
-Co sprawia, ze Kanada jest lub juz nie atrakcyjna dla emigranta?
Takie oto pytanie zadał mi ktoś, kto rozważa przyjazd do Kanady i start od zera. Muszę przyznać, że to nie jest łatwe pytanie i nie da się na niego udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Postaram się opisać różne aspekty życia w Kanadzie z własnej perspektywy. Dzisiaj częśc pierwsza, ogólna.
—————-
Wydaje mi się, że wiele zależy od najróżniejszych czynników i to co jednym będzie się podobało, dla innych będzie odstraszające. Spróbuję napisać co nieco o własnych przemyśleniach na ten temat. Proszę jednak pamiętać, że to li tylko moja własna percepcja i w żaden sposób nie musi być zgodna z odczuciami setek tysięcy imigrantów, którzy przyjechali do Kanady szukając swojego miejsca na ziemi.
Na samym początku powieninem zaznaczyć, że Kanada to ogromny kraj. Niby to banał, ale ktoś kto planuje w Kanadzie rozpocząć życie od nowa będzie miał zupełnie inne przeżycia, możliwości i problemy w zależności od tego gdzie się postanowi osiedlić. Prowincje i terytoria różnią się od siebie nie tylko ilością mieszkańców na kilometr kwadratowy, ale także klimatem, rynkiem pracy, wysokością podatków, prawem i wieloma innymi rzeczami. Oczywiście najbardziej inny jest Quebec, bo jego odmienność kulturową uwypuklają odmienne od reszty Kanady język, system prawny, kultura i kuchnia, a także podejście do imigrantów. Choć w całej Kanadzie imigrantom żyje się o wiele łatwiej niż w Europie, w Quebecu najtrudniej poczuć się ”u siebie”, nie tylko imigrantom ale również Kanadyjczykom z innych prowincji. Zaznaczam, że moja opinia oparta jest na tym co czytałem i słyszałem, bo sam Quebec znam wyłącznie od strony turystycznej.
Trzy prowincje w których tradycyjnie osiedlało się w ostatnich latach najwięcej imigrantów to Ontario, Quebec i Kolumbia Brytyjska. Właściwie powinienem pisać o trzech miastach, bo do niedawna lwia częśc nowoprzyjezdnych osiedlała się w okolicach Toronto (ponad 50% nowych imigrantów), Vancouver i Montrealu. Od kilku lat imigranci osiedlają się także w Albercie, za sprawą szybkiego rozwoju gospodarki w zachodnich prowincjach Kanady. Pozostałe prowincje i terytoria również przyjmują imigrantów, ale ich liczba jest o wiele mniejsza.
Toronto jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie, kulturowo i językowo miastem na świecie. Prawie połowa mieszkańców miasta urodziła się poza Kanadą, a ponieważ co roku Toronto przyjmuje prawię połowę nowych imigrantów ta liczba będzie ulegać dalszemu zwiększeniu, chyba, że Kanada przestanie przyjmować nowych imigrantów, na co się nie zapowiada. W tym miejscu powinienem dodać dygresję. A mianowicie niektórzy Polacy decydując się na wyjazd do Kanady nie zdają sobie sprawy z tego, że Toronto nie tylko jest miastem wielokulturowym, ale wielokulturowość jest siłą napędową tkanki miejskiej. Potem na miejscu przeżywają szok, widząc, że na ulicy albo w tramwaju często o wiele łatwiej jest spotkać imigrantów z Chin, Indii, Jamajki albo Filipin niż białych. Większość Polaków prędzej czy później oswaja się z wielokulturową mozaiką, ale niestety dosyć często spotyka się też pełne nieuzasadnionych pretensji jednostki, którym tutejszy porządek rzeczy się nie podoba. Nie rozumieją, że Kanadyjczycy są społeczeństwem wielokulturowym, które swoją siłę czerpie z akceptacji dla nowoprzyjezdnych.
