
Tekst odzyskałem po ataku hakera ale komentarzy nie… Przepraszam komentujących… Nie myślcie sobie, że wyrzuciłem…
—————————–
Przed chwilą wróciliśmy z trzydniowej wycieczki do Syracuse i okolic. O samej wycieczce napiszę kiedy uda mi się obrobić trochę zdjęć, a teraz o jednym z głównych punktów programu, czyli spotkaniu z D. i kompanią.
D. jest naszą serdeczną i bardzo bliską znajomą z Tirany. Poznaliśmy się osiem lat temu w Ankarze gdzie razem spędziliśmy trzy niezapomniane lata. Potem my wyjechaliśmy do Toronto a D. wróciła do Albanii. Kiedy się żegnaliśmy pewnego pamiętnego czerwcowego dnia w Ankarze (dzień był pamiętny z kilku względów ale o tym również innym razem, przymierzam się do jakichś wspominek z ‘okresu ankarskiego’) mieliśmy nadzieję, że się gdzieś spotkamy ale w najśmielszych marzeniach nie przyszło nam do głowy, że D. zamieszka na stałe w New Jersey, niedaleko nas… No i stało się. Jakiś czas temu D. wyszła za mąż za T. a jako, że jej ‘papiery’ muszą dopiero przebrnąć przez amerykańską machinę biurokratyczną nie możemy jej z T. zaprosić do Toronto. Wyjazd do New Jersey na długi weekend też nie jest zbyt dobrym pomysłem, bo to ponad 800 km w jedną stronę. Niby na upartego się da, ale postanowiliśmy spotkać się gdzieś w połowie drogi. No i się spotkaliśmy w okolicach Syracuse. Ale po kolei…
D. pochodzi ze starej tirańskiej inteligencji. Jej rodzice zadbali o to, żeby pod reżimem Enwera Hodży D. i jej dwie siostry dostały dobre wykształcenie, poznały języki i potrafiły się odnaleźć w świecie. W praktyce oznaczało to emigrację, bo w Albanii cięzko żyć nawet w Tiranie. Starsza siostra D. wylądowała w Nowym Jorku a młodsza we Francji. Wydawało się, że D. zostanie w Tiranie ze swoimi rodzicami, zwłaszcza, że dla kobiety po czterdziestce w Albanii nie ma zbyt wielu opcji, ale do D. uśmiechnęło się szczęście i poznała T., który wyemigrował z Tirany do Stanów dziesięć lat temu i jak każdy emigrant przechodził kolejne stopnie ‘American dream’, od pracy w knajpie, przez kolejne kursy dokształacjące aż po stały etat jako nauczyciel matematyki w szkole średniej. Pogodny, serdeczny, biorący życie poważnie człowiek przed piędziesiątką. Brakowało mu tylko bratniej duszy, którą znalazł w D. Aż miło patrzeć na dwoje nienajmłodszych już ludzi, którzy przełamali wiele kulturowych stereotypów (mówiąc oględnie Albańczycy są zazwyczaj dosyć konserwatywni w kwestiach rodzinnych) żeby móc być razem. Pobrali się w zeszłym roku z całą pompą i paradą. Byliśmy zaproszeni na wesele, ale nie udało nam się pojechać.
Spotkania po latach są pełne niewiadomych, ale dostarczają wielu pozytywnych emocji. D. wcale się nie zmieniła, T. okazał się ‘na żywo’ takim samym dobrodusznym człowiekiem jak na zdjęciach. I oczywiście okazało się, że jest wiernym wyznawcą wzorców albańskiej gościnności.
Albańska gościnność to odpowiedzialność za gościa, przy czym pojęcie ‘gospodarza’ i ‘gościa’ jest tu nad wyraz umowne. Fakt, że spotkaliśmy się na gruncie neutralnym nie miał tu nic do rzeczy, bo zaraz się okazało, że grunt nie jest wcale taki neutralny. My jesteśmy z Kanady, a więc ‘z drugiej strony granicy’ a więc nie jesteśmy u siebie. Wynik jest więc łatwy do przewidzenia: to T. jest gospodarzem. I nie ma sensu tego kwestionować, bo niczego człowiek nie wskóra a jedynie ‘gospodarz’ się obrazi. Tak więc po śniadaniu w bardzo malowniczej miejscowości w którek umówiliśmy się na spotkanie poszliśmy się przejść wzdłuż jeziora. Śniadanie udało mi się jeszcze jakoś zapłacić samemu, choć T. pojawił się zaraz za mną z portfelem i uśmiechem na twarzy. Spóźnił się. Tylko raz…
Po spacerze wokół jeziora T. zaproponował, że teraz pójdziemy na piwo. Poszliśmy i rzecz jasna nie udało mi się nawet zaprotestować kiedy zwinął rachunek. Po piwie T. i D. zabrali nas na wycieczkę samochodem. Ich, bo to oni są gospodarzami. Po wycieczce poszliśmy wszyscy na obiad i po raz kolejny na moje protesty w sprawie rachunku T. tylko się uśmiechnął… Nastąpił drugi etap…
Ta. i E. mieszkają pod Syracuse. Ta. jest ‘bratem mlecznym’ T. Rodzeństwo mleczne to poważna instytucja nie tylko w Albanii ale i w Turcji a także w innych krajach muzułmańskich. W skrócie polega to na tym, że niespokrewnione z sobą dziecie karmione przez tę samą mamkę stają się ‘rodzeństwem mlecznym’. W praktyce brat i siostra mleczna mają status dosyć zbliżony do naturalnego rodzeństwa i nie mogą z sobą wchodzić w związek małżeński. Jednym słowem Ta. jest dla T. jak brat i właśnie do niego i jego żony E. pojechaliśmy spędzić noc.
