zaczyna marzyć o tym, żeby spokojnie pogadać, poczytać coś dobrego albo spędzić wieczór w inny zajmujący sposób. Czasem ma się człowiek ochotę spotkać ze znajomymi albo przyjaciółmi. Niestety, okazuje się, że to wcale nie takie łatwe.

Po pierwsze znajomi i przyjaciele mają swoje życie i są zabiegani tak samo jak my, albo bardziej. Po drugie z jakiegoś powodu, chyba przez złośliwość losu, składa się tak, że ci, z którymi najchętniej byśmy się spotkali najczęściej mieszkają bardzo daleko od nas. Albo mieszkają po drugiej stronie miasta i da się ich odwiedzić tylko w weekend. Albo mieszkają nie tak daleko, ale nie mają dla nas czasu. No i klapa. Nagle się okazuje, że człowiek się nie ma z kim umówić, bo każdy gdzieś pędzi.

Sfrustrowani chwytamy się sposobów na zdobycie nowych znajomych, ale to sprawa niełatwa. Ci z którymi chcielibyśmy się zakolegować i ewentualnie zaprzyjaźnić najczęściej: a) mają już swoich własnych znajomych i nie są przygotowani na to, żeby się otworzyć na kogoś nowego, b) nie chcą się przyjaźnić z parą z małymi dziećmi, c) sprawiają wrażenie, że bardzo się chcą zaznajomić a potem im przechodzi – kilka miesięcy temu spotkał nas ten przypadek: pewna Turczynka ochoczo zebrała nasze namiary i na tym się skończyło. Na emaila nie odpowiedziała…, d) są na zupełnie innym etapie życia niż my, więc mają zupełnie inne priorytety, styl życia i potrzeby, e) lubimy się ale oni się wyprowadzają f) właśnie przechodzą przez kryzys związku/osobowości/itp. g)mają piętnaście innych powodów albo po prostu nie mają ochoty na spotkania… Coś pominąłem?

No i masz babo placek. Jak poznać nowych ludzi? Dla nas jest to tym trudniejsze, że oboje jesteśmy introwertykami. Ludzie, z którymi się dobrze dogadujemy to najczęściej również introwertycy, więc sami rozumiecie, że poznanie się i oswojenie nie jest łatwe.

A Wy? Ilu sami macie dobrych przyjaciół i znajomych? A może macie jakieś pomysły? Jakie macie doświadczenia w szukaniu nowych znajomych? Jakie problemy?

Powinienem dodać, że dzięki temu blogowi poznaliśmy kilka bardzo miłych osób. Niestety w większości wypadków albo mieszkają daleko, albo nie mają czasu. Przyjaźnie na odległość są miłe, ale nie zastąpia wspólnego wypadu za miasto albo wyjścia do pubu na piwo czy spotkania na kolację.

Uwaga pająki – jeszcze o wakacjach

Wracam do opowieści o wakacjach…

Domek, który wynajęliśmy na wakacje jest niedaleko Leamington. Do niedawna miasteczko słynęło z ogromnej fabryki Heinza, w której robiono keczup. Na początku tego roku Heinz postanowił się jednak wynieść, a fabrykę przejął kto inny i choć dalej będzie robić keczup i inne cuda z pomidorów to sporo osób straciło pracę. Mam nadzieję, że nie zaczniemy sprowadzać keczupu z Chin, w każdym razie jak zaczniemy to nie mam zamiaru go kupować. A wracając do pomidorów, to w Leamington i okolicach jest ich naprawdę sporo. Wzdłuż drogi ciągną się niekończące się farmy, szklarnie i stragany z pysznymi warzywami i owocami. Sam region reklamuje się jako kanadyjska stolica pomidorów i ma największe zagęszczenie szklarni w całej Ameryce Północnej przez co można w okolicach zaobserwować intersujące zjawisko, którego gdzie indziej w Kanadzie dotąd nie widziałem, mianowicie pracownicy sezonowi z Meksyku i Jamajki. Są to głównie mężczyźni a poznać ich łatwo po tym, że mkną na rowerach wzdłuż regionalnych dróg. W tamtej okolicy piechotą raczej się nie da niczego załatwić, więc jakiś środek transportu jest niezbędny a ludziom na czasowych wizach pracowniczych raczej się samochodów kupować nie opłaca. Trochę mi ich było żal, bo kilka razy była solidna burza i lało jak z cebra. W samym Leamington jest też sporo szyldów po hiszpańsku oraz konsulat Meksyku i meksykańskie restauracje, co odkryliśmy niestety dopiero przy wyjeździe. Może uda nam się zaliczyć następnym razem, bo wyglądały dosyć autentycznie.



