Res Varia

Całkowicie subiektywne opinie o świecie, filmie, muzyce, emigracji, jedzeniu i Kanadzie…

Res Varia header image 2

Kupowanie domu. Akt I

October 6th, 2008 by kw

House for sale

No i kupiliśmy dom…
Do całej operacji zaczęliśmy się przymierzać już trochę w zeszłym roku, kiedy byli u nas moi rodzice. Mieszkaliśmy wtedy w wynajętym szeregowcu z ogródkiem i całkiem nam się spodobała wizja zamieszkania w czymś swoim. Potem wszystko strasznie się poplątało i przez jakiś czas wyglądało na to, że nic nie będzie nie tylko z domu ale i naszego bycia razem, ale okazało się, że to przejściowa, choć uciążliwa zadyszka. Na wiosnę z głupia frant napisałem do pewnego agenta nieruchomości, który okazał się bardzo miłym i konkretnym człowiekiem i zaczął nam posyłać codzienną porcję nowych domów do sprzedaży, wybranych według kryteriów jakie sami mu podaliśmy.
O tym jaki chcielibyśmy mieć dom rozmawialiśmy z M. od lat więc mieliśmy w głowach nasz ‘dom idealny’. Wiedzieliśmy, że kupując dom trzeba iść na kompromis, bo domu idealnego nie znajdziemy, ale rzecz jasna chcieliśmy, żeby jak najwięcej z naszych wymarzonych zachcianek znalazło się na liście a były też takie, bez których kandydat na nasz dom od razu zostawał zdyskwalifikowany. Wśród cech jakie ów kandydat musiał posiadać znajdował się na przykład park w pobliżu, bo wiadomo, że z psem trzeba chodzić na spacery. Poza tym założyliśmy, że nie kupimy nic co nie będzie blisko metra albo w ostateczności tramwaju, nie będzie miało sensownego ogródka, nie będzie miało kuchni w której można usiąść albo nie będzie miało piwnicy, będzie dalej niż 40 minut metrem albo tramwajem do centrum i tak dalej. Z cech wymarzonych mogę jeszcze wymienić werandę albo pokój zimowy, ‘charakter’, choć to akurat trudno zdefiniować, co najmniej dwie sypialnie, drewno albo panele na podłogach (nienawidzę wykładzin, do tego jestem alergikiem), miejsce do parkowania z tyłu za ogródkiem, dużo światła, okna wychodzące na wschód i zachód oraz klimatyzację. Jak widać listę mieliśmy dosyć długą i, nie ma co ukrywać, byliśmy nieco wybredni.
R. posyłał nam oferty, my, świadomi naszych niezbyt wygórowanych możliwości finansowych i cen domów w Toronto przeglądaliśmy je bez większego przekonania. Aż pewnego dnia napisałem do R. maila i umówiłem nas na spotkanie. To było jakieś dwa tygodnie temu. Pojechaliśmy do biura R. w piątkowe popołudnie, podjął nas herbatą z ciastem i zaproponował, że pośle nam wszystkie oferty domów w naszym zasięgu cenowym a tydzień później pojedzie z nami obejrzeć to i owo. Chętnie się na to zgodziliśmy, bo w końcu miło się ogląda kiedy nie trzeba się nagle decydować. Tyle, że znamy siebie na tyle długo, żeby wiedziec, że jak nam przychodzi jakiś pomysł do głowy to dosyć długo myślimy ale jak już się zabieramy za realizację to wszyscy się dziwią, że nam tak szybko idzie… Nie inaczej było teraz.
