Res Varia

Całkowicie subiektywne opinie o świecie, filmie, muzyce, emigracji, jedzeniu i Kanadzie…

Res Varia header image 2

“Murzynek Bambo…” czyli polska wizja świata

August 19th, 2008 by kw

Dawno temu na początku każdego tygodnia z niecierpliwością czekałem aż ukaże się nowy numer mojego ulubionego tygodnika. Potem nadeszły zmiany, ja się zmieniłem, zacząłem czytać inne rzeczy i cotygodniowy romans z Polityką się zakończył. Teraz czytuję ten ongiś najlepszy polski tygodnik mniej więcej raz na kwartał i to z rosnącym niesmakiem. Z jednej strony coraz więcej artykułów to pisane na kolanie streszczenia tego co redaktor właśnie wyczytał w ostatnim numerze “Science”, “Scientific American”, “Time” albo innego anglojęzycznego czasopisma. Z drugiej strony, język, tematyka i poziom artykułów coraz częściej pozostawiają wiele do życzenia. Redakcja najwyraźniej przyjęła, że wszystko należy maksymalnie uprościć, skrócić i ujednolicić. Tak, żeby przypadkiem czytelnicy nie musieli się przy lekturze za bardzo namyśleć. Polityka ma być więc ładna, lekka i przyjemna, ot takie “Bravo” dla inteligentów, które w dodatku promuje specyficznie polsko-zaściankową wizję świata.

Powoli wykrusza się stare pokolenie redaktorów i na ich miejsce przychodzą nowi. Na przykład niepowtarzalnego Zygmunta Kałużyńskiego zastąpił Janusz Wróblewski. Niby to naturalna kolej rzeczy, ale tego co pisze Wróblewski nie da się za bardzo czytać. Oczywiście to moja osobista, być może mylna opinia, ale wydaje mi się, że od osób piszących zawodowo dla tygodnika tego formatu co “Polityka” można wymagać nieco więcej niż to co proponuje Wróblewski. Jakiś czas temu wpadła mi w ręcę jego recencja “Munyurangabo”, filmu o tragedii w Rwandzie. Wróblewski pisze tak (podkreślenia moje):

… Munyurangabo jest pierwszym filmem poruszającym ten problem. Bardzo przejmującym i nadzwyczajnie dojrzałym, co biorąc pod uwagę amatorskie warunki, w jakich powstawał, minimalną liczbę dni zdjęciowych (jedenaście) oraz to, że wyreżyserował go debiutant, w dodatku Koreańczyk urodzony w USA, Lee Isaac Chung, stanowi nie lada wyczyn.

Trzeba mieć naprawdę tupet, albo zupełnie nie myśleć, żeby reżysera, który wychował się na farmie w Arkansas i studiował w Yale nazywać “Koreańczykiem urodzonym w USA” a do tego używać jego azjatyckich korzeni, żeby wbić czytelnikom do głowy jaki to “nie lada wyczyn”. Jak mniemam według Wróblewskiego taki na przykład Polański to w ogóle “nie lada wyczyn”, bo nawet się w USA nie urodził a udało mu się tam nakręcić kilka klasyków…

Dalej Wróblewski zachwyca się tym, że “wszystkie dialogi [w filmie] wypowiadane są w narzeczu kinyarwanda”. Jak wiadomo, z jaśnie oświeconej polskiej perspektywy, jeśli mowa o afrykańskich językach to należy używać terminu “narzecze”. Mieszkańcy Afryki, jak wiadomo z nieśmiertelnego wierszyka o Bambo, są w przekonaniu pana Wróblewskiego (i wielu innych) zbyt prymitywni, żeby mieć własne języki…

Wróblewskiemu film o którym pisze przyniósł “wielką satysfakcję poznawczą”, natomiast mnie jego pseudo-intelektualna, patrząca z góry recenzja, tak dobrze wpisująca się w rzeczywistość “Polityki” nijak…

PS. Do nabazgrania tego co myślę o takich recenzjach i o poziomie polskiej prasy skłoniła mnie notka w zaprzyjaźnionym blogu, o innej recenzji innego “wybitnego krytyka”…

Tags:   · · · · · · · · · · No Comments

Leave A Comment

0 responses so far ↓

  • There are no comments yet...Kick things off by filling out the form below.