Z Leamington i Kingsville pływają promy na Pelee Island, największą wyspę na Erie i najbardziej na południe wysunięty kawałek Kanady. Można się też przeprawić promem na drugą stonę do Sandusky w Ohio. Na wyspę Pelee płynie się z obu miasteczek półotorej godziny, więc to ładny kawałek od brzegu. Na pewno się tam wybierzemy, może w przyszłym roku, kto wie.

O samych miasteczkach mam niewiele do napisania, bo w zasadzie wpadaliśmy tylko na zakupy i to rzadko, więc niewiele widzieliśmy. Dewizą tych wakacji było “jak najmniej czasu spędzamy w samochodzie” i się udało. W zasadzie cały czas gdzieś łaziliśmy a dojazdy były krótkie. Za to pojechalismy trzy razy na przepysznąrybę z frytkami serwowaną z piętrowego autobusu. Knajpa nazywa się Birdie’s Perch (Po angielsku to gra słów i znaczy zarówno “Żerdka ptaszka” jak i “Okoń (Perch) ptaszka”) i znajduje się przy drodze do parku narodowego Półwyspu Pelee, więc trudno jej nie zauważyć. Serwują rybę prosto z jeziora Erie, na którym działa dosyć silna flota rybacka i jest to właśnie Yellow Perch. Dokładnego polskiego tłumaczenia nie znam, bo ryba żyje głównie w Wielkich Jeziorach, ale to coś pokrewnego z europejskim okoniem a kto miał okazję próbować okonia ten wie, że są to rarytasy niezwykłe. Do ryb dają robione na miejscu frytki z miejscowych ziemniaków. Ceny są nieco wyższe niż fish & chips w Toronto – $14,75 za “yellow perch cone and fries” czyli pięć kawałków – ale porcja jest spora i warta każdego centa a nawet więcej. Mniam…

Inną ciekawostką okolicy są pająki. Po drodze zauważyliśmy sporo tablic z reklamami typu “spider control” czyli spece od pająków. Trochę nas to zdziwiło, ale potem przestało. Pająki są absolutnie wszędzie, wszelkiem maści i wielkości. Nie jakieś tam monstra, ale jest ich po prostu dużo, nawet na plaży. Kilka razy pająki zaczynały budować na mnie swoją pajęczynę, bo stanąłem na chwilkę w miejscu…

Ciąg dalszy nastąpi… Będzie o burzach nad jeziorem, parku narodowym, mokradłach, ptakach i farmie z początku xix wieku…

Układanka czyli rodzinne wakacje

No i pojechaliśmy. Tym razem padło na jezioro Erie, czyli “ontaryjską riwierę.” Jak wiecie, albo nie wiecie, w Ontario są tysiące jezior i jeziorek, więc kto tylko może i lubi pędzi na północ albo wschód prowincji, bo tam jest najwięcej wody, komarów i typowej kanadyjskiej dziczy. Innymi słowy, jeśli się komuś marzy “Kanada pachnąca żywicą” to znajdzie odpowiednie klimaty trzy godziny na północ albo północny wschód od Toronto. Będzie las, komary i jeszcze więcej lasu. Sami bardzo to lubimy, ale pakowanie się z sześciomiesięcznym bobasem w zakomarzone rejony wydawało nam się mało atrakcyjne, więc pojechaliśmy na południowy zachód.

