*********
Słowa kursywą pochodzą z gwary zaolziańskiej, czyli takiej wersji śląskiego jaką posługuje się moja rodzina na Zaolziu. Sami zaolziacy nazywają język, którym mówią na codzień “po naszymu“.
*********
Kiedy byłem małym chłopcem, uwielbiałem Wielkanoc. Do dziś w mojej pamięci tkwią tamte zapachy, smaki i tradycje oraz ludzie, którzy w większości już dawno odeszli.
Co ciekawe, nie pamiętam prawie nic z Wielkanocy w Polsce. Zdarzyło mi się ją tam spędzić tylko kilka razy i mam niewiele skojarzeń poza zwyczajowym ‘zajączkiem’, który w niedzielę Wielkanocną chowa w przydomowych śląskich ogródkach słodycze i drobne upominki dla dzieci. Biegaliśmy z siostrą po ogrodzie od jałowca do szopy i z powrotem, szukając śladów i sprawdzając czy zajączek nie zostawił przypadkiem czegoś dla nas w takiej, albo innej kryjówce. Ponieważ nikt w mojej rodzinie nie chodzi do kościoła nigdy nie było w naszym domu koszyczków ze święconką ani innych tradycji tego typu. Za to prawie wszystkie moje Wielkanocne wspomnienia wiążą się z Zaolziem.
Kiedy zjawialiśmy się u moich dziadków w pewnym uroczym miejscu między Czeskim Cieszynem i Karwiną, na stole zawsze były już jakieś wiosenne stroiki a ze starego elektrycznego piekarnika, zwanego w zaolziańskiej gwarze tromba dobiegał zapach świeżo pieczonego baranka. Babcia na górze czyli strychu trzymała starą żeliwną formę, która składała się z dwóch części. Po upieczeniu obu części w rzeczonej trombie babcia przystępowała do najtrudniejszego etapu. Należało tak wyjąć połówki baranka z formy, żeby nie ukruszył się mu nos i uszy, co wcale nie było łatwym zadaniem i babcia nieźle się nieraz denerwowała na przeciwne ciasto. Najczęściej jednak baranek wyskakiwał z formy w całości. Zwykle dzielnie z siostrą asystowaliśmy babci w tym procesie, bo oboje wiedzieliśmy, że jeśli baran wyjdzie z formy bez szwanku będziemy mogli pomóc babci w składaniu połówek. Pod czujnym okiem babci łaczyliśmy obie części baranka kremem, posypywali pudrem albo polewali czekoladą a na koniec zakładali barankowi oczy. Zakładanie oczu to był gwóźdź programu, bo jak wiadomo dopiero baranek z oczami to baranek „prawdziwy”, a nasz baranek oczy miał zawsze takie same, a mianowicie dwa ziarna kawy Standard. Był to w tamtych czasach jedyny dostępny rodzaj kawy na rynku czechosłowackim.

Po udekorowaniu baran lądował na stole w jadalni a w kuchni przygotowywano tymczasem następne rarytasy. Dosyć często babcia piekła na Wielkanoc doskonałe kołaczyki z serem albo makiem, zwane na Zaolziu kołoczki i wykazujące spore podobieństwo do tradycyjnych czeskich kołaczyków:

(Jeśli ktoś chce przepis to służę, robi się je dosyć szybko. Zdjęcie M.)
Najważniejszą i najbardziej nietypową potrawą Wielkanocną były i są jednak na Zaolziu pecynek i szołdra.

Pecynek w wersji nieco mniejszej. Zdjęcie robiła M.
Pecynek to rodzaj chleba z razowej mąki żytniej, w którym zapieka się kiełbasę, wędzoną szynkę, wędzony boczek albo inne dobra, przy czym każdy dom ma w tej dziedzinie swoje tradycje. W domu moich dziadków pieczeniem pecynka zajmował się najczęściej dziadek. Ponieważ pecynek powinien trochę poleżeć przed podaniem zwykle kiedy przyjeżdżaliśmy do dziadków gotowe bochny czekały już w spiżarce, zwanej w zaolziańskiej gwarze szpajzka. Z tego powodu nauczyłem się piec pecynek o wiele później, podpatrując mojego tatę, który w pewnym momencie postanowił zrobić dziadkowym wypiekom konkurencję. (Teraz to właśnie tato podtrzymuje tę starą wielkanocną tradycję kulinarną i muszę przyznać, że pecynek jego wypieku jest naprawdę doskonały.) W dużym skrócie wygląda to tak, że wyrośnięte ciasto dzieli się na dwie części. Pierwszą część wykłada się na dnie formy, na wierzchu układa się wzdłuż dłuższej krawędzi formy długie kawałki kiełbasy, szynki albo boczku, a następnie całość szczelnie zamyka drugą połową ciasta. Po upieczeniu pecynek kroi się jak normalny chleb, tyle, że kromki powinny być grubsze, żeby się nie łamał. Polecam, naprawdę doskonałe, o ile do środka włoży się wędliny dobrej jakości. Najlepsze są oczywiście wędliny wędzone w domu, ale porządne sklepowe też mogą być.
