
Za nami dwa tygodnie na szlaku. Przejechaliśmy ponad pięć i pół tysiąca kilometrów, spotkaliśmy miłych ludzi i dzikie zwierzęta, spaliśmy nad oceanem i łazili po górach. Trudno taką ilość wrażen ogarnąć myślą, a co dopiero jakoś ciekawie i sensownie opisać… Jednym słowem wróciliśmy z niezwykle udanych wakacji w Nowej Szkocji. Zdjęcia będą nieco później, póki co polecam zdjęcia M. a także jej wersję naszej wyprawy (każde z nas pisało nie wiedząc co napisze drugie).
Kiedy dwa lata temu pojechaliśmy na Wyspę Księcia Edwarda i do Nowego Brunszwiku na momencik przekroczyliśmy granicę Nowej Szkocji i obiecaliśmy sobie z M., że jeśli nam się uda to jeszcze tam wrócimy. W zeszłym roku się nie udało i wylądowaliśmy w Adirondacks, za to w tym roku już od dawna szykowaliśmy się na podbój Nowej Szkocji. Ale po kolei…
//poniedziałek//
Nie idę do pracy. Wcześnie rano odstawiamy z siostrą psa na psią farmę a potem robimy sobie małą bratersko-siostrzaną wycieczkę do Hilton Falls, gdzie poza niezłym wodospadem jest sporo ładnych szlaków. Ot taka rozgrzewka przed wakacjami.
//wtorek// Łoś Sydney Mines
Nie idę do pracy. Idea jest taka, że pakuję od rana graty do auta, M. wychodzi szybciej z pracy, wsiadamy i jedziemy aż za Montreal, gdzie mamy spać. O dziwo wszystko idzie zgodnie z planem, choć w pewnym momencie wydaje mi się, że nasze graty się magicznie rozrastają i nigdy nie uda mi się tego wszystkiego zapakować do auta. Wyruszamy z Toronto bardzo szybko, na autostradzie nie ma korka, przez Montreal i jego słynne mosty przemykamy bez żadnych problemów. Docieramy do motelu gdzie wita nas smętnie siedzący na recepcji gość i pies. Pies wydaje się być o wiele bardziej zadowolony niż jego pan z naszego przybycia, co chyba nie do końca podoba się recepcjoniście. Ale co tam, pokój czysty, tanio jak na Montreal.
******
View Larger Map
Jazda z Toronto do granicy Nowej Szkocji zabiera dwa dni. Z Toronto do granicy Quebecu prowadzi doskonała, choć bardzo zatłoczona autostrada 401. W Quebecu ta sama autostrada dostaje numer 20. Można nią przejechać od granicy z Ontario przez Montreal, gdzie kluczy i się gubi, do Quebec City i dalej do Rivière-du-Loup. Pomiędzy Montrealem i Rivière-du-Loup autostrada biegnie wzdłuż południowego brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca i przejazd tym kawałkiem jest niezwykle widokowy, zwłaszcza na wschód od Quebec City gdzie rzeka robi się słona, niezwykle szeroka i zaczynają się w niej pojawiać wieloryby. Nad brzegiem rzeki leży dużo bardzo ładnych miasteczek i wiosek, które same w sobie warte są zwiedzenia. Wiele z nich jest bardzo starych i można w nich znaleźć sporo ładnych budowli ale także bardzo smaczne lokalne quebeckie sery, wędliny i przetwory, których nie da się kupić nigdzie indziej. Niestety bez znajomości francuskiego bardzo trudno jest się tam porozumieć, bo poza Montrealem frankofońscy Kanadyjczycy z Quebecu zwykle bardzo słabo znają angielski.
***
//środa//
Rano idę zwiedzać okolicę i odkrywam, że zaraz obok jest czeska cukiernia (sic!), niestety zamknięta, naprzeciw sympatycznie wyglądający arabski spożywczy, zamknięty, a poza tym widzę, że w naszym motelu można sobie w ciągu dnia wynająć pokój na romantyczną randkę w pokoju z jacuzzi. Kiedy wracam wchodzę na recepcjonistę-marudę, jest w kapciach i szlafroku, wyprowadza psa. Pies (berneński pasterski) na mój widok rzuca się dziko w moją stronę machając radośnie ogonem. Witamy się czule i wylewnie a zażenowany maruda się poddaje i staje się milszy, bo pies całkowicie ignoruje wszystkie ici, ne fais pas ca, au pied i inne.
