Zdjęć z wyprawy mamy sporo, ale musimy dopiero obrobić. Póki co trochę wstawiła M.
———————–
Na tegoroczne święto Kanady wybraliśmy się do Quebecu, bo dowiedzieliśmy się, że nad rzeką św. Wawrzyńca można oglądać wieloryby. M. znalazła bardzo ładnie wyglądający kemping niedaleko Tadoussac, malowniczej wioski położonej na brzegu rzeki św. Wawrzyńca, u ujścia skalistego fiordu. Jak wiadomo w Kanadzie odległości są duże, więc nie inaczej było i tym razem. Z Toronto do Tadoussac jest prawie 1300 km, więc nie da się tam dojechać po pracy.
View Larger Map
W piątek rano wysłaliśmy naszego psa “na wakacje” a sami postanowiliśmy wyjechać zaraz po pracy, bo przewidywaliśmy spory tłok na prowadzącej do Montrealu i Ottawy autostradzie. Przed wyjazdem mieliśmy trochę problemów z zapakowaniem samochodu, który miał się na tym wyjeździe okazję sprawdzić po raz pierwszy jako pojazd wycieczkowy. Niestety mamy skłonność do pakowania wszelkiej maści zbędnych gratów, poza tym musieliśmy gdzieś upchać trzy duże śpiwory i spory namiot. Ale udało się.
Na autostradzie rzeczywiście było tłoczno i martwiłem się, że nie zdążymy o sensownej porze dotrzeć do motelu, w którym już kiedyś spaliśmy a który jest położony w bardzo dogodnym miejscu, właściwie na przedmieściach Montrealu, w dziurze, która się nazywa Long Sault. Nie było jednak tak źle i do Long Sault zjechaliśmy koło dziesiątej w nocy. Wczesnym rankiem poszliśmy na typowe kanadyjskie śniadanie, którego moja siostra nie miała do tej pory okazji spróbować. Nakarmieni bekonem, jajkami i smażonymi ziemniakami popruliśmy dalej autostradą, w stronę Montrealu. Jechało nam się dobrze, w Montrealu nie było zbyt wielkich korków, więc wczesnym popołudniem dotarliśmy na przedmieścia Quebec City. Oboje z siostrą mamy fizia na punkcie wodospadów, a ponieważ obok miasta są dwa spore wodospady mieliśmy zaplanowany przystanek. Nieco zaczęła nas martwić pogoda, bo za Montrealem zaczęło lać i co jakiś czas deszcz zamieniał się w ulewę. Kiedy dojechaliśmy do pierwszego z wodospadów ,położonego w
Parc des Chutes-de-la-Chaudière, co prawda lekko padało, ale udało nam się całkiem sporo pochodzić po okolicy. Aparaty nam zamakały, ale i tak desperacko robiliśmy kolejne ujęcia wodospadu, który rzeczywiście jest bardzo widowiskowy i warto go jechać obejrzeć. Co ciekawe obok wodospadu jest też tama i elektrownia wodna, którą można sobie dokładnie z zewnątrz obejrzeć, a nawet zajrzeć do środka przez specjalnie w tym celu zamontowane plastikowe płyty. Bardzo mi się to spodobało, bo zwykle tego typu obiekty są otoczone płotem i niedostępne a tu proszę, nawet na turbinę można zerknąć, gdyby ktoś chciał zobaczyć jak takie ustrojstwo wygląda.
Po miłym przystanku nad wodospadem przejechaliśmy na wschodni brzeg rzeki św. Wawrzyńca, która za Quebec City robi się naprawdę szeroka i… słona. Zachodni brzeg rzeki tuż za Quebec City jest bardzo dziki, zimny i mglisty a okoliczne góry w naturalny sposób mogłyby tworzyć dekorację do Hobbita albo Władcy Pierścieni. Po długiej jeździe przez mgłę i deszcz dotarliśmy wreszcie do naszego kempingu nad fiordem.