Podeszliśmy do zadania bardzo serio, dowiedzieliśmy się w dwóch różnych bankach czy aby dadzą nam kredyt na dom, jak wiadomo z kredytami ostatnio nienajlepiej i choć w Kanadzie nie ma kryzysu jak w Stanach to jednak wszyscy czekają co będzie dalej. Szczerze mówiąc to też był jeden z impulsów, bo po raz pierwszy od dekady rynek domów w Toronto trochę przyhamował. O ile jeszcze rok temu wystawiano domy za jakąś cenę a później ludzie się o nie zabijali i podbijali cenę do góry o kilkadziesiąt tysięcy dolarów to teraz zrobiło się przyjaźnie dla kupujących. Chcieliśmy więc wykorzystać szansę. W dwóch bankach powiedzieli nam, że owszem ponieważ mamy oboje stałą pracę i nieźle zarabiamy to możemy kupić dom do $300,000, tyle, że musimy spełnić kilka warunków, nie tak bardzo trudnych. Kiedy dowiedzieliśmy się, że nie będzie problemu z kredytem na dom bardzo sie oczywiście ucieszyliśmy. Jedyne co nas martwiło to to, że w Toronto bardzo trudno jest znaleźć jakiś sensowny dom za te pieniądze. Mieliśmy do wyboru albo mikroskopijną klitkę w jakiejś ‘modnej’ dzielnicy, albo, w czym od dawna się z jakiegoś powodu specjalizujemy, coś w przyzwoitym rozmiarze w dzielnicy, która dopiero zaczyna się robić porządna i my będziemy królikami doświadczalnymi. Wybralismy drugą opcję, bo mieliśmy niezłą zaprawę w Krakowie, gdzie wiele lat temu wynajęliśmy fantastyczne mieszkanie w starej, porządnej kamienicy w Podgórzu, wtedy jeszcze tradycyjnie robotniczej dzielnicy Krakowa. Wielu naszych znajomych pukało się w czoło, do momentu kiedy się nie okazało, że my możemy sobie chodzić z Rynku i Kazimierza do domu piechotą o trzeciej nad ranem a oni muszą płacić grube pieniądze za taksówkę i spędzać trzy razy więcej czasu, żeby dojechać autobusem na zajęcia. Dzisiaj Kazimierz i Podgórze to dwie najmodniejsze dzielnice w Krakowie i jestem przekonany, że nasze dawne mieszkanie w kamienicy wynajmowane jest za niemałe pieniądze. Wracam jednak do Toronto. Wśród części mieszkańców panuje przekonanie, że Toronto dzieli się na dobrą i gorszą stronę. Ta dobra to West End, czyli wszystko na zachód od ulicy Yonge. A ta zła to East End, czyli wszystko na wschód od Yonge. Ta teoria ma się z jakiegoś powodu świetnie, choć naprawdę nie wiem dlaczego, bo najbardziej snobistyczne dzielnice Toronto są właśnie w East Endzie. Wśród nich na przykład Cabbbagetown, Riverdale i Leslieville. Natomiast West End jest zatłoczony, zamurowany, ciasny i o wiele mniej zielony niż wschodnie dzielnice. Ludzie mieszkający w West Endzie dziwią się jak można mieszkać we wschodniej części miasta a ci którzy mieszkają na wschodzie bardzo sobie chwalą. W ogóle takich stereotypów jest sporo, na przykład Scarborough, ongiś osobne miasto a dziś najbardziej na wschodzie położona dzielnica Toronto cieszy się złą opinią, choć wszystkie statystyki policyjne jak byk pokazują, że najwięcej przestępstw jest w centrum Toronto a najwięcej strzelanin, bijatyk i zabójstw na północy, niedaleko York University. Scarborough wcale nie jest więc gorszą dzielnicą niż zachodnie Toronto, na co wskazują choćby ceny domów, dosyć wygórowane. Ale koniec dygresji.
Poszliśmy na dwa ‘domy otwarte’ w weekend, jeden z nich na ulicy przy której kiedyś mieszkaliśmy, żaden z nich nie zachwycił nas jakoś szczególnie. Jeden, ten przy naszej dawnej ulicy, miał ‘potencjał’, ale był dosyć podniszczony i trochę za ciasny, a drugi był klitką odpicowaną na wysoki połysk, żeby się sprzedać. R. posłał nam wszystkie oferty domów w naszym przedziale cenowym więc siedliśmy przed komputerami żeby zrobić liste tych, które ewentualnie chcemy obejrzeć. Wybralismy ich bodajże jedenaście i poprosili R. żeby nas zabrał na oględziny. R. po jakimś czasie odpisał, że udało mu się załatwić wizytę w pięciu, reszta albo się sprzedała albo były z nimi jakieś inne problemy. W sobotę rano R. podjechał po nas i razem wyruszylismy na poszukiwania.