Po tak mile rozpoczętym dniu jedziemy w stronę Nowego Brunszwiku, chcemy zajechać jak najdalej. Zmieniamy się z M. za kierownicą, więc jazda idzie nam szybko. Mnie podoba się to o tyle, że kiedy M. prowadzi ja mogę sobie czytać dalsze części The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy a to doskonała lektura na drogę. Zatrzymujemy się w jakiejś dziurze nad St. Lawrence River gdzie dane mi jest zjeść bardzo ale to bardzo kiepskie fish & chips.
Za Rivière-du-Loup zaczynają się niezbyt wysokie ale bardzo widokowe Appalachy a sama autostrada na chwilę się kończy. Przejazd przez góry wiąże się ze zmianą klimatu i strefy czasowej. Leżący po drugiej stronie Nowy Brunszwik tak jak Nowa Szkocja i Wyspa Księcia Edwarda leży w atlantyckiej strefie czasowej, a więc jest o godzinę do przodu wobec Toronto i Nowego Jorku.
Przy doskonałej pogodzie i bez większych niespodzianek docieramy do Moncton. To leżące blisko granicy z Nową Szkocją dwujęzyczne miasto słynie z tego, że przepływa przez nie rzeka, w której tak jak w pobliskiej Bay of Fundy dobrze widać przypływy i odpływy. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że do oceanu z Moncton jest naprawdę kawał drogi. Mamy problem z noclegiem. W okolicy jest mało moteli a tam gdzie pytamy wszystko zajęte. W końcu lądujemy w hotelu w samym centrum Moncton, przez co mamy okazję naocznie sprawdzić, że rzeczywiście prawie wszystko zamyka się o jedenastej. Za to możemy podziwiać bardzo ładnie oświetloną rzekę pełną trzcin i zarośli. Dobrze, że kupiliśmy w Toronto kabanosy na drogę, doskonale sprawdzają się w takich sytuacjach. Kabanosy i dobre zimne niemieckie i czeskie piwo (też zapasy z Toronto) są najlepszą rzeczą na zakończenie tak udanego dnia.
***
Nowy Brunszwik jest ciekawą prowincją, bo przez to, że jedna trzecia jego mieszkańców to frankofońscy Akadyjczycy (mówią innymi niż w Quebecu dialektami francuskiego) jest jedyną prowincją ustawowo dwujęzyczną. Rzeczywiście, w odróżnieniu od Quebecu w Nowym Brunszwiku większość ludzi, których spotkaliśmy była całkowicie dwujęzyczna. Niektóre miasta Nowego Brunsziwku mają trochę senny i nieco europejski charakter. W Edmunston i Moncton można się poczuć trochę jak na Słowacji a życie biegnie o wiele wolniejszym niż w Toronto rytmem.
//czwartek//
W hotelu dają śniadanie, więc się udajemy. Zawsze kiedy jestem w hotelu, co nie zdarza mi się bardzo często, bardzo lubie się przypatrywać ludziom. W hotelowych jadalniach na śniadaniu spotyka się bowiem cały mikrokosmos typów ludzkich. Nie inaczej było i tym razem.
Po śniadaniu wyruszamy w drogę. Do Nowej Szkocji tylko kawałek, ale do naszego kempingu cały dzień jazdy. Ponieważ Nowa Szkocja jest większa niż Szwajcaria, albo Słowacja postanowiliśmy się ograniczyć do jej najbardziej dzikiej i niezwykłej części, wyspy Cape Breton.
***
View Larger Map
Przy swoich ponad 10 tysiącach km2 Cape Breton Island jest całkiem spora (mniej więcej wielkość Jamajki), choć ma tylko niecałych 150 tysięcy mieszkańców. Do początku dwudziestego wieku większość nabrzeżnych osad na wyspie była dostępna jedynie okresowo i tylko od strony oceanu co wpłynęło na wykształcenie się specyficznej wyspiarskiej kultury, odmiennej nie tylko od reszty Kanady ale także od pozostałej części Nowej Szkocji. Do dzisiaj cztery największe grupy etniczne zamieszkujące Cape Breton to potomkowie imigrantów ze Szkocji i Irlandii, frankofońscy Akadyjczycy i rdzenni Mikmakowie. Poza tym mieszka tam trochę Afro-Amerykanów, potomków zbiegłych niewolników z USA i mała grupa przybyłych na początku wieku Maronitów z Libanu.