Rozbijanie namiotu w deszczu jest dosyć paskudną sprawą, ale co było robić. Dosyć sprawnie i szybko nam poszło a po skończonej pracy pojechaliśmy szukać czegoś do jedzenia. Udało nam się znaleźć jedną otwartą restaurację z bardzo sympatyczną obsługą. Ponieważ większość Kanadyjczyków z Quebecu (poza Montrealem) zna angielski albo bardzo słabo albo wcale musieliśmy używać dziwnej mieszanki językowej, ale co tam. Najważniejsze, że się dogadaliśmy i dostaliśmy na kolację dobrą rybę i doskonałe quebeckie piwo.
Przez całą noc padał deszcz, więc o poranku nasze nastroje nie były najlepsze, zwłaczcza, że namiot zaczął trochę przeciekać. Jakoś zebraliśmy się do kupy, w czym pomogło nam solidne śniadanie, i pojechaliśmy zwiedzać okolicę.
View Larger Map
Jak wspomniałem Tadoussac jest położone nad fiordem, co możecie sobie zobaczyć na załączonej mapie. Przez fiord jest całodobowa darmowa przeprawa promowa, co bardzo nam się spodobało. Promy, tak jak wodospady, wzbudzają u mnie jakąś niewytłumaczalną dziecięcą nostalgię. Zanim się jednak przeprawiliśmy do wioski poszliśmy obejrzeć starą latarnię morską na skałach. Ponieważ było bardzo zimno byliśmy jednymi z nielicznych zwiedzających tego dnia i bardzo sympatyczna dziewczyna która w lecie dorabia sobie pracując jako przewodnik wyraźnie ucieszyła się na nasz widok. Opowiedziała nam w szczegółach dlaczego do Tadoussac od dawien dawna przypływają wieloryby. Dowiedzieliśmy się, że to miejsce szczególne, bo wpada do niego silny, zimny atlantycki prąd, który przynosi masę wszelkiej maści krylu i innych krewetkopodobnych, które są podstawowym pokarmem wielu gatunków wielorybów. Część wielorybów przypływa więc na “gościnne występy”, żeby się najeść przed zimą, a część w ogóle tej okolicy rzeki św. Wawrzyńca nie opuszcza. Poza tym pani pokazała nam prawdziwy wielorybi fiszbin, przez który wieloryby wciągają pokarm. Muszę przyznać, że fiszbin ma bardzo specyficzną teksturę i jest dosyć przyjemny w dotyku, ale cieszę się, że nie zabija się już wielorybów, żeby go pozyskać.
Po “wprowadzeniu w świat wielorybów” pojechaliśmy do Tadoussac. Ta maleńka wioska nad fiordem jest najstarszą stale zamieszkałą osadą frankofońską w Północnej Ameryce. Wioska obchodziła 400 lecie w 2000 roku, jest więc starsza od Quebec City o osiem lat. Oczywiście w dzisiejeszej wiosce nie pozostało zbyt wiele śladów dawnej osady, ale Tadoussac do tej pory szczyci się osiemnastowieczną (ponoć najstarszą w Ameryce Północnej) kaplicą drewnianą i bardzo ładnym dziewiętnastowiecznym hotelem z czerwonym dachem, w którym jak podpowiedziała mi M. kręcono The Hotel New Hampshire na podstawie powieści J. Irvinga. Według mnie hotel doskonale nadawał by się do kręcenia kryminałow.