Szołdry w domu moich dziadków się nie piekło, za to specjalizowały się w niej siostra mojego dziadka i siostra babci. Szołdra jest poniekąd podobna do pecynka, bo też wkłada się do niej szynkę albo kiełbasę, ale pomiędzy pecynkiem i szołdrą są zasadnicze różnice. Szołdrę piecze się z ciasta pszennego, często francuskiego, a pecynek z mąki żytniej. Poza tym w pecynku z zasady kładzie się obok siebie kilka różnych szynek i kiełbas, podczas gdy szołdra to jeden kawałek wędzonki albo kiełbasy otoczony o wiele cienszą warstwą ciasta niż pecynek. Pomimo pozornych podobieństw pecynek i szołdra zupełnie inaczej smakują. Do tego stopnia, że wiele znanych mi osób ma wyraźnie ustalone preferencje w tym temacie.

Szołdra. Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.moraviasilesia.cz
Poza szołdrą, pecynkiem i barankiem na Wielkanocnym stole moich dziadków na Zaolziu można było znaleźć całą masę innych smakołyków. Na wiele dni przed świętami (zarówno Wielkiej Nocy jak i Bożego Narodzenia) babcia zabierała się za pieczenie ciasteczek, których robiła zwykle około dziesięciu albo i więcej rodzajów. Pamiętam doskonałe rogaliki orzechowe, ciasteczka z orzechów laskowych z lukrową polewą, koniczynki z orzechem laskowym, stożki z kokosu, składane ciasteczka z domową marmoladą ze śliwek w środku, ciasteczka z rumem…
Obiad wielkanocny był rytuałem samym w sobie, bo to jedna z niewielu okazji w roku kiedy całe życie rodzinne przenosiło się z kuchni do jadalni. Przed obiadem co roku powtarzaliśmy ten sam rytuał: liczyliśmy ilu nas jest po czym przez kwadrans dorośli dyskutowali żywiołowo o tym, czy należy rozciągnąć stół, czy też nie. My z siostrą byliśmy wielkimi zwolennikami rozciągania, bo przy stole siadało nas sporo a dzieciska zawsze miały najmniej prestiżowe miejsca, więc było nam trochę ciasno. Liczba domowników zmieniała się co roku, bo czasem brat mamy był, innym razem jechoł na gory (jechał się wspinać po górach). Najczęściej był jednak pełen komplet a więc prababka, babcia z dziadkiem, rodzice, brat i siostra mamy, moja siostra i ja, a więc spora gromadka. Z czasem rodzeństwo mamy założyło własne rodziny, więc skład znów się zmieniał, najczęściej na plus. Proszę się więc nie dziwić, że nalegaliśmy z siostrą na rozkładanie stołu. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego ten proces był otoczony taką niechęcia ze strony dorosłych, zwłaszcza, że stół rozkłądało się dosłownie w minutę, ale pewnie ów brak racjonalnego wytłumaczenia jest odpowiedzią samą w sobie. Tak więc zasiadaliśmy do wielkanocnego obiadu w komplecie, czasem przy stole rozłożonym a czasem nie. Sam obiad był bardzo prosty i tradycyjnie śląski a więc rosół z kury z makaronem i knedelkami z wątróbek, pieczony w trombie królik (najczęśćiej w wersji nadziewanej) i ziemniaki a czasem także czeskie knedliki. Na deser kompot, który z nieznanego mi do dzisiaj powodu pozwalano siostrze albo mnie przynosić z piwnicy dopiero po obiedzie. Było wesoło, gwarno i głośno. Wszyscy mówili naraz a nad stołem unosiła się pozytywna aura rodzinnego spotkania. Pamiętam zapachy, głosy i kolory, ale niestety nie da się tego przekazać…
Poniedziałek Wielkanocny, znany zwyczajowo w Polsce jako Śmigus-Dyngus a na Zaolziu jako Śmiergust był dla mnie tą najważniejszą częścią świąt. Moja siostra, czemu się nie dziwię, nie lubiła tego dnia i kiedy tylko mogła zaszywała się przed ludźmi.
