Przed Wielkanocą wybraliśmy się z M. i E. na jednodniową wycieczkę do Buffalo, które jest najbliższym większym miastem w Stanach z naszej perspektywy. Z Toronto aż do samej granicy prowadzi autostrada Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Way), więc dojazd nie zabiera zbyt wiele czasu, pod warunkiem, że z miasta uda się wyjechać bez stania w korkach. Sama trasa jest bardzo ruchliwa, bo autostrada prowadzi również do Niagary z jej wodospadami, winnicami, kasynem i niewiarygodną ilością kiczu dla żądnych atrakcji turystów. Dodatkowo odkąd dolar kanadyjski, zwany tutaj pieszczotliwie loonie, zrównał się z amerykańskim w stronę granicy ciągną rzesze zakupowiczów, których kuszą niższe amerykańskie ceny i podatki.
Buffalo wśród ludzi w Toronto zwane jest czasem ghost town czyli ‘miasto duchów’. A to dlatego, że pomimo rozmachu architektonicznego i statystyk, które podają, że Buffalo ma prawie 300 tysięcy mieszkańców, na ulicach prawie wcale nie widać ludzi. My byliśmy tam w sobotę po południu kiedy w centrum Toronto zwykle jest nieznośnie tłoczno. A w Buffalo byliśmy najczęściej jedynymi osobami na ulicy. Prawie wszystkie sklepy były pozamykane a unosząca się nad wieżowcami w centrum mgła tylko potęgowała wrażenie pustki i rozkładu. Bo choćBuffalo jest bardzo czyste i zadbane to na każdym kroku widać, że lata świetności ma już chyba za sobą. Ale trudno się dziwić, bo w latach pięćdziesiątych Buffalo miało prawie dwa razy więcej mieszkańców, którzy wraz z upadkiem przemysłu i portu wynieśli się w poszukiwaniu lepszego życia gdzie indziej. Całe szczęście ostatnio miasto ma trochę więcej szczęścia i coraz więcej budynków się odnawia i remontuje. Otwierają się też nowe biznesy. Co ciekawe pomimo braku ludzi na ulicach jest tak wiele zaparkowanych samochodów, że mieliśmy kłopoty ze znalezieniem miejsca.
Buffalo jest ciekawe z kilku względów. O ile w Toronto czarnoskórzy mieszkańcy są ledwie jednym z wielu elementów miejskiej mozaiki, to w Buffalo są chyba najbardziej rzucającą się w oczy grupą ludności. Osadnictwo afroamerykańskie ma w tym mieście bardzo długą historię a i burmistrz jest czarnoskóry. Muszę w tym miejscu dodać, że wszyscy ludzie jakich w tam spotkaliśmy byli dla nas niezwykle mili i uprzejmi. Jestem przyzwyczajony do tego, że w Kanadzie ludzie są zwykle bardzo uprzejmi ale mimo to Buffalo bardzo pozytywnie mnie w tej kwestii zaskoczyło.
Buffalo jest też według mnie dosyć niezwykłe pod względem architektury. Nad centrum miasta górują drapacze chmur, jedne z pierwszych jakie zbudowano w USA na początku dwudziestego wieku. Podobno w wielu z nich nadal działają oryginalne windy. Każdy wieżowiec jest inny i niepowtarzalny, choć nad miastem wyraźnie unosi się duch art deco, mojej ulubionej epoki w historii sztuki użytkowej. Poza drapaczami w mieście jest kilka budynków zaprojektowanych przez genialnego architekta Franka Lloyda Wrighta. Tym razem nie udało nam się ich zobaczyć, ale mamy pretekst do następnej wycieczki. Wzdłuż głównej ulicy miasta, Main Street, wyłączonej z ruchu samochodowego, biegnie linia lekkiego tramwaju. Przystanki tramwajowe, przypominające wyspy z rur, same w sobie są bardzo ciekawym dziełem architektury. Na przystankach z głośników płynie muzyka klasyczna, co w połączeniu z pustką i mgłą sprawiło na mnie niezwykłe wrażenie. Co ciekawe połowa trasy tramwajowej, od portu do stacji ‘Teatr’ Theater jest za darmo, bilet kupuje się dopiero kiedy chce się jechać dalej. Tramwaje są wygodne, ciche i bardzo czyste, zwłaszcza w porównaniu z tym do czego jestem przyzwyczajony w Toronto.
Pomimo, że w mieście jest tak pusto zaskoczyła mnie ilość galerii i teatrów. Zwłaszcza, że tradycyjnie Buffalo było miastem robotniczo-portowym co zwykle nie idzie w parze z wybujałym życiem artystycznym. Programy koncertów i przedstawień też wydawały się dosyć bogate, więc pewnie wybierzemy w jakiś weekend na dłużej.
Kiedy przemarznięci i głodni postanowiliśmy coś gdzieś zjeść to okazało się, że nie jest to takie łatwe, bo nawet nie za bardzo mieliśmy kogo zapytać o jakieś godne polecenia miejsce. W końcu jakaś życzliwa dusza w tramwaju podpowiedziała nam w którą stronę trzeba pójść, żeby coś znaleźć. Miejscową specjalnością kulinarną są Buffalo wings czyli pieczone skrzydełka z kurczaka, podawane w pysznej marynacie. W bardzo przyjemnym pubie, który nazywa się bodajże Hemingway’s zasiedliśmy nad kuflem doskonałego bostońskiego lagera, Samuela Adamsa. E. zamówiła skrzydełka a nas skusiły steki. Porcje były ogromne i bardzo smaczne a skrzydełka rzeczywiście smakują doskonale i następnym razem na pewno zamówię.
Cała wycieczka kojarzyła nam się z wyjazdami na Słowację w czasach kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Krakowie. Dobre i tanie jedzenie i piwo oraz przesympatyczni ludzie. Polecam.
PS. Przymierzam się do napisania o przechodzeniu granicy amerykańsko-kanadyjskiej bo to dosyć ciekawe przeżycie.
Tags: buffalo ny · podróże · społeczeństwo · usa · zwiedzanie1 Comment
1 response so far ↓
Przydalyby sie jakies zdjecia rowniez, skoro tak ladnie o tym Buffalo piszesz. Zastanawiam sie, czy moze sie obrazic, ze tak po cichu wskoczyliscie na moje terytorium i nawet nie daliscie znac? W Nowym Jorku jest duzo ludzi na ulicach wiec sila rzeczy weselej. wrrrrr