***
Po kilku godzinach jazdy niezłą autostradą docieramy do Cape Breton. Robi się pusto.Mijamy same lasy i rybackie osady. Poza tym kiedy wjeżdża się na wyspę w oczy rzucają się wszechobecne motywy celtyckie. Prawie wszystkie tabliczki z nazwami miejscowości, poza miejscami gdzie mieszkają Akadyjczycy, są po angielsku i w gaelic. Na wyspie działa prężnie Gaelic College, jedyna instytucja nastawiona całkowicie na nauczanie tradycji, muzyki i języków celtyckich w północnej Ameryce.
Na obiad lądujemy w indiańskim ośrodku kulturalnym, przy którym poza salą obrzędową jest restauracja a w niej pyszny seafood chowder (rodzaj zupy z owoców morza i ryb), od dawna moja ulubiona potrawa. Sami Indianie to wspomniani wyżej Mikmakowie. Ponieważ knajpa i ośrodek są na terenie rezerwatu do cen nie dolicza się podatków. Najedzeni i bardzo zadowoleni wyruszamy w dalszą drogę. Nie wiem dlaczego, przypomina mi się tytuł ksiązki Fiedlera, którego swoją drogą nigdy nie lubiłem, Spotkałem szczęśliwych Indian. Kiedy później poczytałem to i owo o Mikmakach okazało się, że rzeczywiście całkiem dobrze się im układa. Cieszę się, byli dla nas bardzo mili.
Po południu docieramy do legendarnego Cabot Trail. To droga, pełna wiraży i przepaści, którą w latach trzydziestych rząd Kanady połączył różne odizolowane części Cape Breton. Od wielu lat Cabot Trail jest ze względu na swoje położenie, widoki i wszedobylskie łosie jedną z największych atrakcji turystycznych Ameryki Północnej. Muszę przyznać, że mnie to nie dziwi i rzeczywistość zdecydowanie przerosła moje oczekiwania. Wznoszące się nad oceanem góry nie są może zbyt wysokie, ale przez to, że wznoszą się od poziomu oceanu ich ponad czterystumetrowa wysokość nabiera zupełnie innego wymiaru.
Wszędzie znaki ‘uwaga na łosie’, szyje nam z M. odpadają od uporczywego patrzenia w lewo i prawo, żeby choć cień łosia zobaczyć ale nic z tego. Żaden łosiopodobny stwór się nie pojawia za to my wieczorem docieramy do naszego kempingu na końcu świata…
Prowadząca kemping para jest bardzo sympatyczna. Hodują w pobliskiej zatoce ostrygi, które można sobie kupić po $1,50 za sztukę, za tuzin i dwa wychodzi o wiele taniej. Oboje mają bardzo brytyjską urodę, on przypomina mi mojego byłego księdza-profesora, Szkota, który żuł tabakę i palił fajkę. Tak jak mój profesor ma bardzo silny szkocki akcent, który swoja drogą bardzo lubię. Szybko się okazuje, że spora część populacji na wyspie ma właśnie różne odmiany szkocko-podobnego akcentu. Używają też sporo słownictwa i form, które w Ontario na codzień trudno usłyszeć, na czele z zawrotną ilością question tags. (It isn’t very warm today, is it?)
//piątek//
Jedziemy na samą północ wyspy, do Meat Cove. To osada w której mieszka 60 osób i kończą się wszystkie drogi.
View Larger Map
Zresztą asfalt kończy się wcześniej. Żeby dojechać do Meat Cove trzeba przejachac ładnych kilka kilometrów po drodze ze żwiru. Warto. To najdziksza część wyspy. Cały dzień spędzamy łażąc po szlaku, objadając się dzikimi malinami, robiąc zdjęcia i patrząc na klify i ocean pod nami. Pachnie, widoki są jak z Tolkiena a w osadzie czeka na mnie pyszna kolacja – śnieżny krab. Ani śladu łosi…
//sobota//
Leje. Pada, wieje, mży, wilgotno, mgła. Wszystko to pięknie wygląda ale robi się zimno i spędzamy dzień jeżdząc od jednej osady rybackiej do drugiej. Włóczymy się po małych portach i pustych nabrzeżach. Robimy zdjęcia, walczymy z żywiołami i staramy się nie zmarznąć. Na kolację, a jakby inaczej, chowder i coś z krabów w małej knajpce na klifie obok latarni. Panie wyglądają na żony rybaków i kojarzą mi się z żonami górników, a to skojarzenie przywołuje pozytywne doznania smakowe. Okazuje się, że rzeczywiście. Pyszne. Tak bardzo, że jeszcze tam wrócimy dwa razy, choć za drugim jest już niestety zamknięte. Gdyby ktoś był zainteresowany to miejsce nazywa się Chowder House w osadzie Neils Harbour.