Wczesnym rankiem po solidnym śniadaniu, na które tradycyjnie co roku był pecynek i jajecznica na boczku, albo z grzybami, o ile już zdążyły jakieś wyrosnąć, ucinaliśmy z tatą i wujkiem, o ile nie był akurat na gorach albo na szachcie, po gałązce jałowca, wyjmowaliśmy zakupione wcześniej butelki z wątpliwej jakości perfumami, wsiadaliśmy w samochód i zaczynali objazd po domach naszych licznych zaolziańskich krewnych. W każdym domu ten sam rytuał: kropimy perfumami wszystkie panie w domu po czym ‘suszymy’ im nogi korbaczami z jałowcowych gałązek. Potem koniecznie po kawałku pecynka albo szołdry, kawa i tradycyjne pytanie: kiery sam szoferuje. Wszyscy którzy wyglądają na pełnoletnich (według śląskich standardów) i nie prowadzą samochodu dostają po półce czyli po kieliszku czegoś mocniejszego. W każdym domu owa półka jest czym innym: tu serwują miodulę, tam fernet, gdzie indziej domową śliwowicę a jeszcze gdzie indziej becherovkę albo jeszcze co innego. Trzeba bardzo uważać, bo taka mieszanka potrafi być ciężka dla głowy.

Pojawiają się coraz to nowi śmiergustnicy, przy czym wielu z nich znam tylko z owych jednorazowych spotkań. Część mówi po naszymu, częśc zna tylko czeski, czasem pojawia się jakiś Słowak. Wszyscy doskonale się bawią, nikt nie jest agresywny, atmosfera jak z Hrabala. W każdym domu wymieniamy najnowsze plotki, dowiadujemy się co słychać u tego i tamtego, wszędzie chcą, żeby jeszcze zostać, ale przed nami jeszcze wiele kapliczek do odwiedzenia. Z częścią osób uda nam się spotkać w innych miejscach, bo w końcu wszyscy jesteśmy jakoś spokrewnieni, więc będziemy odwiedzać te same domy. Przed wyjściem dzieci dostają słodycze i banknoty*.
Po odwiedzeniu wszystkich ciotek, które odwiedzić należało wracamy do domu na obiad. Zawsze protestowałem, bo bardzo lubiłem takie łażenie po domach i nie chciało mi się wracać. Poza tym… nie byłem głodny, bo w każdym domu wciskano w nas kolejne porcje pecynka lub szołdry i ciasteczek. Jednak obiad poniedziałkowy był tradycją od której w domu dziadków nie było zwolnienia. Moje argumenty o tym, że przecież już jedliśmy nie robiły na dziadkach większego wrażenia. Ja cierpiałem podwójnie, bo na poniedziałkowy obiad Wielkanocny prawie zawsze było coś co uwielbiam a więc wędzone przez mojego dziadka (często przy mojej pomocy) kurczaki, pieczone później w trombie. Kto raz spróbował owego delikatesu ten wie, że nie da się tego smaku porównać z niczym innym. No więc owe kurczaki wjeżdżały na stół, na deser podawano baranka a ja nie byłem w stanie nic przełknąć, choć jedno i drugie bardzo lubiłem, bo cały żołądek wypełniały mi kolejne warstwy pecynka, szołdry i innych dóbr ze wszystkich domów, które owego dnia odwiedziliśmy. Sęk w tym, że nie dało się również odmówić ciociom i wujkom kiedy częstowali tymi domowymi smakołykami…
No i taką właśnie wiosenno, rodzinno-gwarną Wielkanoc z Zaolzia pamiętam. W tym roku, dla podtrzymania tamtych wspomnień upiekłem dwa pecynki i muszę przyznać, że wyszły całkiem nieźle, choć oczywiście nie da się ich porównać do tamtych zaolziańskich, pieczonych w starej elektrycznej trombie w domu moich dziadków.