Jezioro Erie, jak pisze dosyć znany autor książek o Ontario Ron Brown, jest “zapomnianym południowym wybrzeżem” (książka bardzo dobra, polecam wszystkim, którzy się chcą nad Erie wybrać). Wybrzeże Erie to zupełnie inna i bardzo ciekawa część Ontario. To kraina piaszczystych ciepłych plaż, winnic, lasów karolińskich, kolibrów i motyli oraz wszechobecnych farm warzywno-owocowych. Taka mała ontaryjska Kalifornia z surowszym klimatem. Choć najbardziej na południe wysunieta część, czyli wyspa Peele leży na tej samej szerokości geograficznej co północna Kalifornia to niestety jezioro zamarza i zimy są surowe.

Wynajęliśmy domek na samej plaży, na małym półwyspie Cedar Island niedaleko Kingsville. Domek okazał się być idealny dla nas i gdyby nie to, że lubimy jeździć w różne miejca to bym się zastanowił poważnie nad kupnem w przyszłości czegoś podobnego w tamtej okolicy, bo bardzo nam się podobało.

Udało nam się zapakować jakimś cudem do naszego auta (Kia Rondo) z dwuosobowym wózkiem, wędkami, sprzętem fotograficznym i wszystkimi przydatnymi i niezbędnymi gratami typu książki dla dzieci. Muszę przyznać, że coraz lepiej nam wychodzi upychanie naszego majdanu w aucie, ale chyba jednak będziemy musieli kupić minivana, bo nawet duża torba na dachu nie pomaga. Trochę się nakląłem upychając to wszystko gdzie się dało, bo miałem wrażenie, że za licho nie wejdzie.

M. wykazała się nadludzką cieprliwością przy pakowaniu. Ja kiedyś nie miałem z pakowaniem problemu, ale od dłuższego czasu przygotowywanie gratów na wakacje sprawia mi sporo trudności więc zwykle się kończy na tym, że ja pakuję samego siebie, apteczke, wędki, swoje aparaty i sprzęt turystyczny a M. całą resztę. Kiedy się jedzie z dzieckiem, które potrafi się zapluć kompletnie kilka razy dziennie tak jak nasz bobas to ta “reszta” jest dużym wyzwaniem. Zwłaszcza kiedy prognozy zapowiadają na cały tydzień pogodę w kratkę. I rzeczywiście było w kratkę, i to jak!

Jazda z Toronto do Kinsville to prosta sprawa, bo prawie do samego końca jest autostrada 401. Mimo to jedzie się ponad sześć godzin z przerwami. Całe szczęście nasze pociechy lubią jazdę, więc obyło się bez dramatów. Droga jest nudna, bo wzdłuż autostrady niewiele widać. Dopiero od zjazdu zaczyna być ciekawie. Pola, farmy, stragany ze świeżymi pomidorami… Ale o tym i innych sprawach następnym razem, bo już czas na mnie…

Reaktywacja bis. Tym razem bez zapowiedzi

Muszę wyznać, że rozprawienie się z poprzednim, niezbyt udanym wcieleniem RV sprawiło mi sporo przyjemności. Jakoś nie potrafiliśmy się do siebie przekonać. No trudno.
***
Tym razem bez zapowiedzi i wielkich planów, z których mi potem niewiele wychodzi. Będzie co będzie, nasze codzienne i długoterminowe priorytety się dosyć przeorały, więc sam jestem ciekaw jaki kształt przybierze ta wersja RV i jak długo się utrzyma.
***
Rodzicowanie jest bardzo przyjemną sprawą, ale mamy oboje bardzo mało czasu na nie-rodzicielskie zajęcia. Mimo to staramy się zajmować oboje czymś więcej niż pieluchy i gary. I może właśnie o tym będzie ten blog. Zobaczymy… W każdym razie wszystkich wiernych czytelników zachęcam do zaglądania, bo chyba okres suchoty piśmnienniczej mi się skończył…
***
A to jedna z pierwszych prób powrotu do robienia zdjęć na negatywie. Nasz park zimą.

park