Rzeka św. Wawrzyńca w Tadoussac ma kilkadziesiąt kilometrów szerokości, więc oczywiście nie widać drugiego brzegu. Woda jest tylko trochę mniej słona niż w Oceanie, do tego ma prawie cały rok tę samą, mroźną tempertaturę 6′ Celsjusza. Tak jak na Atlantyku, w Tadoussac są spore przypływy i odpływy, przez co niektóre szlaki wzdłuż brzegu mogą być niebezpieczne jeśli się o tym nie wie albo nie pamięta. Podczas całego naszego pobytu pogoda zmieniała się co chwilę, więc mieliśmy pełen przegląd, od burzy z ulewą, przez mgłę i mżawkę aż po ponure, zachmurzone niebo. Kiedy wieczorem wróciliśmy do namiotu okazało się, że po drugiej stronie fiordu nie padało i namiot zdążył całkiem nieźle podeschnąć. Zachęceni perspektywą nocy bez deszczu kupiliśmy wiązkę drewna na ognisko i popijając dla rozgrzania czerwone wino spędzali miło wieczór. A wczesnym rankiem czekała nas wyprawa na wieloryby.
Oglądanie wielorybów jest w Tadoussac miejsową specjalnością. Ludzie z całego świata przyjeżdżają właśnie po to, żeby zobaczyć te niezwykłe stworzenia. Wyprawy, które organizuje kilka firm, różnią się między sobą w drobnych szczegółach, ale ogólnie możliwe są dwie opcje. Albo wsiada się w kapokach i strojach przeciwdeszczowych w dosyć spory ponton z silnikiem i płynie w dwugodzinny rejs, albo też wsiada na sporej wielkości statek i płynie na trzygodzinną wyprawę. Pani w kempingu poleciła nam to drugie rozwiązanie, bo na pontonie jest podobno bardzo zimno. W tym miejscu muszę dodać, że tam w ogóle wszędzie jest bardzo zimno, bo poza tym, że ciągle zmienia się pogoda prawie bez przerwy wieje silny, zimny wiatr. Kiedy przed rejsem ustawiliśmy się w kolejce do statku niektórzy spoglądali na nas ze zdziwieniem, bo wszyscy mieliśmy na sobie kilka warstw, grube buty, polary i porządne kurtki przeciwwietrzne. A ci niektórzy przyszli na statek w szortach, koszulkach i sandałach. Jak się okazało mieliśmy nosa, wspomaganego trochę dobrą radą mojej koleżanki D., która była u wielorybów wcześniej i kilka razy podkreślała, że trzeba się ciepło ubrać. Kiedy tylko wypłynęliśmy na rzekę zaczęło wiać i nawet w naszych kilku warstwach było przeraźliwie zimno. Część płynących z nami od razu uciekła do ciepłego baru na pokładzie, my zaś zajęliśmy dobre do oglądania wielorybów miejsce przy dziobie. Po jakichś trzydziestu minutach rejsu zaczęły się pojawiać pierwsze wieloryby a potem było ich coraz więcej i więcej. Pani przewodnik, jak się później okazało specjalistka od wielorybów, w kilku językach naraz mówiła z której strony statku widać jakiego wieloryba, więc wszyscy biegali tam i z powrotem, nawet przemarznięci Koreańczycy w koszulkach i sandałach. Po jakimś czasie na pokładzie zapanował zupełny chaos, bo ze wszystkich stron otaczały nas wieloryby, jedne większe, drugie mniejsze, jedne pływały pojedyńczo, inne parami. Wrażenie sprawiało to niezwykłe i wszyscy chcieli rzecz jasna uwiecznić jak najwięcej z nich na zdjęciach albo filmach. My też:) Muszę przyznać, że zrobienie wielorybowi zdjęcia jest nie lada sztuką, bo nad wodą pojawia się dosłownie na kilka sekund, przy czym nigdy nie wiadomo w którym dokładnie miejscu wypłynie. Poza wielorybami pojawiły się też foki, więc już zupełnie nie było wiadomo czemu robić zdjęcia i z której strony. Kiedy tak wszyscy biegali z aparatami w dłoniach tam i nazad postanowiłem iść się rozgrzać do baru. Zamówiłem sobie “poncz kapitana” ale nie za bardzo był rozgrzewający, więc potem już wszyscy zamówiliśmy po kawie bosmańskiej, z jakimś całkiem smacznym likierem w środku. Tym razem podziałało. Czułem, że moje policzki powoli robią się czerwone, więc poczłapałem z powrotem na pokład. M. i A. biegały to tu to tam, ale po jakimś czasie wszyscy troche oswoiliśmy się z wielorybami za burtą i doszliśmy do wniosku, że musimy trochę na nie popatrzeć gołym okiem, bo to jednak inna perspektywa niż przez aparat…
Powinienem w tym miejscu dodać, że nasza pani przewodnik-specjalistka nie tylko podawała nam nazwy wszystkich gatunków wielorybów jakie się pojawiały, ale niektóre większe egzemplarze znała PO IMIENIU! Jak się okazuje każdy wieloryb jest nieco inny, więc naukowcy nadają im imiona a niektórzy potrafią je rozpoznawać. Byłem pod dużym wrażeniem.