View Larger Map
Dojeżdżamy do drugiego końca wyspy, jedziemy na sam koniec żwirowej drogi i ze zdumieniem odkrywamy po drodze bardzo ładny… tybetański klasztor buddyjski. Niestety nie udaje nam się zwiedzić, ale biorę ulotkę. Ładne miejsce sobie wybrali. Jedziemy dalej. Na samym końcu droga się zwęża i zaczyna się ścieżka. Potem mała kładka nad wartkim strumieniem a za nią Ostatni Dom po tamtej stronie wyspy. Mały, przepięknie położony. Za domem już tylko las, góry i ocean. Do najbliższej drogi kilkadziesiąt kilometrów… Ciekaw jestem kto tam mieszka.
Nadal ani pół zdechłego łosia…
//niedziela//
Co by tu innego… Postanawiamy wstać na wschód słońca. O dziwo udaje nam się i po krótkiej walce wewnętrznej zwlekamy się ze śpiworów. Zwijamy aparty, statywy i pędzimy na plażę. Jesteśmy z siebie niezwykle dumni. Niesamowite, choć są chmury.
Nie można zmarnować tak dobrze rozpoczętego dnia. Kupujemy bilety do celu naszej podróży, słynnego parku narodowego Cape Breton Highlands.
Idziemy szukać łosi. Błagam wszystkie duchy indiańskich przodków, żeby zesłały na nasze ścieżki choć jednego, bo obawiam się, że jeśli M. nie zobaczy łosia to zostaniemy na wyspie do zimy. O dziwo udaje nam się już na drugim szlaku, czego efekty widać na zdjęciach M., która szczęśliwa zużywa na rogacza chyba pół karty pamięci.
Park jest niesamowity, ale zdecydowanie polecam jego północną częśc, bo na szlakach na południu jest tłoczno. Natomiast na północy zdarzało nam się być jedynymi osobami na całym szlaku. Widzimy łosie, króliki, całą masę ptaków, kojota z czymś w pysku, lisa i węże. Poza tym sporo ładnych motyli i ptaków we wszelkich rozmiarach i barwach. Najbardziej widowiskowym szlakiem jest Skyline, który biegnie po szczytach gór nad samym oceanem i oferuje zapierające dech widoki. To właśnie tam spotkaliśmy pierwszego łosia, ale nie na głównym szlaku tylko na o wiele dzikszej pętli…

Pod wieczór w doskonałych humorach jedziemy z jednego miejsca widokowego na drugie, zatrzymujemy się i tak dalej. Kiedy chcę wyjechać z jednego z nich patrzę bezradnie jak na wirażu przed nami motocyklista wpada na kamienie, traci panowanie nad swoją maszyną i ładuje się w tylne lewe koło naszego samochodu. Przez chwilę nie wiem co się dzieje, wychodzę i nie bardzo wiem gdzie mam patrzeć. Martwię się o człowieka na motorze ale stoję sparaliżowany. Do M. podchodzi jakiś facet i się pyta czy wszystko w pordządku. Okazuje się, że to on w nas wjechał. Całe szczęście nic mu się nie stało, jet tylko lekko potłuczony, za to jego motocykl ma skrzywioną ramę więc nadaje się na smietnik. Nasze auto jakimś cudownym trafem ma tylko rozerwaną oponę, podrapaną felgę i pęknięty tylny zderzak. Koledzy motocyklisty zakładają mi zapasowe koło, ja sam jestem w szoku i nie za bardzo wiem co mam robić. Robi się gęsto, pojawiają się jacyś ludzie, spisujemy dane a po chwili pojawia się bardzo sympatyczny policjant z RCMP. Spisuje raport, wszyscy dochodzimy do siebie. Czekamy na auto holujące, które zawiezie motor do warszatu w miasteczku na dole. Zjawia się po pół godzinie, policjant bierze od niego miotłę i kiedy wszyscy mu się przypatrują z zaciekawieniem zaczyna z bardzo zadowoloną miną zamiatać ulicę. Kierowca-holownik okazuje się być frankofonem, bo całe miasteczko na dole jest akkadyjskie. Mówi mi, że może będzie miał dla mnie oponę, ale nie jest pewien. Każe mi jechać za sobą. Ruszam, za mną jedzie policjant. Już po kilkuset metrach holownik ostro pruje po wirażach na dół choć wszędzie ograniczenie do 50-60 km/h. Po chwili gubię go z oczu a sam nie mogę jechać szybciej, bo za sobą mam policjanta, który pewnie klnie po angielsku i francusku na zmianę, bo przeze mnie też musi jechać wolno… Taką kawalkadą (nikt sie nie ośmiela wyprzedzać policji, wszyscy więc potulnie jadą za mną) docieramy po jakichś dwudziestu minutach do położonego na dole frankofońskiego Chéticamp. Udaje mi się znaleźć samochód holujący, którego kierowca zdążył już chyba wypić ze dwie kawy. W jego warszatcie pracownicy przypominają typy z komiksów o Asteriksie, wypisz wymaluj. Jeden z nich pyta mnie grzecznie co się stało po czym wszyscy zaczynają sobie nawzajem opowiadać ową ciekawą niedzielną historię po francusku, gestykulując przy tym jak Louis de Funes. Niestety nie ma opony, muszę czekać do poniedziałku. Idziemy z M. na kawę do Tim Hortonsa i wracamy na kemping. Po drodze spotykamy dalsze łosie.