dom 1

Dom numer jeden. Bungalow. Według ogłoszenia bardzo ‘przytulny’. Samo otoczenie powaliło nas z nóg – po lewej boisko szkolne, na końcu ulicy niezbyt zachęcająco wyglądające wieżowce i dosyć mało przyjaźnie wyglądające otoczenie. No ale poszliśmy zobaczyć. Czułem się jak w domku z kart, w którym wszystko było za małe a sam układ nie miał żadnego sensu. Szybko stamtąd uciekliśmy kręcąc głowami, R. też kręcił.

Dom numer dwa. Według ogłoszenia ‘Duży, smiały i piękny romantyczny dom wiktoriański’. Tak tak, to ten w końcu kupiliśmy, więc może o nim później…

Dom numer trzy. Ogłoszenie podkreślało jego wyjątkową lokalizację na ‘wysoce pożądanej, zadrzewionej ulicy, blisko greckiej i hinduskiej dzielnicy a także blisko jednej z najładniejszych acz najbardziej snobistycznych dzielnic Toronto, the Beach czyli Plaży (rzeczywiście jest tam piękna plaża i wspaniałe ogromne stare wille nad brzegiem jeziora Ontario). Z powodu tych niezwykle ważnych atrybutów sprzedający zażyczyli sobie za ów wspaniały dom prawie $320,000. Kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że dom z zewnątrz za diabła nie wygląda na aż tak wspaniały, a do tego położony jest na rogu ulicy i ma bardzo dłuuugi chodnik, który w zimie trzeba rzecz jasna odśnieżać, choć gdyby to był jedyny problem to machnąłbym ręką. Okazało się, że wbrew tutejszym zwyczajom które nakazują właścicielom wychodzić kiedy przychodzi agent z klientami (co ma sens, bo klienci sie krępują kied pan domu paraduje w szlafroku albo mierzy każdy krok potencjalnego kupca wzrokiem) właściciele tego wspaniałego cuda byli w domu. Siedzieli jednak grzecznie przy stole w kuchni. Od razu po wejściu uderzył w nas uciążliwy fetor potu, niewietrzonych pomieszczeń i innych takich. Wszystko się lepiło, choć dom był dosyć spory i sensownie zbudowany. W sypialniach na górze i w łazience było tak nieprzyjemnie, że szybko stamtąd ucieklismy klnąc w duchu na właścicieli. Dla porządku zeszliśmy do piwnicy i tam osłupieliśmy kompletnie. Na jednym końcu piwnicy wzdłuż ściany stały poukładane akwaria, w których pływały wszelkiej maści ryby. Obok akwariów na podłodze stała plastikowa miednica, w której cicho szumiał wodospad i też pływała rybka. Na drugim końcu piwnicy właściciel zbudował bar, taki jak w pubie. Na barze stały zakapslowane, puste butelki po piwie a w miejscu gdzie zwykle stoi barman stały… pralka z suszarką. Kontrast między barem, pralnią i rybkami był zniewalający. Dom nam się spodobał, ale pomyśleliśmy, że żeby pozbyć się tego brudu i smrodu trzeba by wymienić wszystkie podłogi i tynki, co kosztowałoby pewnie masę forsy.