Jak można się domyślać z powodu mozaiki kultur, Toronto jest idealnym miejscem dla miłośników egzotycznej kuchni. Gdybym miał podać kilka powodów dla których to właśnie Toronto stało się naszym domem to dostępność, wybór i mnogość wszelkiej maści restauracji i sklepów spożywczych byłoby na czołowym miejscu. Chyba nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie można dostać praktycznie każdy składnik potrzebny w jakimkolwiek przepisie. Dziesiątki niedrogich restauracji pozwala poznać kulinarne kultury świata, przy czym ceny w tutejszych restauracjach są bardzo przystępne. Za $10-15 można właściwie zjeść każde danie, może z wyjątkiem tych najbardziej wykwintnych. Co ciekawe kuchnie azjatyckie są tak popuarne, że większość mieszkańców miasta swobodnie posługuje się pałeczkami, rozróznia sushi od sashimi i wie do czego używać jakiego sosu sojowego. Ze swojego własnego doświadczenia mogę podpowiedzieć, że odkąd zamieszkaliśmy w Toronto mogę w końcu gotować to na co mam ochotę a nie to do czego dostanę składniki. Udało mi się nawet namierzyć restaurację uzbecką z czuburekami i australijski vegemite, choć przez jakiś czas wydawało mi się, że akurat tych przysmaków w Toronto nie dostanę…
Czytelnicy tego bloga chyba zauważyli, że oboje z Kobietą Pracującą czujemy się w Toronto ‘na swoim miejscu’. Mamy pracę, jesteśmy zadowoleni, kupujemy dom, dużo zwiedzamy i za nic w świecie nie chcielibyśmy wracać do Europy. Muszę przyznać, że czasem ludzie, zwłaszcza Polacy, pytają się nas jak to możliwe, że po pięciu latach wiemy, że to nasz dom, skoro oni sami po tylu latach nadal nie są u siebie a na każdym kroku słychać opinie, że imigranci z wykształceniem nie mogą dostać pracy, przez co ludzie z doktoratami prowadzą taksówki. Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytanie, ale wydaje mi się, że zauważyłem pewną prawidłowość, która działa nie tylko wśród imigrantów z Polski ale ogólnie. Otóż wydaje mi się, że o wiele łatwiej odnaleźć jest się ludziom, którzy po przyjeździe tutaj nie zaszywają się we własnym getcie etnicznym i którzy zakładają, że to inny kraj i trzeba się dostosować do reguł jakie tutaj panują. Ponadto potrzebna jest doza optymizmu i cierpliwości. Znam kilka osób, które po wielu latach spędzonych na emigracji są Kanadą bardzo rozczarowane i nie wierzą, że mogą tutaj coś osiągnąć. Niestety te osoby powielają model o którym pisałem wyżej – mieszkają i zawierają nowe znajomości głównie wśród członków swojej grupy etnicznej, nie czytają kanadyjskiej prasy i książek po angielsku, nie biorą udziału w życiu swojej lokalnej kanadyjskiej społeczności i tak dalej. Wiele razy podczas rozmów z takimi ludźmi zauważam, że oni dalej tkwią w swoim starym kraju. Znają nowe filmy, seriale, wiedzą co się dzieje w polityce, starają się każde wakacje spędzać ‘w ojczyźnie’. Z drugiej strony po kilkunastu latach spędzonych w Kanadzie nadal nie uważają się za Kanadyjczyków, pomimo tego, że w szufladach trzymają kanadyjskie paszporty. To trudna sytuacja, bo ‘tam’ już dawno nie są u siebie a w Kanadzie nie są u siebie z wyboru. Potem pojawiają się stresy i pretensje a także żal, że oto ‘kanadyjski sen’ jakoś nie chce się ziścić. Kolejnym problemem jest szok kulturowy. Tradycyjnie w Kanadzie najłatwiej integrują się Europejczycy, bo w końcu Kanada była kolonią Wielkiej Brytanii, więc większość tutejszych instytucji oparta jest na modelu brytyjskim, nie tak znowu odległym od instytucji w pozostałych częściach Europy. Wydaje mi się, ale może nie mam racji, że jeśli chodzi o imigrantów z Europy Środkowej, o wiele łatwiej integrują się ludzie, którzy dorastali już po upadku muru berlińskiego niż ci, którzy do Kanady przyjechali w latach osiemdziesiątych i którzy przeżyli szokową zmianę systemu. Oczywiście to uogólnienie, bo wśród tych, którzy przyjechali do Kanady w latach osiemdziesiątych jest mnóstwo ludzi, którzy są dumnymi Kanadyjczykami i którzy doskonale odnaleźli się w kanadyjskich realiach.