//poniedziałek//
Rano załatwiam policję i ubezpieczalnie. Dzwonię do zakładu z oponami w Cheticamp i zamawiam jedną oponę na wtorek. Idziemy na szlaki i łazimy cały dzień. Jest pięknie, ale ani śladu łosi.
//wtorek//
Rano załatwiamy oponę. To inny mechanik, ale powtórka z rozrywki. Opowiadam naszą historie po angielsku a obsługa dzieli się wrażeniami po francusku, kręcąc głowami i gestykukując ze zrozumieniem. Potem idziemy na pyszne śniadanie w małej akadyjskiej knajpce. Po śniadniu na szlak. Jest gorąco i oczywiście ani śladu łosia. Za to pojawiają się meszki, na które M. ma uczulenie. Idziemy szlakiem gdzie kiedyś były domy rybaków. Myślę jakie ciężkie musieli mieć życie. Nawet dzisiaj nie jest łatwo mieszkać w tamtych stronach, a co dopiero sto lat temu. Udaje nam się zobaczyć kilka bardzo ładnych wodospadów. Przy jednym z nich próbuję przejść przez powalone drzewo nad strumykiem. Oczywiście osuwa się kora pod moimi butami i ląduje w strumieniu doprowadzając M. do stanu przedzawałowego.
Zapomniałem dodać, że co noc po powrocie ze szlaku rozpalamy ognisko. Delektując się koszmarnym miejscowym piwem (Keith’s India Pale Ale, ewentualnie Keith’s Amber Red) patrzymy na gwiazdy dzielimy się wrażeniami z dnia i robimy plany na dzień następny. Z jakiegoś powodu w NS bardzo trudno o dobre piwo choć mają kilka bardzo dobrych mikrobrowarów, a wspomniane gatunki są paskudne, jak większość kanadyjskiej piwnej produkcji piwnopodobnej. No ale jesteśmy na wakacjach, więc nawet to nam nie straszne. Tradycję ogniska z piwem udaje nam się podtrzymać aż do przedostatniej wakacyjnej nocy.
//środa//
Zwijamy się z gór i jedziemy na dół. Czujemy się przegrzani. Jedziemy w stronę Sydney, największego miasta na wyspie. Po drodze zatrzymujemy się w miejscu gdzie robią i sprzedają bardzo ładną cynową biżuterię. Obiad jemy w pobliskim kościele, przy którym jest mała knajpa. Wszystko jest bardzo brytyjskie, nawet na ścianie wisi portret miłościwie nam panującej Elżbiety. Jedzenie fantastyczne a panie kucharki wyglądają jak żony rybaków (patrz wyżej). Przepływamy promem linowym na drugą stronę, do Englishtown, gdzie znajdujemy sympatyczną pocztę. Znow to samo, na ścianie portret królowej, tylko nieco starszy. W końcu docieramy do kempingu w Mira River Provincial Park. Mamy poletko wielkości kortu tenisowego otoczone lasem, na końcu poletka malownicza Mira River a po drugiej stronie plaża. Cudnie. Ale piwa nie udaje nam się kupić, znów jesteśmy skazani na wyroby piwopodobne.
//Czwartek//
Louisbourg o którym będzie osobny wpis. Chyba. Mam nadzieję.