Dom numer cztery, czyli ‘zrób to sam’. Położony w dobrym miejscu, bardzo ładny, tani, ale miał jeden szkopuł: nie było w nim żadnych podłóg ani ścian działowych, więc wszystko trzeba by zrobić samemu. Przez chwilę się zastanawialiśmy nad taką opcją, ale po pierwsze był daleko od metra, po drugie miał mikroskopijny ogródek a po trzecie R. smętnie nam się przyglądał kiedy rozważalismy taką opcję. Zauważylismy z M. dosyć szybko, że R. jest jednym z tych ludzi, którzy nie mówią czegoś wprost ale dosyć wyraźnie półsłówkami, pomrukami i minami dają do zrozumienia o co im chodzi. To w sumie dobre, bo w końcu R. kupuje i sprzedaje domy profesjonalnie, więc wie w co ma się sens pakować a w co nie. Założylismy z M., że R. jest po naszej stronie, bo gdybyśmy chcieli za kilka lat dom sprzedać i kupić inny to przecież R. byłby pierwszym logicznym wyborem, więc powinno mu zależeć, żebyśmy byli zadowoleni. No i zależało. Odpuściliśmy sobie dom do generalnego remontu, ale był napradę ładny.

Dom numer pięć, czyli ‘flip’, albo ‘przekręt’. Wszelkiej maści spece od zarabiania pieniędzy dawno temu zwęszyli okazję do szybkiego zarobku. Kupują więc tani dom do remontu, szybko remontują i sprzedają z ogromnym zyskiem. Można w ten sposób trafić na ładnie odnowiony dom, ale często zdarza się też, że remont robiono na akord i wszystkie pięknie wyglądające elementy zaczynają się sypać albo okazują się marnie zrobione. Taki właśnie był dom ostatni. Był na tyle świeżo wyremontowany, że w środku niemiłosiernie śmierdziało lakierem i farbą. Poza tym miał dziwnie wilgotne ściany w piwnicy i cały był z jednej strony podejrzanie wypucowany, z drugiej po dłuższym przyjrzeniu się okazywał się bardzo mały. No więc nic z tego.
R. odwiózł nas do domu, pożegnaliśmy się i kiedy tylko wyjechaliśmy na górę nastąpiło to czego się obawiałem, czyli intensywna analiza tego co widzieliśmy. Ale o tym w następnym odcinku…

Tags:   · · · 7 Comments

Leave A Comment

7 responses so far ↓

  • 1 Mariola Oct 7, 2008 at 6:15 am

    W takim momencie przerwać pisanie, a czyta sie jak dobry kryminał. Czekam na jeszcze.

  • 2 swert Oct 7, 2008 at 8:11 am

    Gratulacje! Widzialam zdjecia, niezle to wyglada. Teraz bedzie Wam juz brakowac tylko jednej rzeczy hehh ;-))))

  • 3 ania Oct 7, 2008 at 5:34 pm

    Gratuluje! I podobnie, jak Mariola czekam na ciag dalszy.

  • 4 AnetaCuse Oct 9, 2008 at 12:20 pm

    >> Tyle, że znamy siebie na tyle długo, żeby wiedziec, że jak nam przychodzi jakiś pomysł do głowy to dosyć długo myślimy ale jak już się zabieramy za realizację to wszyscy się dziwią, że nam tak szybko idzie… <<

    Widze, ze operujecie dokladnie tak, jak my :))

    Czytalam z zapartym tchem, a teraz czekam na opis i zdjecia “romantycznego domu wiktorianskiego.” Pozdrawiam.

  • 5 Agnieszka Oct 9, 2008 at 8:01 pm

    Moje gratulacje - to jest powazny krok w strone zapuszczenia korzeni na goscinnej ziemi kanadyjskiej :)

  • 6 Zuzia Malec Oct 11, 2008 at 1:11 pm

    Pięknie! Gratuluję i czekam na ciąg dalszy.

  • 7 Kupowania domu akt II Oct 11, 2008 at 2:11 pm

    [...] część możecie przeczytać tutaj. [...]