Po dwóch godzinach przyjemnego obcowania ze ssakami za burtą statek wpłynął do fiordu, w którym mieliśmy oglądać bardzo ładny wodospad i białe wieloryby, które są gatunkiem zamieszkującym tylko w rzecze św. Wawrzyńca i w przeciwieństwie do swoich kolegów z innych gatunków nigdy nie zapuszczają się na Atlantyk. Kiedy wpływaliśmy do fiordu czuliśmy się trochę jak Frodo wjeżdżający do Rivendell. Za burtą wieloryby, skały, las i mgła, z głośników statku płynął łagodny głos Enyi a przed nami ze skał spadał niezwykłej urody wodospad.
Po trzech godzinach tej niezwykłej podróży przeprawiliśmy się promem do Tadoussac . Na obrzeżach wioski znajduje się bardzo widowiskowy park narodowy Sanguenay. Pogoda polepszyła się na tyle, że udało nam się do niego zajrzeć i sporo pochodzić. Wbrew obawom M. niedźwiedzie dały nam spokój, za to szybko staliśmy się łatwym łupem dla komarów i meszek, znanych w Kanadzie jako black flies.
Meszki najdotkliwiej pokąsały M., która przez następnych kilka dni chodziła cała opuchnięta i obolała. Owadzie ataki zdecydowanie rekompensowały nam niezwykłe widoki, których niestety żadne zdjęcia nie oddadzą w pełni.
We wtorek było Święto Kanady a my pełni wraże musieliśmy się niestety zbierać z powrotem do Toronto. Trochę się martwiliśmy czy uda nam się przejechać całą drogę w jeden dzień a w środę niestety musieliśmy się rano pojawić w pracy. O dziwo droga powrotna mijała nam o wiele szybciej niż jazda tam, może ze względu na to, że niebo się rozpogodziło i przez cały dzień mieliśmy słońce za oknem. A. skrzętnie skorzystała z okazji, żeby pojeździć sobie po Kanadzie autem i trudno mi ją było oderwać od kierownicy:) Bardzo zadowoleni dotarliśmy do Toronto o bardzo przyzwoitej porze i nawet udało nam się jeszcze rozpakować wszystkie graty.
No i tak to właśnie z wielorybami było…
Tags: Kanada · parki narodowe · podróże · przyroda · quebec · tadoussac · wieloryby6 Comments
6 responses so far ↓
… lecz za szybko się skończyło! No, ale mamy dużo zdjęć, a najlepsze są te z serii - Gdzie jest wieloryb??
Swietny opis i jeszcze swietniejsze zdjecia. Co za przeurocze miejsce! Czekam na wiecej zdjec.
Ja bylam w Whale Watch kolo Bostonu, az tak ladnie tam nie bylo, ale wieloryby byly naprawde niesamowite :).
Zazdroszcze. Zawsze chcialam je poogladac.
PS. Czekam na wiecej zdjec.
no to wyprawa pełna atrakcji. Aż szkoda że nam tak daleko
Bardzo fajna wyprawa.
Bardzo fajna wyprawa.
Świetne opisy, zazdroszczę.Cieszę się, że już nie polują na wieloryby.