Nigdy wcześniej się nie widzieliśmy a mimo to Ta. i E. byli dla nas tak serdeczni, że zapamiętam tę wizytę jako jedno z najciekawszych przeżyć. Z ich punktu widzenia sprawa jest prosta: jesteśmy przyjaciółmi D. a D. jest żoną T., który z kolei jest bratem mlecznym Ta., tak więc jesteśmy ‘jak rodzina’. Albańska gościnność nakazuje więc podjęcie nas najuprzejmiej i najlepiej jak się da. Po powitaniach i typowych formułkach zasiedliśmy przy piwie i zaczęliśmy z sobą rozmawiać jakbyśmy znali się od lat. To fakt, że oni juz dosyć sporo o nas wiedzieli, bo D. opowiedziała im co nieco. Do tej pory jestem pod wrażeniem ich skromności i gościnności i wiem, że kiedy pojedziemy do nich znowu (a pewnie pojedziemy) to znów będzie tak miło i serdecznie.
Ta. i E. mieszkają w Stanach już dziesięć lat. Przyjechali na studia, bo Ta. kończył w Harvardzie kolejny kierunek. Mieli wracać do Europy, bo Ta. miał oferty pracy w Szwajcarii i okolicach, ale spodobało im się w Stanach i postanowili zostać. E. jest chirurgeim-okulistą i właśnie kończy specjalizację która da jej prawo pracy w swoim zawodzie w Stanach. Ta. pracuje dla rządu stanowego i jest zadowolony. Oboje, choć są nad wyraz skromni, pochodzą z bardzo inteligenckich rodzin Tirany. Ona wygląda jak bałkańska piękność, on jak młody Don Corleone w filmie, łącznie z fryzurą, mimiką i włoskim akcentem. Jak większość wykształconych Albańczyków D., T., Ta. i E. władają biegle kilkoma językami. Podkreślają, że języki, zwłaszcza włoski, były ich jedynym oknem na świat w czasach kiedy Albania cierpiała najgorszą odmianę komunizmu. Rozmawiamy o wszystkim, gospodarzem jest Ta., choć T. jako starszy ‘brat mleczny’ gospodarza od czasu do czasu przejmuje pałeczkę. Pojawia się coraz więcej jedzenia i picia, Ta. przynosi kolejne butelki doskonałego domowego wina. Różne roczniki, różne odmiany winogron a ja czuję jak moja głowa sie robi coraz cięższa. M. trzyma się lepiej, bo panie mają mniejsze kieliszki. Wino jest pyszne, jedzenie również. Gadamy prawie do północy po czym towarzystwo udaje się spać. Rano T. przejmuje chwilowo pałeczkę gospodarza i smaży furę czegoś co przypomina racuchy ale nie jest słodkie. Wszyscy zajadamy ze smakiem a po śniadaniu i ‘tureckiej’ kawie żegnamy się z gospodynią. Obiecujemy solennie znów się spotkać albo u nich albo w Toronto po czym Ta. zabiera nas na wycieczkę do Syracuse. Jest naszym gospodarzem, więc stara się nam pokazać najciekawsze miejsca, opowiada anegdotki z historii miasta (okazuje się, że jest miłośniekiem lokalnej historii) i pomimo ponurej pogody i zacinającego co chwilę deszczu pogodnie prowadzi nas tu i tam. Na koniec idziemy całą piątką do kawiarni. Mam dużą nadzieję, że w końcu uda mi się chociaż postawić wszystkim kawę… gdzie tam. Ta. kiwa z uśmiechem głową i mówi: ‘you know how it works…’ Nawet nie dyskutuję, wiem jak to działa, jesteśmy jego gośćmi. Nie może złamać tradycji, bo przecież tak się nie robi. Kiedy przyjadą do Toronto będzie oczekiwał, że to ja zapłacę za kawę, pokaże im miasto i zaproszę na obiad. Zwykle nie lubię takich długów wdzięczności, ale tym razem jestem dziwnie zadowolony. Może dlatego, że ta tradycyjna albańska gościnnośc daje poczucie stabilności i solidności. Człowiek czuje się pełny i wie, że gdzieś tam są ludzie, dla których takie pojęcia jak gościnność, przyjaźń albo honor nie są pustymi frazesami. Nie muszę dodawać, że wróciliśmy z M. zachwyceni. A kiedy się żegnaliśmy T. kilka razy patrząc mi prosto w oczy podkreślał: teraz spotkaliśmy się u Ta. i E. Ale wiedz, że jeszcze w tym roku musicie przyjechać do New Jersey. Nie chcę, żebyś mi podawał konkretną datę, wystarczy, że obiecasz, że przyjedziecie do nas jeszcze w tym roku…
Tags: albańczycy · albańskie · emigranci · różnice kulturowe · społeczeństwo1 Comment
1 response so far ↓
ech, ważne w końcu, że odzyskałeś
Na pohybel