
Choć samolotami latam od jakichś ośmiu lat to do tej pory unikałem LOT-u. Przede wszystkim dlatego, że o wiele wygodniej lecieć mi do Ostrawy albo Krakowa niż do Warszawy, ale także z powodu niezbyt dobrych opinii jakie krążą o Polskich Liniach Lotniczych tu i ówdzie. No ale stało się, tym razem nie udało mi się znaleźć innego biletu i miałem do wyboru nie lecieć, albo wypróbować na własnej skórze czy opinie o firmie są bezpodstawną kalumnią czy wręcz odwrotnie. Narazie mam za sobą pierwszy etap podróży. Siedzę sobie wygodnie w pociągu z Warszawy do Wiednia i staram się poukładać myśli, bo wrażeń po locie mam sporo…
Tym co na pierwszy rzut oka odróżnia klientów LOT-u od innych pasażerów jest syndrom kolejki. Jak za dawnych czasów, kiedy tylko panie na lotnisku ogłosiły, że za chwilę zacznie się wpuszczanie do samolotu, ludzie zaczęli się spontanicznie kręcić przy wejściu i ustawiać w kolejkę, blokując przejście i nie zwracając uwagi na wołania pań, że najpierw mają wsiadać pasażerowie z dziećmi i osoby niepełnosprawne. Następnie miały wsiadać osoby z miejscami w tylnych rzędach samolotu i znowu to samo. Siedziałem z tyłu i jakoś udało mi się przedrzeć przez tłum. Przedrzeć to właściwe słowo, bo pasażerowie przed lotem najechali niczym szarańcza sklep wolnocłowy, z którego wynosili pełne reklamówki w których brzęczały flaszki z whisky oraz stukały i szeleściły inne dobra wiezione przez ocean na święta w Polsce. Rzecz jasna w samolocie trzeba było to wszystko gdzieś poupychać, więc zaczęło się polowanie na wolne miejsca w schowkach, ale w sumie nie było tak źle. Jakaś pani w rzędzie obok dopytywała się stewardessy gdzie może znaleźć jakąś szafę, bo wiezie w prezencie dzieło sztuki dosyć sporego formatu i chce toto dowieźć w całości, a pan siedzący przede mną starał się sprytnie kilka razy wpechnąć mi pod nogi swój koc i poduszkę, bo oczywiście pod jego nogami by mu przeszkadzały. Byłem jednak uparty i po każdej takiej próbie koc i poduszka lądowały obok jego siedzenia. Po trzecim razie się poddał.

Jak wiadomo na początku każdego lotu obsługa bawi się w pompowanie kamizelek, pokazując jak toto zakładać w razie ‘lądowania awaryjnego’. Tym razem obsługa zaspała. Włączyli polską wersję filmu instruktażowego od połowy a kiedy skończyła się angielska wersja przyczłapali w założonych kamizelkach, ale było już za późno. Steward niezrażony spóźnieniem rzucił do swojej koleżanki ‘ty, spóźniliśmy się’ i tyle.
Jedzenie było całkiem znośne, to znaczy jego częśc w postaci gulaszu z wołowiny, bo ziemniaki były muliste w smaku, bułki twarde, a sałatka z ryby (kto podaje w samolocie sałatkę z ryby?) miała smak mielonego plastiku. No ale co tam, w sumie jakość jedzenia spadła drastycznie w większości linii, więc pewnie nie ma co narzekać.