Po całym dniu spędzonym w osiemnastym wieku jedziemy do Sydney, gdzie M. wypatruje orła, któremu robi dłuższą sesję zdjęciową. Bardzo sympatyczne miasteczko ale niesamowita dziura. Zwiedzamy jeden kościół i ‘centrum’ a potem w końcu udaje nam się znaleźć prawdziwy pub z prawdziwym lanym piwem i bardzo smacznym jedzeniem. Zadowoleni z życia wracamy do namiotu. Rano jedziemy dalej.
//piątek//
Jak przystało na kogoś, kto urodził i wychował się w mieście górniczym mam lekką fiksację na punkcie wszelakich kopalń, którą potęguje „krasnoludzka” część mojej natury (gdybym żył w świecie Tolkiena albo Sapkowskiego byłbym krasnoludem). Przed wyjazdem czytałem, że na Cape Breton było kiedyś mnóstwo kopalń węgla kamiennego, które w większości pozamykano w latach dziewiędziesiątych. Owe kopalnie w dużej mierze znajdowały się pod dnem oceanu, więc chciałem zobaczyć co zostało z górniczego dziedzictwa wyspy. Spakowaliśmy więc z M. graty i pojechaliśmy do Sydney Mines, bo według jednego przewodnika właśnie tam można obejrzeć wchodzące głęboko w ocean szyby. Guzik prawda… Co prawda Sydney Mines było rzeczywiście miastem górniczym poza nazwami ulic i muzeum geologicznym nic więcej tam nie ma, wszystko zasypali. Za to w miejscach gdzie kiedyś stały szyby jest dosyć tajemniczo…

Zapytałem miejscowych gdzie znajdziemy jakieś pozostałości węglowej historii i wysłali nas do Glace Bay. No i rzeczywiście. Pojechaliśmy tam i zwiedzili miejscową kopalnię-muzeum. Na pamiątkowych tablicach przy wejściu widziałem nazwiska górników, którzy zginęli w wypadkach i ze zdumieniem odkryłem, że sporo jest tam polskich imion i nazwisk. Chyba emigrujący za chlebem górnicy ze Śląska dotarli aż tam. Sama kopalnia była ciekawa ale niezbyt nadzwyczajna, choć uroku dodawało jej to, że stoi na brzegu oceanu. Za to o wiele ciekawsze były stojące obok ‘familoki’, czyli górnicze osiedle, które ładnie zrekonstruowano do stanu z początku wieku, z pełnym wyposażeniem. W jednym z budnyków zrekonstruowano sklep dla górników a w innym restaurację. Wszystko z wieką dbałością o szczegóły. Zjedliśmy pyszną rybę, jak co dzień i pojechali w stronę granicy z Nowym Brunszwikiem. Po drodze patrząc na nazwy miejscowości pomyślałem, po raz kolejny, o Tolkienie. Co chwila pojawia się jakieś ‘ore’, ‘iron’, ‘salt’, ‘rock’ albo ‘mine(s)’. Istny raj dla krasnoludów. Oto przykłady, niekoniecznie z naszej trasy:
Iron Rock
Iron Ore
Salt Springs
Coalburn
Iron Mines
Copper Lake
Caribou Gold Mines
Soapstone Mine
… i tak dalej i tak dalej…
Wieczorem docieramy nad Atlantyk, tym razem od strony Wyspy Księcia Edwarda. Te okolice Nowej Szkocji słyną z bardzo ciepłej wody w oceanie i ładnych plaż, co okazało się być prawdą. Sam kemping jest zupełnie różny od tego co widzieliśmy do tej pory. Ot rodziny z dziećmi i dziadkami, głównie miejscowe. Bardzo mili, choć tłoczno tam niezwykle. Mamy ogromne poletko bardzo blisko oceanu. W nocy przyszła silna wichura i burza ale namiotu nam całe szczęście nie zalało. Inni mieli mniej szczęścia i rano suszą to i owo.
//sobota//
Rano idziemy na plażę, a że jest odpływ to znajdujemy rozgwiazdy i foki. M. jest zafascynowana. Zostwiam ją na plaży a kiedy wracam okazuje się, że znalazła niedaleko wyspekę, na której siedzą ze dwa tuziny tych niezwykle fotogenicznych stworzeń. Zostawiam M. i idę spisywać wrażenia do namiotu, po kilku godzinach M. wraca. Bardzo dobrze, że ma jeszcze kilka kart pamięci.
