Od wczoraj w Toronto spadło kilkadziesiąt centymetrów śniegu. I dalej pada i pada. Kiedy rano poszedłem z psem na spacer brnęliśmy obaj przez zaspy i biedny Choco zapadał się co chwila swoim ‘podwoziem’ w świeży puch. Podobało mi się bardzo na spacerze, bo ruchliwe zazwyczaj ulice dzisiaj były zupełnie puste i ciszę wokół zaburzały tylko płynące przez śnieg czerwone tramwaje i nieliczni zdesperowani kierowcy.

Przy takiej pogodzie zdecydowanie najlepiej siedzi się w fotelu popijając kawę i koniak i patrząc za okno jak białe płatki zasypują miasto. Lubię takie chwile, bo po pierwsze nastrajają do metafizycznych refleksji a ponadto uświadamiają jak miło jest mieć dom i jacy mali jesteśmy wobec tak banalnych zjawisk jak choćby banalny śnieg.
Wieczorem pojechałem na kolację do mojej szefowej. Mieszka dosyć niedaleko jak na torontońskie odległości, bo ledwie jakieś 7 km na zachód od nas. Pomyślałem, że pół godziny wystarczy mi zupełnie na dojazd, ale jakoś nie wziąłem pod uwagę tego, że z powodu zasypanych przez śnieg zwrotnic cały system tramwajowy w mieście wezmą diabli. Przez pół godziny nie nadjechał żaden tramwaj jadący na zachód, za to całe ich stada mknęły na wschód. Zdesperowani podróżni zbierali się w grupy jadące w tym samym kierunku i po trzy-cztery osoby zabierali się do jednej taksówki, bo przez śnieg o taksówki było równie trudno co o tramwaje. Kiedy zacząłem przymarzać do leżacego na drodze śniegu udało mi się w końcu upolować jakąś samotną taksówkę. Po drodze zabraliśmy jakiegoś zdesperowanego człowieka, który też od kilkudziesięciu minut bezskutecznie polował na taksówki. Na kolację dotarłem dosyć zmarznięty i z półgodzinnym opóźnieniem, ale kieliszek dobrego wina zaraz postawił mnie na nogi. O samej kolacji może innym razem.
Po imprezie poczłapaliśmy z resztą towarzystwa do metra, bo nie miałem ochoty powtarzać przygody z tramwajem. W metrze, jak to w metrze było ciepło i przyjemnie. Niestety błogą atmosferę zepsuł jakiś idiota znad Wisły. Jeśli jest coś takiego jak stereotypowy polski pijaczek to właśnie był kimś takim. Brudny, podpity facet w skórzanej kurtce i szalikiem Wisły na szyji. Darł się na cały wagon po polsku i śpiewał piosenki. Kiedy jakiś młody człowiek o bliskowschodnim wyglądzie poprosił go, żeby się przymknął pijaczek zaczął chłopaka wyzywać po anglielsku od brudnych Arabów i najwyraźniej miał się zamiar bić. Cała sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, obu panów rozdzielał co jakiś czas kolega chłopaka, ale pijak znad Wisły był uparty i co rusz od nowa zaczynał swoje rasistowskie tyrady. Kiedy młodzieńcy wysiedli nadwiślański typek zaczął wygłaszać jeszcze bardziej rasistowskie teorie nie tylko pod adresem chłopaka, ale również pod adresem wszystkich ‘białych’ Kanadyjczyków. Wstyd, wstyd, wstyd… zwłaszcza, że polski typek co rusz się chełpił swoim nadwiślańskim pochodzeniem. Dlaczego jest tak, że właśnie tacy troglodyci tworzą obraz Polaka za granicą? Niestety nie są to odosobnione przypadki. Niestety Polacy są bardzo często rasistami. Za często.
No Comments, Comment or Ping
Reply to “Toronto pod śniegiem”