Teoretycznie obsługa samolotu powinna być dwujęzyczna, przy czym drugim językiem powinien być angielski. No ale nie w samolocie, którym leciałem. Kapitan podał nam co prawda informacje o locie w obu językach, choć wersja angielska sprawiała mu wyraźne trudności. Za to kiedy zobaczyłem taką oto scenę to myślałem, że spadnę z nóg:
Stewardessa podchodzi do pary siedzącej z przodu w lewym rzędzie i zwraca się do pani po polsku. Pani jej odpowiada, więc stewardessa zwraca się do pana. Na co pan: “I don’t speak po polsku’. No co niezrażona stewardessa: “A to nic, ale pani mówi”. I od tej pory komunikowała się z panem przez panią, która musiała robić za tłumacza. W ogóle załoga miała podejście do pasażerów nie na zasadzie klient-dostawca usług ale raczej rodzic-krnąbrne dziecko. Tymi krnąbrnymi dziećmi oczywiście byliśmy my, o czym co chwilę słowem i gestem obsługa nie omieszkała nam przypominać. Oj, zaśmierdziało PRL-em…

Siedząca obok mnie pani, skąd inąd całkiem sympatyczna, miała gdzieś w przednich rzędach znajomą, więc po starcie poszła jej szukać a potem przez pierwszą połowę lotu obie stały w korytarzach i rozmawiały, blokując przy tym przejście. Obsługa kilkakrotnie przeganiała panie z końca w koniec, te jednak dzielnie przenosiły się na nowe miejsce. I tak stawały sobie na przykład przy jednym z ekranów projekcyjnych, na których dzieci starały się oglądać jakiś film albo ustawiały się naprzeciw wejścia do toalety i nikt nie mógł koło nich przejść. Inni pasażerowie zgrupowali się koło ‘barku’ z sokami i napojami, bo otwarty bufet wyraźnie wzmagał w nich pragnienie. Jeszcze inni udawali się na ogon w poszukiwaniu wódki i wina. Obsługa, zamiast zapanować jakoś nad sytuacją uciekła się do głośnych komentarzy. I tak starszy wiekiem steward nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmił wszystkim lecącym, że niektórzy pasażerowie ’sobie świetlicę urządzili’. Po czym dodał, karcącym tonem: ‘a gdzie panie właściwie mają miejsca . O tam, no to zapraszam’. I to właściwie tyle, bo rzecz jasna nikt sie nim nie przejął. Cała sytuacja przypominała wesoły autobus jadący na zakładową wycieczkę, ze wszystkimi konsekwencjami i stałymi elementami które zwykle z autobusami wycieczkowymi się kojarzą. Tak więc w jednym rogu napakowani młodzieńcy z wyrazem skupionej głupoty na twarzy opowiadali sobie niezwykle ‘zabawne’ dowcipy o Żydach po których robiło mi się niedobrze. Zastanawiam się czy wszędzie gdzie spotykam Polaków muszę od razu razem z nimi spotykać rasizm i antysemityzm? W odsępie tygodnia miałem dwa kontakty z nieznajomymi Polakami i w obu przypadkach osobniki reprezentowały poglądy rasistowskie/antysemickie. W obu przypadkach bardzo dbały, żeby o ich jedynie słusznych przekonaniach dowiedziało się jak najwięcej ludzi wokół….To zaczyna być bardzo nużące, ale tu koniec dygresji.
Na początku lotu steward przejechał wózeczkiem z prasą, ale tylko jednym korytarzem, bo na drugi rzecz jasna prasy zabrakło. Lampki pokazujące czy toalety są zajęte czy nie oczywiście nie działały a nadruki na zamkach toalet były zdrapane, więc pasażerowie starali się sprawdzać czy ktoś jest w środku ‘na czuja’, czasem uporczywie włamując się do zajętej toalety przez dłuższą chwilę. Zwłaszcza tacy pasażerowie, którzy na początku lotu zażyczyli sobie trzy podwójne whisky albo coś podobnego. Wydaje mi się, choć głowy nie daję, że z nudów co poniektórzy poodbezpieczali swoje zapasy wolnocłowe i dolewali sobie trunków.
W połowie drogi wpadliśmy w turbulencje i pilot kazał zapiąć pasy i siąść na miejscach. I co? No i nic, wszyscy go zignorowali, impreza trwała dalej w najlepsze.
Wylądowaliśmy w Warszawie cali i zdrowi. Obsługa na pożegnanie zrobiła się najwyraźniej milsza, bo przecież w końcu poszliśmy sobie wszyscy w cholerę….
1 komentarz, Comment or Ping
Unikam LOTu po mojej ostatniej podrozy do Polski, gdzie bylam traktowana jak pasazer drugiej kategorii, gdyz kupilam bilet w United, a trase Chicago-Wwa obslugiwal LOT. Owszem, dla LOT zysk ze mnie byl pewnie maly, ale pomimo kupionego biletu bylam zarowno dwa razy na stand-by, a na Okeciu baba nawrzeszczala na mnie, ze przeze mnie samolot nie odleci o czasie, bo mnie szukaja (a ja siedzialam metr od niej). Nawrzeszczalam na nia rowniez i zakonczylam na razie moja znajomosc z ta linie. ALE…nie mowie, ze nigdy nie polece, bo np. z dzieckiem bezposredni lot ma jednak przewage. No ale poki co – LOTowi mowie nie. Ze wzgledow, ktore opisales, rowniez.
December 1st, 2008
Reply to “Kochajmy LOT”