Zwiedzamy okolicę i odkrywamy winiarnię, w której degustujemy to i owo, ale podająca wino panienka jest dosyć egzaltowana, więc wrażenia mam takie sobie. Jakimś cudem wpadamy na miejsce gdzie była kiedyś pierwsza w Kanadzie kopalnia soli, koło niej znajdujemy malutki cmentarz górników. Jednym słowem krasnoludzka częśc mojej natury jakoś podświadomie się pcha tam gdzie można coś takiego znaleźć.
Wieczorem na kempingu ma być koncert – muzyka lat 50/60-tych.Najpierw jednak idziemy na zachód słońca na plażę. M. rezolutnie pyta pana z obsługi o której będzie zachód na co ów równie rezolutnie odpowiada, że kiedy słońce zajdzie. Po tej miłej wymianie zdań idziemy popływać w oceanie. Koło mnie pojawia się foka i trzyma się bardzo blisko nas. Miłe wrażenie. Po jakimś czasie na brzegu pojawia się pan z obsługi i krzyczy do M., że zachód będzie o tej i o tej. Idziemy po aparaty i cykamy kilkaset ujęć zachodu i przyległości. Potem idziemy na słynny koncert. Obsługa zachęca, żeby przynieść swoje piwo, więc skwapliwie się dostosowujemy. Kiedy przychodzimy sala jest pełna, ale znajdujemy jakieś miejsca w kącie.Kapela gra same ‘złote przeboje’ z nieodłącznym House of the Rising Sun. Po krótkiej chwili cała sala tańczy. Nastrój tak nam się udziela, że nawet my odstawiamy jeden taniec i po raz osiemset osiemdziesiąty trzeci obiecujemy sobie solennie, że w końcu musimy poznać podstawowe arkana tej czynności plemiennej. Po udanym koncercie siedzimy sobie przy udanym ognisku i sączymy dobre piwo. Udało nam się bowiem dostać pyszne piwo z małego mikrobrowaru. Wpis o piwie będzie osobno.
//niedziela//
Żegnamy się z oceanem i jedziemy do Nowego Brunszwiku. M. prowadzi sporą częśc drogi a ja czytam kolejną część Hitchhiker’s Guide… Docieramy do Grand Falls, miasteczka położonego nad bardzo ładnym wodospadem. Robimy dalszą setkę zdjęć i jedziemy na kemping, ostatni w czasie tych wakacji. W nocy leje, ale całe szczęście tym razem śpimy w chatce.
//poniedziałek//
Przez Quebec wracamy do Ontario. Po drodze zatrzymujemy się nad rzeką św. Wawrzyńca gdzie robimy mnóstwo zdjęc, a w pobliskim miasteczku kupujemy smaczne miejscowe sery. Wieczorem docieramy do Montrealu. Przejazd przez miasto jest tym razem bardzo męczący, bo jest spory ruch a prawie wszyscy montrealscy kierowcy mają duszę rajdowców. Docieramy do Ontario i naszego ulubionego motelu w Long Sault.
//wtorek//
Wracamy do domu. Na ulicach widzę wystawione kosze na śmieci, znak, że strajk się skończył. Rzeczywiście, jakąś godzinę po naszym powrocie na naszej ulicy pojawia się śmieciarka. No i koniec wakacji, ale wspomnień i wrażen mamy ogromną ilość. Nawet nie obejrzałem jeszcze wszystkich zdjęć. Wakacje były z serii tych najbardziej udanych. Jeszcze nie wiem kiedy, ale teraz wybieramy się na Nową Funlandię, na wschodnią częśc Wyspy Księcia Edwarda i na południe Nowej Szkocji, w okolice Halifaxu…
13 Comments, Comment or Ping
ten pociąg do kopalnii to ja rozumiem ;O)
czekam na zdjecia – u M. już obejrzane. no i fajnie się czytało wasze wpisy do porannej kawy dziś – w poniedziałek :O)
August 10th, 2009
no sama nie wiem co napisac, przypomniala mi sie nasza wloczega po usa sprzed dwoch lat. przeczytalam i jestem pod wrazeniem, i gdyby nie milion powodow, to zapakowalabym nasza trojke i sama ruszyla w trase
nigdy nie bylismy na wschodzie i bardzo zaluje, ze nie zrobilismy tego jeszcze przed urodzeniem Benka, bo teraz to moze byc ciezko wybrac sie na taka wloczege.
a tak a propos to Keith’s nie jest taki tragiczny, sa gorsze… na przyklad taki Molson
i losie wydziliescie, wow! my widzielismy jednego w Glacier NP, ale byl niestety bardzo daleko… i foki, ech piekna mieliscie wyprawe!
a co do kabanosow na road trip, to my lubimy rowniez, ale jeszcze bardziej to beef jerky, tyle, ze po niej szczeki bola od zucia
August 10th, 2009
Dzięki. Zdjęcia będą, ale trochę to potrwa. Poprawiłem w tekście literówki, bo wczoraj nie miałem już siły czytać przed wrzuceniem do bloga.