———————————–
*Proszę sobie wyobrazić, że kiedy byłem dzieckiem ów wielkanocny ‘zarobek’ w czechosłowackich koronach był właściwie jedynym moim ‘dochodem’ w całym roku, poza okazjonalnym kieszonkowym od dziadków. Za ‘zarobione’ datki od ciotek i babć kupowałem potem czeskie książki, modele samolotów do sklejania i czeskie słodycze. Niektóre ciotki były niezwykle hojne i dawały mi po 500 koron, co w latach osiemdziesiątych było zawrotną sumą. Nawet za banknot stukoronowy można było w tamtych latach kupić kilka książek i całą furę słodyczy…

Takie stukoronowe banknoty były w obiegu aż do początku lat dziewiędziesiątych czyli końca Czechosłowacji.
10 Comments, Comment or Ping
ufff, dobrze ze jestem najedzona
A pecynek i koloczyki rzeczywiscie pyszne! Raz mialam okazje towarzyszyc w objezdzie wszystkich kapliczek. Ciesze sie bardzo ze moglam tego doswiadczyc choc, jako ze nie bylam szoferem a pelnoletnia juz bylam, dosyc mi sie te wszystkie trunki potem pomieszaly, zwlaszcza ze sie te kielonki zaczynely od samego rana… Domowa sliwowica, domowa wisniowka na domowej sliwowicy, ajerkoniak domowy, kalwados wlasnej produkcji, nalewka wlasna itp itd…
April 13th, 2009
super opis!
ja się pochwalę, że miałam okazje jeść taki pecynek i kurde – smaka mi narobiles teraz na calego!! bo to jest dobre!! nawet moja mama to piecze, chociaz z tymi stronami nie mamy nic wspolnego. ale mamy znajoma lekarke, ktora wprawdzie mieszka w moim rodzinnym miescie ale pochodzi zza poludniowej naszej granicy ;O) i to ona nam pecynka przedstawila, potem dala przepis mojej mamie i tak jakos zostalo…
dobra. koncze, bo zaslinie kompa ;O)
April 14th, 2009
Ja dodam tylko tyle, że u nas tzn. na Śląsku Zajączek zostawia prezenty w ogródkach w Lany Poniedziałek i wcale się nie dziwię Twojej Siostrze, że nie lubiła tego dnia! A kto lubi być mokry cały dzień?!
Pecynka nie pieczemy ale gotujemy wędzone szynki, pieczemy baranki i ciasta no i oczywiście robimy pisanki. Oczywiście spróbuje upiec pecynka, dam znać czy mi wyszedł.
April 14th, 2009
Kawalek za miedza, a jakie rarytasy na stole, o ktorych czlowiek nie ma pojecia.
April 14th, 2009
Dziękuję za komentarze.
Zula, szczerze mówiąc nie pamiętam w jaki dzień przychodzi zwykle Zajączek ale podejrzewam, że do nas mógł zaglądać trochę szybciej, bo w tamtych czasach wyjazd za granicę to była cała wyprawa, o czym już tu kiedyś pisałem, więc rodzice się zwykle stresowali i chcieli mieć to z głowy…
April 14th, 2009
Tak polegam na RSSach, ze nie mialam okazji dostrzec zmiany szaty blogu – bardzo ladna.
Opis czytalam z niedowierzaniem i zazdroscia. Wyjatkowo bogata tradycja wielkanocna i jakze rozna od polnocno-wschodniej Polski. Nic tylko podtrzymywac. Teraz jeszcze bardziej zaluje, ze nie udalo nam sie odwiedzic Was na Wielkanoc, a jednoczesnie boje sie myslec, co by bylo z moim psem jakbysmy jednak pojechali.
April 16th, 2009
Mam nadzieję, że pies dojdzie do siebie, trzymam kciuki! I oczywiście czekamy na Was jakoś niebawem w Toronto!
April 16th, 2009
Nigdy takich rzeczy nie jadłam, a nawet o nich nie słyszałam.
Czytając opis o baranku, myślałam, że chodzi o opis prawdziwego. Dopiero jak ten cukier puder pojawił się w opisie, to chyba wtedy dotarło do mnie, że nie chodzi o jagnięcinę.
Pozdrowienia.
Alicja
April 23rd, 2009
Pięknie opisane. A ja od 2 lat mam na Wielkanoc szołdre tylko że nazywają ją święcelnikem. Pieką ten rarytas w Połomi skąd jest mój zięć.
April 24th, 2011
Reply to “Pecynek, szołdra i śmiergust”