Co do opowieści o ludziach z doktoratem, którzy prowadzą taksówki to sprawa jest skomplikowana. Wszystko zależy od tego kto jaki ma dyplom i z jakiego kraju. Najłatwiej mają ludzie z USA, Wielkiej Brytanii i byłych kolonii brytyjskich (w tej właśnie kolejności), bo ich dyplomy zwykle uznawane są bez większego problemu. Od razu dodam, że bardzo, ale to bardzo trudno jest móc pracować w swoim zawodzie lekarzom, weterynarzom i prawnikom. Pomimo chronicznego braku lekarzy rodzinnych do niedawna kanadyjskie stowarzyszenia lekarskie robiły wszystko co mogły, żeby utrudnić przekwalifikowanie się lekarzom z innych krajów. Ostatnio rząd federalny i rządy prowincji zapowiedziały, że czas zmienić podejście, ale nie wiadomo co z tego wyniknie i kiedy. Innym problemem jest to, że część polskich dyplomów ma w Kanadzie wartość nostalgiczno- pamiątkową (wiele zależy od uczelni i dziedziny) i jeśli ktoś chce osiągnąć tutaj jakąś pozycję zawodową to musi się liczyć z tym, że będzie musiał iść na studia, z czym akurat nie ma problemu, bo inaczej niż w Europie, Kanadyjczycy przekwalifikowują się i dokształcają w każdym właściwie wieku. Z tym, że nie jest to tanie. Ponadto, wbrew obiegowym opiniom, imigranci którzy znają dobrze angielski dostają pracę w kanadyjskich firmach bez większych ceregieli. Tyle, że angielski trzeba znać a nie tylko myśleć, że się zna, czego co poniektórzy nie rozumieją i zamiast szlifować język psioczą na system i uważają się za ofiary losu. Oczywiście jak w każdym miejscu tutaj też trafiają się typy, z reguły mało inteligentne, które choć same nie potrafią poprawnie pisać a ich leksykon nie przekracza kilkuset wyrazów uważają, że każdy kto ma akcent jest gorszy niż oni, native speakerzy. Nie jest to jednak zjawisko powszechne, większość Kanadyjczyków jest do imigrantów nastawiona przychylnie, o ile ci ostatni przestrzegają prawa i norm społecznych i obyczajowych, o czym niestety część imgrantów zapomina. Wydaje mi się, że zwłaszcza Europejczycy nie mają najmniejszych podstaw, żeby skarżyć się na szykany albo uprzedzenia. Naprawdę jak się chce to o wiele łatwiej można się stać pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. O wiele trudniej jest na przykład muzułmanom albo Jamajczykom, którzy już na początku muszą stawić czoła stereotypom a czasem rasizmowi. Na koniec powinienem jeszcze raz podkreślić, że wiele zależy też od tego gdzie się mieszka, bo o ile w Toronto nikogo nie dziwi egzotyczny akcent to na Wyspie Księcia Edwarda trudno spotkać Azjatę.
Ciąg dalszy nastąpi…
W kolejnych częsciach: służba zdrowia, przyroda, plusy i minusy, klimat, ceny, poziom życia, społeczeństwo…
Tags: okiem emigranta · toronto na codzień · życie w Kanadzie3 Comments
3 responses so far ↓
Bardzo ciekawie napisane, z niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy.
Kulinarny wypas u Was, ze sie tak wyraze.
fajnie to opisałeś. to prawda, że najtrudniej jest tym, którzy swoje nowe życie w Kanadzie budują tylko wśród swojej grupy etnicznej. myśmy nigdy, tu w Kanadzie czy wcześniej w Niemczech, nie szukali Polaków. wychodzę z założenia, że do przyjaźni potrzebne jest troche więcej niż tylko paszport z tego samego kraju.
a co do tych native speakerów, co uważają się za lepszych bo nie mają obcego akcentu, to niestety miałam okazję doświadczyc na własnej skórze. obu delikwentów robiło doktorat na uniwersytecie, gdzie pracuję. i co ciekawe, obydwoje mieli słowiańskie korzenie…