August 10th, 2009
Atsanik: Molson i Coors to już zupełne dno, ale Keiths’a też nie lubię. Swoją drogą robią go w kilku miejscach, wiec ten w Toronto jest trochę lepszy niż ten robiony w Halifaxie. Normalnie było mi po jednym piwie niedobrze, dodają do tego jakiejś chemii.
Też lubię beef jerky, ale tym razem wzięliśmy kabanosy, bo zdrowsze.
PS. U Anety zostawiłem namiary na miejsce gdzie niedaleko Ciebie sprzedają dobre sery…
August 10th, 2009
Z ciekawości spytam: czy nie było Wam bliżej jechać przez Stany? Popatrzyłam na mapę i sporo drogi nadrobiliście jadąc tak daleko na północ.
August 10th, 2009
kw: dzieki za link, fakt, rzut beretem od toona
postaramy sie wybrac niedlugo.
August 10th, 2009
Na początku też tak myślałem. Sęk w tym, że nie da się pojechać prosto, przez Vermont, NH i tak dalej, bo tam są dzikie góry i nie ma dróg… Zresztą zobacz sobie na przykład na google maps trasę z Buffalo przez Stany, wyjdzie Ci bardzo podobnie, szkoda zachodu. Można by się tłuc ścieżynkami przez góry, ale też tylko do pewnego momentu, bo nie ma jak ominąć Maine a przez jego środek nie ma żadnej drogi. To powód numer jeden.
Powód numer dwa: kiedy się jedzie z Kanady przez Stany to nie można niestety zabrać żadnych zapasów, bo do Stanów nie wolno wwozić żywności również z Kanady. Zwłaszcza kabanosów, cytryn i pasztetu w puszkach…
August 10th, 2009
Świetna relacja, zdaje się powinnam wpisać NS na listę miejsc do odwiedzenia… Łoś jest super, foki też. Współczuję stłuczki z motocyklem, dobrze że się dobrze skończyła.
August 10th, 2009
Rzeczywiście, no kto by pomyślał. Ciekawe, że nie możecie wozić jedzenia z Kanady do Stanów, bo zdaje się, że ze Stanów do Kanady można. Jak jechałam do Newboro to wszystko swoje na biwak przywiozłam ze Stanów i nikt mnie nie pytał o żywność na granicy, tylko o papierosy i alkohol.
August 10th, 2009
Nie wolno. Na granicy są wywieszki. Ale kiedy się jedzie ze Stanów to aż tak bardzo nie sprawdzają. Na granicy często zupełnie o nic nie pytają a najczęściej właśnie o alkohol (o wiele u nas droższy niż w Stanach) i tytoń. No i na bieżąco sprawdzaja w komputerze czy nie ma się rekorfu kryminalnego, na przykład za DUI (driving under influence) bo wtedy do Kanady nie wpuszczą, trzeba załatwiać specjalne pozwolenie. Wielu obywateli USA o tym nie wie i na granicy się dziwią, że nie mogą wjechać, bo dwadzieścia lat wcześniej policja w Stanach ich złapała na paleniu trawy…
Na punkcie alkoholu mają hopla do tego stopnia, że kiedy się jedzie na jeden dzień do Stanów nie można z sobą nawet piwa przywieźć. Znaczy można przywieźć, ale naliczą cło.
August 10th, 2009
Oh, jak mi sie marzy taka wloczega. Kiedys, kiedys, jak nazbieram duuuuzo wolnych dni (kiedy???). Zazdroszcze wielu wrazen. Los super!
August 10th, 2009
Widzę, że Wam też się wakacje udały! Ja z rodzinką powłóczyłam się trochę po Polsce, od Bałtyku po Tatry, było super, pogoda dopisała. Nie spotkaliśmy wprawdzie łosi ani fok ale sarny, żurawie i masę innych “naszych” zwierząt i ptaków. Podróżując przez cały kraj było kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia ale trzeba na to więcej niż dwa tygodnie urlopu. Odezwę się jeszcze, pozdrawiam serdecznie.
August 12th, 2009
Reply to “Celtowie, łosie, góry i ocean czyli wakacje na Cape Breton (NS)”